Guma pachnąca sukcesem

Zanim przedstawię trójkę tych mniej uczęszczanych, a najwyżej notowanych w moim rankingu rzek pstrągowych okręgu krakowskiego, chciałem zapoznać Was z jednym, z moich dwóch gumowych odkryć tego roku. Być może część z Was już o nich słyszała, może ktoś się w nie zaopatrzył. Myślę o silikonach japońskiej firmy Keitech.

(fot. A.K.)

Mam w prawdzie takie prywatne credo mówiące, że jeśli ryby, szczególnie drapieżniki  są w miarę licznie reprezentowane w danej wodzie, to poza jakimiś szczególnymi sytuacjami, biorą na różne wabiki. Trochę inaczej jest z rybami okazowymi, bo te przeciętni wędkarze łowią głównie przypadkiem. W naszych, codziennych realiach kwestia przynęty jest o tyle istotna, że mamy najczęściej do dyspozycji wodę, albo prawie pustą, albo poddaną potężnej presji i nawet jeśli w miarę rybną, to zwierzaki są niezmiernie obojętne w stosunku do przynęt. To, co poważnie zwiększa nasze szanse to albo ekstremalnie oryginalne podanie i prowadzenie wabika, co bywa jednak niełatwą sprawą, lub posiadanie przynęty całkiem innej niż koledzy, na tyle zarazem atrakcyjnej dla ryb, by chciały ją zjeść.

Na rynku pojawia się cała masa gumowych przynęt i nie mam szans zapoznać się zapewne nawet z istotną ich częścią. Nie mniej staram się dotrzeć do możliwie dużej ich grupy i przetestować, przede wszystkim dla własnej korzyści. Dość długo już nie znalazłem wśród gum czegoś na tyle skutecznego, wyraźnie wybijającego się spośród dotychczasowych propozycji.

Ten rok okazał jakby troszkę przełomowy, ponieważ mam dwa „odkrycia” z czego jedno zupełnie moje.  Drugie, to opisywane poniżej gumy, które do testowania dał mi sklep Pirania. Myślę tu o konkretnym modelu gum Keitech, mianowicie o ripperze Easy Shiner. Gumy otrzymałem już w czerwcu, ale ze względu na moje, tegoroczne skrzywienie pstrągowe, zacząłem na nie łowić pod sam koniec września.

(fot. A.K.)

Ten oryginalny ripper jest produkowany o ile dobrze policzyłem w 11 wariantach kolorystycznych, a co widać na zdjęciu powyżej  – w dwóch wielkościach:  5,5cm i 7,5cm. Jeśli chodzi o gumę większą, to poprzestanę na powściągliwej opinii, iż na bank nie ustępuje najbardziej uznanym przynętom tego rodzaju. Piszę tak, ponieważ nie miałem licznych możliwości wykorzystania tego wabika, nie mniej konfrontowałem go z dobrymi markami. Co do modelu małego, to kładę łeb pod topór, twierdząc, że to gumka wybitna o czym mam nadzieję przekonać.

„Kajtechy” mają w zasadzie tylko jedna wadę. Niestety, jak na gumy są dość drogie, ale wg mnie zdecydowanie warte swojej ceny.

Jakie mają atuty ? Nie naciągając tematu, znalazłem ich całkiem sporo.

Pierwsza, bardzo oczywista: są nowe i jeszcze mało kto je ma w swoich pudełkach.  I to dotyczy obu modeli [większego i mniejszego].

Bardzo zaskoczyła mnie delikatność materiału, z którego jest wykonana ta przynęta, zarazem z potężną wytrzymałością w stosunku, do właśnie wręcz ulotności materii ją tworzącej [mała guma była zmasakrowana dopiero po 10 – 12 ataku szczupaków z przedziału 45 – 70cm; spokojnie wyjmowałem na dany egzemplarz  100 – 150 okoni z przedziału 12 – 30cm]. Tylko raz coś urwało mi ogon i zapewne dlatego tylko raz, że gumy te są także ekstremalnie rozciągliwe w porównaniu z przeciętnymi, dostępnymi na rynku przynętami tego rodzaju.

 Zasadniczo jest to wabik pod haki offsetowe, do metod nazwijmy to alternatywnych [drop shot, vertical], nie mniej świetnie znosi, szczególnie większy model, bezceremonialne nawlekanie ich na normalne główki jigowe. Ja miałem doświadczenia z przedziału od 1 do 16g. Na ogół nic nie robiłem z nadlanymi kołnierzami ołowianymi i ich wypustkami. Gumy świetnie się na nich rozciągały i dobrze trzymały. Przy największych główkach odcinałem tylko jeden ołowiany „wąs” z dwóch, mających mocować przynętę.

Sukces tych przynęt, to moim zdaniem bardzo naturalna i stonowana kolorystyka, co akurat niekoniecznie wszystkich może przekonywać. Ja akurat mam do czynienia z łowiskami, gdzie rzadko, naprawdę rzadko rządzą jakieś kolorystyczne dziwolągi i jeśli już to w pojedyncze, rzadkie dni, a i to niecałe, tylko jakieś krótkie godziny.

Niezwykła skuteczność mniejszego modelu tkwi jednak w czym innym. Otóż już dwa lata temu zauważyłem, że ryby w moich późnojesiennych łowiskach [Soła, kilka starorzeczy innych rzek, oraz większa  żwirownia], uodporniły się na najmniejsze przynęty. Dotyczy to głównie okoni oraz kleni, dla których w późnojesiennych warunkach, guma nie jest gorsza od woblera, a moim zdaniem nawet lepsza [kwestia podania i prezentacji]. W związku z powyższym przestawiłem się na wabiki o numer większe, czyli zamiast twisterków i ripperków po 2,5 – 3cm, stosuję takie po 5 – 6cm. Pozostaję tylko przy niewielkiej gramaturze [od 2 – 3g do połowy października, a potem 0,5 – 1g na starorzeczu i odpowiednio:  5g i później 2 – 3g na rzece, oraz 8 – 10g na żwirowni, która jest dość głęboka, by zejść do 5g wraz z chłodem o ile łowię z brzegu, bo na pontonie znacznie ciężej].

Smukłość i wręcz ulotność modelu 5,5cm [czyli wcale nie takiej malizny] ma wszelkie cechy ciut większych, bardziej oklepanych twisterków, które rybom często powszednieją. Bardzo często inne rippery tej długości były podobnie chętnie atakowane, ale ryby najzwyczajniej się od nich jakby odbijały z powodu sztywności korpusu. Tutaj nie ma tego kłopotu, gdyż niezwykle miękki trzon ogonowy, najzwyczajniej pięknie zawija się nawet w małej paszczy i przy relatywnie bardzo dużym haku, wyjmowałem nawet niesamowicie małe [12 – 15cm] rybki, różnych zresztą gatunków. Okonie powyżej 20cm bardzo często miały pół gumy „za głową”. Na  tym nie koniec. Przy gramowej główce i na ogół niesamowicie wolnym, naprawdę bardzo leniwym prowadzeniu [dotyczy wód stojących], zamierały mi twisterki. Wyraźnie cięższy trzon ogonowy „kajtecha”, delikatnie ale zauważalnie drgał i skutecznie kusił ryby.

Tu zauważyłem ciekawą rzecz: zbroiłem model większy i mniejszy hakami o takiej długości, by łuk kolankowy pojawiał się na granicy „kieszonki” bliższej ogonowi, która jest w gumie i od strony grzbietowej i brzusznej [jak weźmiecie gumę w palce od razu będziecie wiedzieć o czym piszę]. Przynęty pracują wtedy głównie płetwą ogonową. Zakładając główki z krótszym hakiem, jakby za krótkim uzyskałem w większym modelu całkiem inną pracę. Mianowicie ogon nie rzuca się już tak bardzo w oczy, a na pierwszy plan wychodzi jakby wężowe kolebanie się korpusu. Żałuję iż wpadłem na to późno, bo mam przeczucie, że to może być niezły patent na bolenie.

Odnośnie okoni, to przy w miarę jeszcze ciepłej pogodzie, sposób prowadzenia był mniej istotny. I tak udawało mi się „wyrzeźbić” z kaczych dołków naprawdę dużo ryb po około 30cm, gdy koledzy poprzestawali na rybkach i mniej licznych i wyraźnie mniejszych.

(fot. A.K.)

Kilka fotek na ten temat jest też w jednym z październikowych tekstów.

Odnośnie kleni, to póki było jako tako ciepło [mniej więcej do połowy listopada] wystarczyło nieznacznie szybsze niż dla okoni prowadzenie tych gumek w pół toni, lub pod powierzchnią [to na starorzeczu] i ryb do 35cm złowiłem bardzo dużo.

(fot. A.K.)

Na te przynęty brały i skutecznie się zacinały ryby, raptem dwukrotnie dłuższe od wabika i wcale nie tak temperamentne jak okonie [poza jazgarzami udało mi się złowić leszcza, małe świnki  – myślę tu o czystych braniach, a nie podcinkach].

(fot. A.K.)

Sytuacja zmieniła się od grudnia. Ryby były już bardzo ospałe i wymagały, jak napisałem koszmarnie  [dla łowiącego] wolnego prowadzenia i lekkiego wabika. By rybom pomóc zjeść te 5cm gumy, świetnie pomagał, następujący zabieg: po zarzuceniu i odczekaniu aż przynęta dotrze do dna, minimalnym ruchem samej szczytówki zaczynałem przesuwać gumkę tuż nad dnem i dopiero teraz rozpoczynałem zwijanie żyłki [jakieś ¼ obrotu korbki na sekundę] z dłuższym przestojem, w którym [teraz sedno sprawy] – wykonywałem powolny ale ciut mocniejszy, jakby majestatyczny , równoległy do tafli wody, półmetrowy kolejny ruch szczytówką. W zasadzie tylko wtedy były brania. Różnica w ilości ryb jakie miałem w rękach w stosunku do obserwowanych wędkarzy była…duża. Próbując łowić tak innymi przynętami nie miałem już podobnych wyników.

(fot. A.K.)

Następny atut tych gum, to fakt, iż są dość obficie nasączone jakimś atraktorem.  To ta tłusta smuga na zdjęciu.

(fot. A.K.)

I tu plus poczwórny. Po pierwsze, szczególnie w chłodnej porze roku zapach pomaga. Smuga smrodku, która ciągnie się za tą gumą, jest dla człowieka wyraźna, ale nie odpychająca. Przynajmniej dla mnie. Kojarzy mi się ze starym tranem, przy czym zapach ten jest bardzo trwały, mimo wielokrotnego stosowania tej samej gumy, na przestrzeni nawet paru tygodni.  To dwa. Trzy – nie zauważyłem żadnych objawów alergicznych, jak często bywa w takich wypadkach. Sam nie mam tej przypadłości, ale kumpel owszem [szczególnie na atraktor o zapachu ochotki] i nic tu niefajnego nie doświadczył. Na koniec – pojedyncza gumka przechowywana samotnie w jakimś pudełku, nie zsycha się i nie parcieje po czasie, jak bywa często z wabikami z atraktorem, choć przyznam, że sam trzymam te gumy w oryginalnym opakowaniu, gdyż przetrzymywane poza nim tracą zapach.

Mam masę zdjęć ryb złowionych na małego „kajtecha” na przestrzeni ostatniego kwartału tego roku. Tyle, że to głównie ryby nieduże, choć nie tylko.

Mniejszy Shiner okazał się hitem na pierwszy raz w tym sezonie penetrowanym łowisku szczupakowym. Napiszę o tym osobny tekst, bo i jest o czym, choć dużo to nie pokażę poza samymi rybami. Okazało się, że w owych kilku bajorach, głównym, [a w jednym chyba jedynym] pokarmem zębaczy są słonecznice.

Jak pokazała praktyka, biało – przeźroczysta gumka 5,5cm, na 1g jest fenomenalnie wierną kopią słonecznicy.

(fot. A.K.)

Uczciwie powiem, że drapieżniki generalnie nie grymasiły [pewnie dlatego, że zwyczajnie jest ich tu sporo], ale naprawdę, przynajmniej w moich rękach ta guma była the best. Tarmosiły ją głównie sztuki z przedziału 40 – 60cm, choć za pierwszym razem miałem szczupaka wyraźnie większego, którego nie zapiąłem z powodu zbyt lekkiego zestawu. Zresztą ustanowiłem na tej wodzie mój kolejny, prywatny rekord tego gatunku, lecz o tym także kiedy indziej.  Ryby często tak łomotały w gumę, że podczas holu gdzieś tam zsuwała się z haka i ginęła w zębatej paszczy, ale wydobyta i nałożona na drut, dalej kusiła te głodomory.

Wyjątkową skuteczność mała gumka pokazała na ostatniej wyprawie, gdy plecionka ledwo, ledwo nakręcała się na kołowrotek [temperatura od zera do minus 2] – 26 grudnia. Spotkany, chyba miejscowy, łowiąc na spore gumy i woblery nie doczekał się brania. Ja zaliczyłem siedem pewnych szczupakowych ataków i co najlepsze – wszystkie wyjąłem, w tym bardzo ładną sztukę.

(fot. A.K.)

Szczupaki łowiłem od początku listopada i atakowały też model większy, lecz mniej chętnie.

Podczas kwartalnego testu tych gum na różnych wodach, najlepiej sprawdził mi się model barwny jak niżej odnośnie gumki małej.

(fot. A.K.)

Jeśli chodzi o model większy, to jak pisałem, łowiłem nim mniej. Poniżej kilka fotek z wypadu na zaporówkę. Trafiłem z kumplem na koszmarny pod względem pogody dzień, ale ryb trochę złowiliśmy. Jak napisałem na początku, większy Shiner, tyle, że z perłowym brzuchem i jakby oliwkowo – granatowym grzbietem, skusił 1/3 z kilkunastu złowionych ryb w tym dwie największe. Jedną był poniższy sandacz.

(fot. M.K.)

Ewentualnym niedowiarkom mogę podesłać fotkę, jak głęboko wciągnął tę gumę – fotka niezbyt ostra i tylko z tego powody nie daję jej, ale widać przynętę. Zresztą sandacze mniejsze [45 – 56cm] też nie odmawiały.

(fot. A.K.)

Na koniec doczekałem się pięknego i trochę zaskakującego przyłowu – okonia na 41cm.

(fot. A.K.)

Dodam, iż tego dnia złowiłem również  szczupaka i znów na model mniejszy. Szczegóły tej wyprawy w osobnym tekście, gdyż było bardzo pouczająco, a łowiliśmy w trzech typach skrajnie różnej aury.

W łowiskach typu Soła, starorzecza – przynęty zestawiałem z bardzo miękką wędką do 20g wyrzutu i żyłkami od 0,14 do 0,16mm. Szczupaki łowiłem gumami Keitech na bardzo sztywny kij tylko dlatego, że brania były ze względu na małą głębokość w zasadzie powierzchniowe i ryby pewnie się zacinały. Do tego należało je bardzo zdecydowanie holować, by nie weszły w masę kijów, jaka leży w tej wodzie. Wędka miała do 35g wyrzutu, a żyłka 0,22mm plus stalka 5kg. Ostatni raz łowiłem plecionką 0,12mm. Sandacze na zaporówce także złowiłem tym samym kijem i plecionką „dwunastką” ale bez wolframu.

W następnym tekście postaram się zamknąć temat konkursu.

Na koniec poproszę Was jeszcze byście wypełnili on line poniższą ankietę. Mam nadzieję, że wnioski z niej płynące, przynajmniej dotyczące renaturalizacji rzek, ktoś choć w ułamku przeniesie w rzeczywistość….

http://www.apgw.kzgw.gov.pl/pl/kontakt/ankieta

Na sam koniec życzę Wam tylko dwóch rzeczy: zdrowia i możliwie dużo czasu spędzonego nad wodą.

 

 

3 myśli nt. „Guma pachnąca sukcesem

  1. Gumy są łowne ale nietrwałe.Na szczupaki są jednorazowe.Atak sandacza w ogon zawsze kończy się jego urwaniem.Pomimo to są podstawą w torbie wędkarskiej.Na ostatniej wyprawie na sandacza wyjąłem z wody ok.50 szt-zabrałem dwie szt.Trwałość jest najgorszą stroną.Na wspomnianej wyprawie straciłem trzy opakowania tj.21 szt!Z uwagi na miękkość nie mogę dopasować dozbroiki aby zachować akcję gumy.Może mi pomożesz jak to zrobić

    • Bardzo proszę się jakoś podpisywać. Anonimów nie będę zatwierdzał. Co do dozbrojki – raczej ciężko mi pomóc, jak nie wiem jakie gumy. Sam mam tu zresztą niezbyt duże doświadczenie. Natomiast z tą małą trwałością gum to bym nie przesadzał. Owszem, raz na czas coś mi urwie ogon, ale guma rzadko nie nadaje się do użytku już o pierwszej rybie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *