Cierpliwość i mrok

Miałem okazję namówić Tadeusza Biernata – laureata  zeszłorocznego konkurs na krótki wywiad. Jest to jedyna znana mi osoba, która na naszym terenie z sukcesami i to niemałymi zmagała się z sandaczami. Mnie zaimponowała szczególnie ilość ryb, często bardzo, bardzo już ładnych [70+] oraz naprawdę wiele ryb trochę mniejszych, a wszystko to okraszone kilkoma pięknymi egzemplarzami. Całość jakby  trochę zaprzeczała nie tylko moim ale i spostrzeżeniom wielu innych wędkarzy, skoro nawet w naszym okręgu gatunek ten doczekał się górnego wymiaru ochronnego. Powiem szczerze – spodziewałem się jakichś bardzo odkrywczych teorii, czy oryginalnych przynęt [jedyne, co mój Rozmówca zataił, podkreślając jednak, iż są to jak najbardziej seryjne, powszechnie dostępne wabiki]… Tymczasem okazało się, że kluczem do wszystkiego jest prostota i konsekwencja podejścia. Dla mnie właśnie takie postawienie sprawy, nie ukrywam –  zachęciło mnie do zmierzenia się z tematem jesienią tego roku, na najbliższym odcinku Wisły. Już w kalendarzu zarezerwowałem sobie pięć wypadów, jeśli aura i stan wody pozwolą i dopiero jeśli po piątym razie będzie klapa, to się poddam. Zapraszam do lektury.

Adam Kozłowski: Sam – jeśli dobrze odczytałem – nie uważasz się ani za sandaczowca, ani za wielbiciela jakiegoś innego, jedynego gatunku, czy jedynej metody wędkowania…

Tadeusz Biernat: Przez dobrych kilkanaście lat prawie nie łowiłem nic innego jak tylko karpie. Czasem amury. Ostatnimi laty poświęcam tym rybom coraz mniej czasu. Na szczęście 🙂 Karpiowanie nie jest złe, ale z różnych powodów jakoś ostatnio straciło dla mnie wiele ze swojego uroku. Kiedyś to była magia. Dziś coraz więcej w tym komercji i niezdrowych emocji. Kiedyś tata na jakiejś wystawie rolniczej kupił mi książkę Wacława Strzeleckiego „Wędkarstwo rzeczne”. Ma już ponad 25 lat i do dziś to taka moja biblia. Poszczególne gatunki są tam w ten sposób przedstawione, że wpisano je w różne okresy wędkarskiego roku. Zawsze chciałem być takim wszechstronnym wędkarzem, który na przestrzeni roku potrafi wpisać się w zmieniające się warunki i różnymi metodami dobrać się do okazów różnych gatunków. Powoli spełniam te swoje stare marzenia. Jeszcze nie wszystko mi się udało, ale idzie coraz lepiej. W zeszłym roku złowiłem medalowe ryby 8-miu gatunków (np. wg. założeń „Wędkarskiego Świata”). Gdyby nie zawiodły pewniaki czyli lin i kleń, było by jeszcze lepiej. Zobaczymy co ten rok przyniesie. Oby pogoda dopisywała. Sandacze to tylko jeden z celów. Choć trzeba przyznać, że pod ich kontem zeszły rok był dla mnie dobry.

AK: No właśnie. O ile pamiętam, napisałeś za pierwszym razem, że to najlepszy sezon od czterech lat…

TB: Po powodzi  z 2010 dużo się zmieniło. W kolejnych latach były z kolei długie okresy z bardzo niską wodą. To też na pewno nie służyło. Coś tam udawało się złowić, ale były to bardziej przypadkowe ryby. Zeszły rok był faktycznie dobry, ale poświęciłem sandaczom naprawdę masę czasu.

AK: A co poza większą ilością czasu było źródłem sukcesu? Czy w stosunku do poprzednich lat zmieniłeś coś w podejściu do sandaczy?

TB: Chyba nie. Może tylko jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że sandacz jest wszędzie, ale jest go bardzo mało.

AK: Z Twoich zdjęć widzę, że łowisz na dość rozległych kamieniskach z relatywnie płytką wodą. Czy faktycznie brania są na takiej wodzie w tego rodzaju miejscach, czy nie ma tu reguły i w miejscówkach o innym typie też miałeś regularne kontakty z tymi rybami?

TB: Chyba jedyną regułą jest brak reguł. Wisła poniżej Krakowa jest mało naturalna, bardziej przypomina kanał. Niewiele tu typowo książkowych sandaczowych miejsc. A jeżeli już jakieś by się znalazły, to wszystkie bardziej typowe miejsca są poddane dużej presji. Sam wybieram takie odcinki, gdzie praktycznie nikogo nie spotykam. A samo łowienie nie jest skomplikowane. Problem w tym, że trzeba przeczesać jak największy odcinek wody. Równie dobrze można mieć branie ze środka, jak i pod brzegiem. Zdjęcia chyba Cię zmyliły, bo w zasadzie unikam najpłytszych miejsc w okolicy. Każde inne, trochę głębsze wydaje się być równie dobre. Gdybym Ci pokazał jakiś przykład odcinka, gdzie poszedł bym po zmroku na sandacza, to nie zobaczył byś w nim nic ciekawego – 300m prostego odcinka, z równo toczącą się wodą, bez żadnych rynien, raf, zatopionych pni czy innych fajerwerków. Na pierwszy rzut oka nie wiadomo od czego zacząć. Chyba mało kto ma dość cierpliwości na takie „nijakie” odcinki. Dodatkowo, zwłaszcza po zmroku, trudno się na nich poruszać – nie ma dojazdu, czy wydeptanych ścieżek. Dlatego są najmniej obłowione. I chyba dlatego coś tam jeszcze można trafić. Pod warunkiem, że los się do nas uśmiechnie. To wszystko akurat mogę sobie spokojnie zdradzić, bo ten opis pasuje do zdecydowanej większości odcinka Wisły od Krakowa do Koszyc 🙂 Wszelkie, na pierwszy rzut oka ciekawsze opaski, nieliczne lepsze główki, są mocno przełowione, a ryba nie wraca do wody. Niestety taka prawda, że łowienie u nas sandaczy, tych co najmniej od 60 cm w górę, to szukanie nielicznych rodzynków rozproszonych po rzece. Trzeba się uzbroić w cierpliwość. I to po same zęby.

(fot. T.B.)

AK: A jak jest z porą doby [celowo tak mówię], bo wszystkie fotki [poza jedną] jakie widziałem z Twoimi tegorocznymi sandaczami, były zrobione po zmroku. Z tym, że w październiku już o 19.00 jest ciemno…

TB: Tak wyszło. W dzień mam mało czasu, żeby jechać nad wodę. Jak go mam, to wolę wtedy pochodzić za innymi rybami. Najczęściej łowiłem od zmroku do 22.00. I dla mnie był to najlepszy czas. Sandacz jest wtedy aktywny, przemieszcza się. Dlatego jest szansa, że jak mu wyjdziemy na przeciw, to się gdzieś spotkamy. Próbowałem w środku nocy jak i nad ranem, ale bez specjalnych efektów. Albo nie łowiłem nic, albo ryby bardzo małe.

AK: Nie wiem, czy dobrze kojarzę, ale ze zdjęć wynika, że skoncentrowałeś się na końcówce września i październiku. Czy zachowania sandaczy były inne na początku w stosunku do końcówki?  Są spore różnice, choćby termiczne między względnie ciepłym wrześniem i raczej chłodniejszymi ostatnimi dniami października…

TB: To co opisałem wcześniej sprawdzało się aż do końca listopada. Dopiero wtedy przyszło spore ochłodzenie. Od grudnia woda zrobiła się martwa, ryby stanęły już pewnie w głębszych stanowiskach i raczej się specjalnie nie przemieszczały. Sandacze na pewno podobnie, bo efekty przy powierzchniowym czesaniu byle gdzie skończyły się.

AK: A czy z powyższej wypowiedzi wynika, że wybierałeś miejscówki na chybił – trafił, czy kierowałeś się jakimiś założeniami?

TB: Może nie do końca na chybił trafił. Po prostu wg mnie aktywnie żerujący sandacz może być prawie wszędzie. Trzeba pamiętać jak ta nasza podkrakowska Wisła wygląda. Można łowić w „książkowych miejscach”. Może to być np. opaska, albo dołek z warkoczem za główką. I też coś złowimy. Na dużej, dzikiej rzece wygląda to na pewno inaczej. U nas większa część rzeki to równo płynąca, niezbyt głęboka woda. Tu sandacz może szukać pokarmu tak pod brzegiem jak i w środku koryta. Trudność naszej wody polega na tym, że jest mało urozmaicona i przez to mniej czytelna. Skoro grunciarz rzuca martwą rybkę ot przed siebie i czasem ma branie to dlaczego nie spinningista. Trochę łatwiej może być w okresie choćby lekko podniesionej wody. Wtedy wszelka ryba odsuwa się od środka nurtu i ustawia się wzdłuż brzegu. Sandacz tak samo. Wtedy można bardziej skupić się na łowieniu bliżej brzegu. Ale to ogólnie znane prawidła. W okresie przeciętnie niskiej wody, sandacz wg. mnie przeszukuje całą szerokość rzeki (a raczej kanału) i na pewno pokonuje spore odległości.

AK: Dotknijmy może sedna sprawy. Powiedz, jakiego używasz sprzętu? Sam jestem szczególnie zainteresowany kwestią przynęty.

TB: Od ładnych paru lat łowiłem na Daiwę Exceler Jiggerspin 2.70m 5-25g. Taki dość delikatny uniwersał. Wystarczający do mojego łowienia. Fajna wędeczka, ale się już trochę wysłużyła. Poza tym czasem brakowało mocy. Dlatego przyszedł czas na zmiany i od niedawna zabieram na spacery SG Titanium Spinning 2,75m 10-32g. Mnie bardzo pasuje. Lekka, ale bez wrażenia, że zrobiona z papieru.

(fot. T.B.)

W sam raz do boleni albo sandaczy na woblery lub mało agresywnie prowadzone gumy. Rzuca się z tego świetnie. Kołowrotek to SPRO GoldArc 1040. Fajne kołowrotki za niewygórowaną zbytnio cenę, ale chyba wszystkie kołowrotki tego producenta mają jedną wadę – szumiącą rolkę. Można ją co chwilę myć i smarować, a i tak szumek szybko powraca. Niby nic, ale drażniło. Jako ciekawostkę mogę napisać, że moja szumiąca rolka się uspokoiła odkąd wymieniłem oryginalną, startą praktycznie do zera plastikową podkładkę. Po prostu byle jak wyciąłem podkładkę z opakowania jakiejś kratki wentylacyjnej i stał się cud – nastała cisza. Sandacze łowię przeważnie na plecionkę. Przerabiałem różne, z różnym efektem. Na wiosnę zeszłego roku, na jakiejś promocji, praktycznie za pół ceny, kupiłem Berkley’a Fireline Braid Moss Green 0,23mm. Podana średnica może trochę mylić, bo sugeruje niezły sznurek, ale jest naprawdę cienka. Nie strzępi się, nie puchnie, nie traci mocy, jest cicha na przelotkach. Katowałem ją cały sezon i nie ma powodu, żeby ją na nowy sezon zmieniać. Warta polecenia. A przynęty? Do łowienia w nocy woblery 7-10cm. Pływające, płytkochodzące „uklejki”. I nie jakieś tajne handmejdy. Mam dwa ulubione seryjne woblerki. Nie podobne do siebie, ale łowię na zmianę głównie nimi. Daję też szansę innym, ale jakoś brania mam prawie wyłącznie na nie. Skuteczne od lat i nie tylko na sandacze, ale pozwól, że to, co to dokładnie za woblery zachowam dla siebie. W dzień to trochę inne łowienie i wtedy łowię przeważnie przy dnie na gumy. Ale też mało typowo. Tzn. nie na kopyta i nie z agresywnego opadu.

AK: Jesienią jest już ciemno. Dość trudno chodzić po dzikim brzegu. Jak wygląda kwestia stanowiska na dany wieczór? Typujesz jedno i w nim pozostajesz, czy zmieniasz miejsce podczas jednego wypadu?

TB: Można by stanąć w jednym miejscu, ale jakoś wolę powoli przemieszczać się coraz niżej. Nawet, jeżeli wiąże się to z dużymi niewygodami.

AK: Tak się zastanawiam nad wielkością woblerów, których używasz, bo pamiętam, jak w mailu napisałeś, że na razie udało Ci się nie zejść poniżej 60cm odnośnie sandaczy. Czy potem były jakieś mniejsze ryby, czy ten trend  – bardzo przyzwoitych rozmiarów, utrzymał się do końca?

TB: Faktycznie sam się zdziwiłem tym, że trafiały się  same miarowe. W dodatku tylko kilka poniżej 60. Wielkość przynęt chyba nie ma nic do rzeczy. Taki 7-10cm kąsek bez problemu jest do zgarnięcia przez nawet niewielkie ryby. A jest ich sporo. Dość często trafiały się, zwłaszcza przy kleniach. Ale tam gdzie łowiłem po zmroku w zasadzie w ogóle nie brały. Za którymś razem trafiły mi się trzy małe ok. 35-40cm. Tylko, że łowiłem trochę jak dla mnie nietypowo. Pojechałem wtedy spróbować w środku nocy. Stanąłem przy niewielkim dopływie i dopadło mnie przedszkole. Znajomi, którzy od początku jesieni trzymali się łowienia w środku nocy na płyciznach łowili same małe. Po odpuszczeniu płytkich miejsc doczekali się w końcu kilku lepszych ryb. W tym dwóch naprawdę sporych.

(fot. T.B.)

AK: Zanim mi ucieknie – chciałem wrócić do zmian miejscówek po ciemku. Ile mniej więcej brzegu zaliczałeś podczas jednego przeciętnego wyjścia?

TB: Różnie. Czasem 100 metrów innym razem 500. Czasem dość szybko coś tam łowiłem i się zwijałem. Innym razem łowiłem 5godzin i przeszedłem cały odcinek między zakrętami. Zdarzało się, że bez brania. Po prostu zależy jaki to odcinek i jaki mam dzień. Raz mi się chce bardziej, innym razem mniej. Wierzę w to, że w czasie łowienia musimy być naprawdę cicho. I chyba to najbardziej męczy przy przemieszczaniu się w nocy. No i na pewno nie jest to łowienie dla kogoś kto chce łowić w towarzystwie.

AK: Czy przy okazji sandaczy były jakieś przyłowy innych gatunków?

TB: Prawie nie było. Jakieś dwa niezbyt duże sumy i tyle.

AK: Wróćmy może do prowadzenia przynęty. Czy brania były bliżej powierzchni czy raczej w toni [zakładam, że łowisz na woblery raczej nie przy samym dnie, albo mnie popraw] i czy dotyczyły strefy zastoisk, czy bardziej głównego nurtu?

TB: Wspominałem wcześniej o płytko chodzących woblerach. Dla mnie to takie schodzące na ok. 0.8-1.2m. Tylko, że znowu trzeba pamiętać, jak ta nasza Wisła wygląda. Tu po prostu jest płytko. Przy przeciętnie niskiej wodzie najczęściej od 1,5 do 1,8m. Odcinków z głębokością ponad 2m jest naprawdę niewiele (nie biorę pod uwagę niewielu małych dołków w okolicy kilku główek , bo i tak tam nie łowię). Jak się to weźmie pod uwagą to się okazuje, że nasz płytko chodzący woblerek zamiata i tak co najmniej w połowie głębokości łowiska. Dlatego przy takim łowieniu i tak penetrujemy, tak naprawdę całą głębokość wody. Polujący sandacz wystartuje do przynęty, która przepływać będzie 0,5m nad nim, jak i do tej, która będzie szła tuż pod powierzchnią, ( a i tak będzie to tylko 1 czy 1,5m nad nim). Równie dobrze można łowić na głębiej schodzące woblery i dosłownie orać dno. Tylko po co? Czasem zakładam tego typu przynętę. Jednak narażamy się wtedy na częste zaczepy i tak naprawdę niewiele dostajemy w zamian. Trochę inaczej jest w dzień. Moim zdaniem wtedy o wiele lepiej penetrować dno i dokładnie przeczesać każdy kawałek wody. W dzień ryba musi dostać przynętę pod pysk. A co do zastoisk, wstecznych prądów itp. to są to pewne, bardzo dobre, typowe miejsca… na małe sandaczyki 🙂

AK: Czyli te duże brały w głównym nurcie?

TB: Trochę upraszczając można by napisać, że tak. Powiedzmy, że na prostym odcinku, gdzie przekrój koryta przypomina rynnę i woda toczy się dość równo, najefektywniejszym w nocy kawałkiem wody będzie pas szerokości 10-15 od brzegu. W dzień równie dobrze będzie to środek.

AK: Powiedz kilka zdań o tym największym. Sandacz długości 86cm to już dla większości wędkarzy bardzo, bardzo piękny okaz. Biorąc pod uwagę dość lekki sprzęt oraz nie „zmrożoną” jeszcze rybę, hol chyba nie był szczególnie łatwy…

TB: Zestaw, na który łowiłem, naprawdę nie jest delikatny. Radziłem sobie z sumami 100 – 130cm. Tak więc sandacz, nawet trochę większy, nie jest problemem. Nawet jak woda trochę płynie. Tylko raz hol był trochę przydługi. Sam nie wiem dlaczego, ale raz wybrałem się na sandacza z żyłką 0,22 na kołowrotku. I trafił się wtedy jeden z największych. Niestety trochę trwało, zanim go podebrałem. Sam sandacz nie był problemem, tylko prąd, który na niego napierał. To była jedyna ryba, którą przed wypuszczeniem musiałem chwilę przytrzymać, aby postawiła ten swój kolczasty żagiel i żeby odpaliła w nurt. Wszystkie inne bez problemu żwawo odpływały. Tu nie ma się co bawić. Przesadne odchudzanie zestawu, czasem rozumiane jako dawanie rybie szansy, to nie to.

(fot. T.B.)


Jedna myśl nt. „Cierpliwość i mrok

  1. Sandacz to po pstragach mój drugi cel wędkarski. Przynajmniej najczęściej na niego poluję po pstragch 😉 Bo z wynikami to różnie. Ale Jedno co mi się sprawdziło w zeszłym roku, a ma potwierdzenie w tym wywiadzie – tam gdzie nie ma śladów innych wędkarzy tam były też sandacze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *