13/72 – cz. II

Dzień drugi

Po długiej jeździe i tym pierwszym popołudniu, i wieczorze jem coś, co szumnie nazwę kolacją. Najbliższe miejsce, gdzie może coś kupię do jedzenia jest o prawie 10km od domku, pod warunkiem, że zjawię się przed 22.00. Nie chce mi się.  Pozostaje bogata, ale mająca parę godzin kanapka. Jakoś mi to nie przeszkadza. Mam na najbliższy dzień tyle alternatyw, że nie mogę zasnąć. Martwię się tylko tym, że gdy Karol odwoził mnie na kwaterę, to parę kilometrów jechaliśmy w totalnej ulewie. Boję się, że to załatwi temat na amen, choć Przewodnik twierdzi, iż rzeczka nr 1, choćby nie wiem jak lało, w górnym biegu będzie czysta. Taka jest.

Panuje taki upał po całym dniu, że można zwątpić. Chmary komarów nagromadzonych nie wiadomo skąd, wyłażą ze wszystkich kątów. Co mogę to tłukę, potem gaszę światło i zapalam na korytarzu przy otwartych drzwiach. Większość paskud nabiera się na to. O otwarciu okien nawet nie myślę. Od zewnątrz na szybach siedzą setki różnych much, komarów, chrząszczy. U mnie przez cały rok nie widzę takiego owadziego bogactwa, co tu przez dobę. Próbuję spać. Tak po dwóch godzinach poddaję się i otwieram okna. Niech się dzieje, co chce.

3.00. Cztery godziny snu po dniu o właściwie tylko  kanapce. Wstaje mi się rewelacyjnie, choć spałem cztery godziny. Ryby, ryby, ryby, ryby w kropki. Jakaś psychoza. Gorączkowo staram sobie przypomnieć drogę, którą wczoraj jechaliśmy. Uznaję, że nie ma co marnować czasu na poszukiwanie samych rzeczek, dojazdów do nich itd. i że lepiej się skupić na tym, co blisko, lub, co choć trochę już poznałem.

Jak na moje kulawe jeżdżenie autem, to trafiam bez problemu. Świta. Jest ciepło, bo 18 stopni ale po tym, co w dzień, to ulga. Tylko komary mają za nic apteczną chemię i co któryś podgryza mnie zawzięcie. Zapomniałem bluzy i jestem w koszulce z krótkim rękawkiem. Na tym tylko kamizelka.  Cisza, która panuje nad wielką łąką jest wręcz filmowa. Nawet świerszcz nie cyknie. Niebo dość zachmurzone, ale widać tendencję do rozpogodzenia. Nawet nie drgnie trawka. Stoję u podnóża wielkiego zbocza porośniętego ogromnymi topolami, wierzbami i nielicznymi iglakami. Pachnie nieziemsko.

Idę szybkim krokiem. Jestem nad wodą. Rzeczka leniwie wije się pomiędzy wyspami moczarki. Wygląda na czystą. Z pierwszego miejsca płoszę jakąś większą rybę. Jeśli pstrąg, to duży, ale mógł być szczupak. Emocje, emocje – jak to nad nieznaną wodą, gdy jesteśmy pełni nadziei. Zazwyczaj szybko rozwiewanej. Tu, już wczoraj miałem próbkę tego, czego mogę się spodziewać, więc jest pewność. Tylko oby trochę szczęścia… Zapomniałem podbieraka. Wracam kilkaset metrów do samochodu.

W końcu łowię. Jak okiem sięgnąć na łące nie mam konkurencji. Dopiero gdzieś koło 6.00 odzywa się jakiś pies. Do tego czasu mam jedno wyjście, dwa brania. Ryby niewielkie. Jest słabo. Robi się znów upalnie. Jedyne pocieszenie, bo komary znikają. Prawie. Niestety na łąkowym odcinku zero. Doszedłem do końca i zaczynają się drzewa, a brzegi rzeczki stają się ciut wyższe. Miejscami od biedy jestem w stanie wejść w wodę i poczuć twardsze, gliniaste dno. Przy łagodnym łuku i kilkunastu palikach po jakichś bardzo starych regulacjach widzę przyzwoitego, jak na moje standardy pstrąga. Taki z 35+. Coś zbiera. Wychodzi do wahadłówki w pierwszym rzucie. Kończy się na „powąchaniu” przynęty i jak większość ryb, z którymi tu będę miał styczność, zapada w toń i ma mnie w nosie. Nic go już nie kusi.

Kilka brań maluchów.  Jestem przy ładnym zwężeniu, na ostrzejszym zakręcie. Wahadłówka nie ma adoratora. Głębokość znacznie większa.

(fot. A.K.)

 Rzucam pod prąd czerwony twisterek na 2g. Zaczep, który natychmiast ożywa. Ryba nie jest duża, choć dzielnie walczy. Kropek w okolicach 33cm. Bez przekonania chciałem mu zrobić zdjęcie i uciekł z podbieraka. Wraz z kolejnymi krokami, rzeczka płynie przez coraz większe zagajniki, a brzegi ponownie robią się bardziej płaskie. Wody mniej, dno twarde. Idę rzeczką w górę. Co za ulga w tym skwarze. Cień od drzew też swoje robi.  Teraz nie wiem, co o tym sądzić. Albo ryby zaczęły być aktywne dopiero po 9.00, albo w tym cieniu drzew skumulowały się tak bardzo, gdyż mam branie/wyjście w każdym niemal rzucie. Większość ryb spinam. Nawet nie dosłownie, ale jak widzę że nic szczególnego to albo uciekam błystką, albo przestaję zwijać.  Nie mam pojęcia ile zaliczam brań. Mnóstwo. Jedynie co na minus, to brak kontaktu z jakimś większym pstrągiem. Choć z drugiej strony na mojej Rudawie też mam odcinek, gdzie bez kłopotu zalicza się setkę brań. Różnica taka, że tutaj przytłaczająca większość ryb ma 25 – 30cm, a u mnie 18-20cm… Zmordowany i z niedosytem kończę o 11.30. Naoglądałem się za to ładnych miejscówek.

(fot. A.K.)

Szedłem sześć godzin wodą. Wracam na nogach po dojściu do drogi – 30 minut. Nie, no, nie mogę tak odpuścić. Postanawiam raz jeszcze powlec się na łąkę. Pogoda jak wczoraj: nieliczne chmurki i błękit.  Mam wrażenie że spodniobuty roztopią się na mnie żywcem.  Idę w to miejsce, gdzie miałem wczoraj branie większego pstrąga.  Tym razem rzucam z prądem. Wahadłówka ląduje w wąskiej rynnie między brzegiem, a spadem z moczarkowej wyspy. Głębokość – jakieś 120cm wody. Zupełnie nie zwijam , tylko czuję jak wahadłówka opornie opada nieznacznie kołysana wyraźnym uciągiem. I jest! Miękkie, poważne  i spokojne bum! Zwiastujące pewność i wielkość paszczy. Kij wygina się pięknie, ryba całkiem długo bije w dno, nawet nie widzę z czym mam do czynienia. Przez chwilę myślę, że to szczupak, ale po około kilkunastu sekundach na powierzchni, przewala się, ale jakoś bez przekonania spory pstrąg. Bardzo gruby. Nadzieja, nadzieja. Może będę miał swój rekord? Wygląda, że minął czterdziestkę. Brzeg taki, iż jak się ześlizguję w wodę, to mam po pas. Nawet nie odpinam podbieraka, tylko go nadstawiam, a ryba wjeżdża w siatkę. Euforia.

(fot. A.K.)

Ile byście mu dali? Co bardziej doświadczeni zapewne się nie nabrali. Mierzyłem go z niedowierzaniem dwa razy. Nawet nie przeskoczyłem tych moich  44cm. To był pierwszy sygnał, by te grubaśne tutaj pstrągi szacować zdecydowanie w dół o jakieś 5cm, zakładając, że widzi się je dokładnie.  Szybka wypinka bezzadziorowej kotwiczki i ostrożne pożegnanie. Trochę szkoda, a z drugiej strony, coś więcej niż mam zazwyczaj u siebie.

(fot. A.K.)

Na chwilę zapominam o zmęczeniu. Jeszcze jedno miejsce, potem drugie. W końcu trafiam na głębokie zakole ze spokojną wodą. Nie, pstrąg mi tu nie wziął. Za to na gumową żabę, taką naprawdę słusznych rozmiarów wyjmuję cztery małe okonki. Bez obaw i skutecznie atakowały pękatą i liczącą 7cm z nogami gumę. Pierwszego złowiłem na wahadełko.

(fot. A.K.)

Trochę to pokazuje z desperowanie tutejszych ryb, że jak się już biorą za żarcie, nie ma to tam to…

Na kwaterze jestem po małych zakupach. Trzy godziny odpoczynku. Mała przekąska i nieplanowana drzemka. Nawet nie wiem gdy padłem. Budzik zrywa mnie o 16.30. Pogoda wymarzona. Temperatura spadła do 25 stopni. Jest całkowite zachmurzenie. Leciutka, naprawdę delikatna mżawka. Idę nad rzeczkę nr 2. Karol miał niestety rację: płynie ona zdecydowanie bardziej ze wschodu i gdzieś tam polało, bo na oko szacuję, że jest podniesiona z 20cm i wyraźnie trącona. Srebrną stronę wahadłówki widzę do 20cm pod wodą. Dojście nad wodę zajęło mi 3 minuty. Idę w górę nurtu. Ta rzeczka jest inna. Mniej w niej piasku, za to mnóstwo mułu i płynie dużo, dużo szybciej.  Nie ma roślin w wodzie. Brzegi często wysokie. Zarośnięta piekielnie. Cała nadzieja, że uda się iść w korycie.

(fot.A.K.)

Ma na ogół 3,5 – 4m szerokości. Pstrągi mają w niej być także. Okropnie ślisko na podlanych brzegach.  Mija kwadrans i nic. Dopiero przy pojedynczym wielkim drzewie mam ewidentne wyjście około 25cm ryby. Na pewno pstrąg.

Nie będę się rozpisywał, bo finalnie nic szczególnego nie miało miejsca. Zaliczyłem około kilometra przepięknej na oko wody i jakieś dwadzieścia kontaktów. Wyjąłem kilka pstrągów do 25cm.

(fot.A.K.)

Mam styczność z co najmniej trzema miarowymi: dwie ryby po około 32-33cm i jedna 35+, która po kilku przepięknych saltach wytrzepała kotwiczkę.

(fot.A.K.)

Charakterystyczne było tu to, że ryby ewidentnie źle widziały przynęty. Wiem to stąd, że mając wyraźne, czasem mocne, dające pewność ukłucia się ryby branie bez skutecznego zacięcia, poprawiałem kolejnym rzutem, a ryba z nie mniejszym animuszem biła w blachę. Najbardziej zdziwił mnie jeden z tych trzech większych pstrągów, który pierwszy raz niemrawo wziął około 5m ode mnie tuż pod powierzchnią. Zniknął w toni, a ja obrzucałem potencjalny rejon jego zakotwiczenia się i wziął drugi raz pod kijem. Całkiem ostro capnął błystkę. Miałem wrażenie, że jest gdzieś metr w górę od moich nóg. Nie otwierając kabłąka wstawiłem wahadłówkę do wody i wziął, tak, że kilka sekund miałem go na kiju. Stąd wiem, iż był trochę większy, niż te które na ogół atakowały błystkę.

Na wobler nie miałem brania. Podobnie na gumy, nie licząc poniższej miejscówki. Podałem gumową żabę w ten gąszcz kijów i miałem, jak sądzę jedyną tu styczność z większym pstrągiem. Gdy guma odbiła się raz od dna nastąpiło miękkie i silne zatrzymanie. Zaciąłem od razu i może był to błąd, bo natychmiast ryba puściła i ten w przeciwieństwie do innych, już nie poprawił, a poświęciłem mu kilkanaście minut, oraz urwany twister i wspomnianą żabę.

(fot.A.K.)

Rzeczka nr 2 ze względów  na warunki w wodzie nie dała się poznać lepiej, aczkolwiek jestem przekonany, iż przy bardzo niskim stanie i czystej wodzie miałbym dużo, dużo lepsze wyniki.

(fot.A.K.)

Poddałem się o 19.30 mimo pełni dnia, tym bardziej, że znów się przejaśniło, ale nie oparłem się chmurze komarów, którym w sukurs przyszła chmara gzów. Po którymś grubym już ukąszeniu, stwierdziłem: mam dosyć, tym bardziej, że dranie nie reagowały na żadne pryskanie chemią.

(fot.A.K.)

Kolejny prysznic tego dnia podnosi morale. Skóra mniej swędzi. Żałuję, że nie pojechałem jednak na odcinek, na którym byłem na koniec pierwszego dnia. Ale cóż. Worek ze skarpetkami rośnie w oczach [spokojnie trzy – cztery pary nadzień]. Cieszę się, że wziąłem dwie pary skarpet z neoprenu, które suszę na zmianę.  Przed samym wieczorem  biegnę po suszące się spodniobuty, które ciut podlał niewielki deszczyk.

Umawiam się z Karolem na 4.00. Pokaże mi kolejną rzeczkę. Znów padam jak kłoda. Jest mi obojętne czy pogryzą mnie komary. Otwieram okna. Około 2.00 budzi mnie mżawka. Oj, cały jestem mokry, a obok łóżka mała kałuża. Chyba przespałem większy deszcz. Dochodzę do siebie natychmiast. Ścieram wodę, zamykam okna.  Zazwyczaj po takim wybiciu ze snu nie ma szans, że zasnę. Teraz natychmiast po opanowaniu sytuacji, zapadam w drzemkę.

Dzień trzeci

Karol zabiera mnie z mostka nieopodal domku. W około 20 km drodze opowiada o rzeczce nr 3, a na moje oko w najbliższej okolicy są jeszcze rzeczki nr 4,5 i 6. No i jeszcze jedna,  taka trochę dalsza. No więc w tej, nad którą jedziemy ryb ma być zdecydowanie mniej, za to potencjalne branie może skończyć się pięknym trofeum. Żyjące tu od dłuższego czasu potokowce, mają rewelacyjne przyrosty. To głównie z myślą o spotkaniu z grubym pstrągiem, zjawiają się tu nieliczni z mojej perspektywy spinningiści.  Nieczęstą, ale w miarę regularną niespodzianką są duże tęczaki, które zmykają czasami z pobliskiej hodowli.

(fot. Karol)

Po drodze znowu mijamy ulewę. Na miejscu w maleńkim i sennym miasteczku, zaczynamy na jego obrzeżu. Nawet przy moim entuzjazmie, biorąc pod uwagę lokalizację i samą wodę w życiu nie podejrzewałbym jej o pstrągi. Co najwyżej klenie i jakiś rybi drobiazg. Jest płasko, piaszczyście. Woda jest przejrzysta, ale ma taki żółty kolor.

(fot.A.K.)

Spinam małego potokowca w pierwszej miejscówce. Potem dłuższy czas cisza. Sam nie wiem. Jak dla mnie woda jest ciut trącona, ale Karol mówi, że jest czysta, tylko ryby nie są aktywne. Mamy jakieś potrącenia, ale zazwyczaj nawet nie widać ryby.  Po kilkuset metrach rzeczka przyśpiesza i robi się głębsza. Zmienia się też jej otoczenie.

Idąc w dół wody zauważam, że jednak tutaj ktoś bywa od czasu, do czasu, bo jednak jakieś ścieżki są. I to nie tylko zwierząt. Rzeczkę tę zamieszkuje także podobno liczna populacja lipieni. Ponoć w temacie opieki nad wodą, znajomi mojego Gospodarza doskonale współpracują z burmistrzem miasteczka, który mimo, że nie jest w ogóle wędkarzem, to wspomaga ich, delegując nawet ludzi do pomocy w budowie tarlisk…

Miejsca przepiękne, woda robi się coraz głębsza, mimo, że nie ma po drodze żadnych dopływów. To zwiększanie się wody mnie akurat mniej cieszy. Zaczynają brać okonie. Łowię nawet całkiem niezłego, jak na rzeczki, ale z tego wszystkiego nie robię zdjęcia, bo nie dla nich tu jestem. Karol mówi, że jest szczególny dzień, bo w tym roku okonia jeszcze tu nie złowił. Musi być ich jednak dość sporo.

Po kolejnych kilkuset metrach koryto staje się węższe, brzegi wyższe i zarośnięte jak diabli. Rzut oka i powiedziałbym, że na 100% jestem nad nizinnym odcinkiem Rudawy, gdyby nie kolor wody.

(fot.A.K.)

Mam na koncie dwa potoczki, kilka okoni i z 10 brań. Karol jednego pstrążka i okonia. Podobnie jak ja, zalicza kilka puknięć. Niektóre bardzo sprytne z potencjalnych ostoi czegoś większego. Nie żerują.  Mamy znów fragment z szybką, płytką i wąską wodą.

(fot.A.K.)

Odcinek kończy się następnym zwężeniem pod wielką olchą. Jestem około 15m niżej i słyszę głośne ciapnięcie o wodę, ciche, karolowe „jest”. Odwracam głowę i pierwsze, co widzę, to szybującego jakieś 50cm nad woda grubasa, który przelatuje nad gałęzią drzewa. Rybie w ciemno daję 45cm. Karol uprawia szermierkę z rybą, która szamoce się bez opamiętania, a żyłka oplątała się o gałęzie. Mamy go po chwili i co? Powtórka z poprzedniego dnia. Potokowiec jest gruby, masywny, ale mniejszy niż oszacowaliśmy, bo Karol bardziej powściągliwie niż ja, także dał mu jednak więcej.

(fot.A.K.)

Zaliczamy jeszcze z kilometr wody. Robi się upał, chodzi fatalnie – wszędzie pełno niewysokich ale silnych i bardzo gęstych roślin. Miejscami oplecionymi silnymi pnączami, które ledwo można przebyć. Woda ma różny charakter. Miejscami bardzo nizinny, z trzcinami na brzegach…

(fot.A.K.)

Miejscami nadal nizinna, ale bardziej bystra.

(fot.A.K.)

Rezygnujemy, gdyż brań brak. Tzn. zdecydowanych brań brak.

Jakieś 30km i jestem na wysokim odcinku rzeczki nr 1. Jest południe. W pełni dnia cieszę oczy przepięknym otoczeniem. Wspaniały twardy, biały piasek. Cudowne, wielkie wierzby i olchy. Płaskie na ogół brzegi. Woda do pół łydki. Są oczywiście podmycia i doły.  W wodzie mnóstwo grubszych gałęzi ale brodząc łowi się prosto. Szpaler drzew nad wodą cudownie zacienia otoczenie. Równocześnie jest tyle przestrzeni, że można rzucać nawet z nad głowy. Nie wszędzie ale często. Rzuty z biodra, swobodne, posyłają blachę nawet na 20, może w porywach nawet 30m. Potem tylko zamknąć kabłąk i zwijać galopem wahadłówkę, co i raz obserwując garbiki atakujących pstrągów. Szczególnie rzuty pod brzegi, jeśli są precyzyjne i ciche, jakby znikąd wyciągają z dziurek i podmyć pstrągi, które spokojnie mają ponad 30cm. Mam takich kontaktów mnóstwo. W tym chłodnym tunelu, około 14.00 jestem świadkiem wspaniałego zjawiska: nad wodą unosi się tajemniczo wyglądająca mgła. Jest baśniowo.

(fot. A.K.)

Przez cztery godziny miałem może z 10 podań blachy bez brania. Spinam kilka ryb po około 30cm. Na niczym nie wyróżniającej się prostce z wodą nieznacznie nad kostki, zwisa nad środkiem koryta wielka gałąź, jakby utrącona piorunem.  Rzut z około 15m pod gałąź. Nieskromnie powiem – bezbłędny. Natychmiast pobicie, połączone z majestatycznym zafalowaniem powierzchni. Ryba spokojnie i dostojnie wręcz spływa pod jeden z brzegów. Błyskawicznie zwijam żyłkę, widząc, że mam coś większego. Jestem może 7m od pstrąga liczącego – tym razem bardzo krytycznie szacuję – pod 45cm. Od razu wiem, że szanse są małe. Ryba zapięta jest za jeden haczyk kotwiczki, za samą skórę z boku pokaźnej już mordy. Pstrąg jakby o tym wiedząc, zdecydowanie ale bez paniki szarpie głową na boki. Raz, drugi… Nie wytrzymuję i biegnę do niego, zwijając żyłkę, licząc, że zdarzy się cud i zagarnę go na tej płyciźnie podbierakiem. Nie dalej jak piąte szarpnięcie się uwolniło pstrąga, który jakby obrażony odpłynął w dół rzeczki. Cholera!

Ale jakoś tak nie zabolało. Idzie i tak nieźle. Jakby co, to na koniec  tej ostatniej dniówki, mam w planie odcinek łąkowy aż do zmierzchu. A potem mozolny powrót na Kraków. Mijam po drodze wkopane w dno przez opiekunów rzeki, kilkadziesiąt wielkich, jakby fragmentów płotu. Dechy odbijają nurt pod jeden z brzegów powodując, że nagle pojawiają się doły po zapewne dwa metry.  Z jednego z nich wypada trochę większy pstrąg. Nie mniej takie ryby na 16-ce, ciągnę na siłę nie dbając o to czy spadną, czy nie. U mnie bym już celebrował takiego potokowca. Ten ma 37cm.

(fot. A.K.)

Jak na tutejsze standardy jest bardzo szczupły. Ryby fajnie się fotografuje na zalanych kępach cudownie zielonych roślin, których wszędzie pełno. Falujące warkocze w nurcie, albo wysepki sztywnych, kędzierzawych listków.

Kolejny zakręt i widzę jak ciężko opada w wodę znów taki trochę większy. Po chwili, zanim rzuciłem, wyskakuje ponownie do jakichś owadów.  Błystkę zagarnia bez zająknięcia. Centymetr więcej niż poprzedni.

(fot. A.K.)

Odnośnie takich tuż nad 30cm trochę tracę rachubę i do końca nie wiem ile ich wyjąłem. Dwa na 100% ale nie chciało mi się ani tracić czasu na pomiar, ani mordować ryb nawet samym tylko przystawianiem do kija. Kilkanaście ryb do 35cm spada. Mam wyjście większego, czarnego pstrągala, ale nie sadzę, że miał więcej niż 40cm. Jak to się człowiekowi zmienia perspektywa…

Czuję, że zaraz skończy się ten odcinek i będzie prawie koniec wyprawy. Lekkie ciśnienie. I możecie nie wierzyć, ale zaczyna się dziać jak w filmie. Lekko kiczowato, ale mówię, jak było. Słowo.  Dochodzę do przepięknego zakrętu. Żadna z fotek, które zrobiłem miejscówce nie oddała choć w 10% jej piękna, dzikości i majestatu. Musiałby tu być ktoś z lepszym sprzętem i znający się na fotografii.

(fot. A.K.)

Z zagłębienia na zakręcie nie wyszło nic.  Minąłem zakręt i uszedłem może z 5m. Rzeczka płynęła na mnie bystrym ale nie szybkim nurtem, kryształowa woda do kolan. Prosty, jak od linijki fragment ze żwirkiem pod nogą. Trochę zieleni i kilka średnich olch. Rzut z 10m przed siebie. Wahadełko subtelnie ciapie o wodę, już w locie zamykam kabłąk. Unoszę kij równocześnie z wielkim zawijasem, jaki robi się na powierzchni. Mam targnięcie prawie wyrywające kij, po czym zanim zwinąłem luz na żyłce, mam metr przed nogami pstrąga, jakiego z takiej odległości, w naturze, a nie w hodowli,  widziałem tylko raz.  Proszę się nie śmiać. Dla mnie istny potwór. Kropy, jak paznokcie. Sekundę potem ryba jest w miejscu brania, zaszpanowany hamulec jakimś cudem odpuścił ze trzy metry żyłki, po czym szczytówka prawie dotknęła wody. Łowiąc czternastką, od ponad dwudziestu lat nie miałem realnych obaw, że pstrąg mi urwie żyłkę. Teraz, mając żyłkę 0,16mm drżę. Kilka sekund i pstrągal uderza mnie  prawie w jedną ze stóp. Sięgam po podbierak, wszak ryba jakby zszokowana stoi z półtora metra przede mną. Ziszczenie marzeń! To po to tu jestem! Blachy nawet nie widać. Wszystko jest jak powinno. I ryba nawet nie ma gdzie uciec. Żadnych zaczepów, zwalisk, dołów. Nic, tylko kilkadziesiąt metrów prostki w górę. Schylam się bo podbierak na karabińczyku. Ryba jak oparzona wyrywa w górę z takim impetem, że brak słów. Żadnych skoków, tylko taka szarża pod prąd.

Teraz proszę, szczególnie takich jak ja – „zielonych” pstrągarzy, by poczytali uważnie i wyciągnęli wnioski. Mówi się, że duże ryby nie wybaczają żadnych niedociągnięć. Sto procent racji…

Jestem człowiekiem, który całe swoje życie ma na bakier ze wszystkim „technicznym”. Nawet kwestie banalne są dla mnie problematyczne, „magiczne” i nie ukrywam, że zawsze uciekałem przed takimi sprawami. Otóż noszę, a raczej nosiłem, podbierak na swoja modłę: nie mając magnesów z karabińczykami, choć żona mnie sama namawiała bym je kupił [jakoś nie chciało mi się zastanawiać, jak ich używać], zaczepiałem karabińczyk linki do prawej [!], górnej kieszeni kamizelki, gdyż po pierwsze, chodząc w spodniobutach  – zaczepić niżej jest niewygodnie, bo ściana ubioru skraca linkę, a za same spodniobuty nijak się nie da; w lewej zaś kieszeni, trzymam aparat, więc odsuwanie zamka, na którym wisi podbierak… I co robię? Obawiając się że żyłka pęknie, odpuszczam hamulec, przekładam kij do lewej ręki i mocuję się z karabińczykiem, który jak na złość wylatuje mi z palców. Pstrąg jakby tylko na to czekał. Kolejna szarża pod prąd, i odpuszczony za mocno hamulec lekko oddał kolejne metry. Zawsze wydawało mi się, że pstrągi włażą w zaczepy w chaosie ucieczki, tak bardziej przez przypadek, niż celowo. A teraz widzę, jak ryba, niczym pies na za krótkiej smyczy jakby doczołguje się pod jedną z olch i wpycha łeb w lukę między korzeniami. Utknął! Jak nic, widzę, że dalej nie może i jakby nie może się wycofać. Z tym nieodpiętym podbierakiem pędzę, napinając ile się da żyłkę, pstrąg wykonuje  ostatni zryw i jakby na raty: najpierw jeden bok, potem drugi przeciska przez dziuplę i znika. Czuje go na żyłce. Sytuacja patowa, ale widzę szansę, bo rybę czuję. Muszę tylko odsunąć jeden grubszy kij, którego nie zauważyłem, a żyłka jakoś pod nim przeszła. Przeszkoda usunięta i… żyłka jakby nie przewodzi życia. Powyżej nie wypłynął. Jest tam totalna płycizna. Wkładam rękę w dziurę, nadstawiając podbierak. Do końca nie wiem, czy się spiął. Pierwsze co mam, to wbity w palec hak. Wszystko jasne…

Przez te może 60 sekund wszystkiego, czułem się jakbym wygrał milion, a potem powiedzieli, że pomyłka, jakbym stracił gola w doliczonym czasie gry. Żadne słowa tego nie opiszą, żadne…

Roztrzęsiony, jak po ataku niedźwiedzia, wyciągam centymetr, biorę głęboki wdech, zamykam oczy i widzę go pod nogami, na tym żwirku w krysztale wody. Zaznaczam odległość na wędce, nauką poprzednich dwóch przypadków ujmując 3-4cm i przykładam centymetr do kija. Pokazuje 49cm. Robiłem tak potem jeszcze kilka razy w domu. Na spokojnie. Wiem, że wędkarzom ryby „rosną” – mnie nigdy. Pod uwagę biorę ogon, który w tamtej sytuacji w ogóle się nie liczył. Było chyba wyraźnie nad 5 dych. Żal, pech, brak doświadczenia i obycia z dużymi rybami tego gatunku. Kolejne 60 minut opowiadam Karolowi jak to było. Odreagowuję tak długo, że spędza nas wielka burza. I tak nie mógłbym już łowić tego dnia.

Jak nic się nie zmieni, to już 19-go jestem tam znowu. Nie wytrzymam. Kolejna, trzydniowa szansa. A jeśli nie to spróbuję ponownie za rok. Także latem. Chcę byka z lata, a nie zimowego chudzielca.

Na koniec parę słów skąd taki sukces na ogólnodostępnych wodach, bo podkreślam, nie jest to żaden odcinek specjalny, komercyjne łowisko czy coś w tym stylu. Jak widzicie, każdy może tu wędkować. Nie ma, moim zdaniem złych podziałów, że mucha to owszem, a spinning już be. Wobler może być uzbrojony w dwie kotwice jak czołg, byle nie miały zadziorów. W czym zatem źródło tak dobrych wyników wielkościowych i ilościowych?

Wszystko poniżej jest już moją oceną, moją interpretacją.

Pierwszy czynnik – ludzie. Zebrała się ekipa bezkompromisowych osób, które nie zakładały żadnego stowarzyszenia, klubu czy czegoś w tym stylu. Po prostu w jednym kole nieznaczną przewagę uzyskali ludzie patrzący na wędkarstwo niekoniecznie w duchu, tfu – gospodarki rybackiej, czyli tej lansowanej powszechnie przez PZW. Zmiany, których dokonali, mimo oczywiście protestów dziadostwa, spowodowały, że do tego koła chcą należeć i się zapisują ludzie nawet z oddalonych miejscowości, gdyż tam wolą zostawić składkę. W efekcie, w tym kole przewaga nad „dziadostwem” jest już bezdyskusyjna. Kolejna kwestia, to opieka nad wodą. Rzeczka nr 1 jest  w sposób naturalny piaszczysta. O tarliskach raczej nie ma mowy. Tymczasem wszędzie widać pstrążki wielkości 10cm [sierpień]. Ludzie ci pozyskują fundusze z okręgu, z koła, robią własne składki, pozyskują sponsorów. Dogadują się i to bardzo skutecznie z lokalnymi politykami. Efektem, całe setki metrów żwirowych odcinków, na których ryby odbywają tarło. Można zobaczyć  naprawdę okazy.

Działają oczywiście strażnicy. Tam, gdy pojawia się auto niewidziane wcześniej, w zasadzie jest pewność, że ktoś się nim zainteresuje i sprawdzi wędkującego – część z wędkarzy mieszka relatywnie blisko wody, którą traktują jak swoją i wcale mnie to nie dziwi. Koło doprowadziło do tego, że przewodniczącym kolegium w zarządzie okręgu został ich człowiek i wszelkie wykroczenia wędkarzy – złodziei, są karane z całą surowością, bez oglądania się na niska szkodliwość, koleżeństwo i jakieś koneksje. Mógłbym przytoczyć kilka co najmniej anegdot, z których część pokazuje jak ludzie potrafią być zachłanni, a część jest jak z dobrego kabaretu. Momentami dopytywałem się, czy historia miała miejsce naprawdę, bo trudno uwierzyć. Osobną kwestią jest zainteresowanie policji. „Olany” przez wędkarza – cwaniaka strażnik SSR ma w ciągu kilkunastu minut do pomocy policjantów i zaczyna się „trzepanie” kombinatora., Po prostu policja jest tym zainteresowana. Recydywa dla łowiącego „inaczej”, kończy się różnie… Pospolici kłusownicy są na tej jednej rzeczce w totalnym odwrocie.

Nad rzeczką nr 3 widziałem tabliczkę „woda monitorowana”. Opadła mi szczęka, ale okręg kupił kilka kamer, jedną udostępnił zapaleńcom, którzy przenosząc ją tu i tam spowodowali wśród miejscowych [także za sprawą ludzi publicznych, jak listonosz, kierowcy autobusów]psychozę kamery na każdym drzewie. Przez trzy dni łażenia po krzakach, na z perspektywy Krakowa – totalnym odludziu, gdzie można robić co się chce, nie spotkałem żadnego kłusownika. W wodzie praktycznie nie ma śmieci. Nadziałem się na jedną oponę i jeden rozerwany wór ze śmieciami, którego nie zabrano po sprzątaniu wody. Tyle. Wierzcie albo nie. W moim przekonaniu są jeszcze dwa aspekty. Po pierwsze z opowieści wynika, że jednak zarząd tego okręgu idzie trochę pod prąd populistycznym trendom i nie ma zamiaru czekać „aż wymrze stare pokolenie” i daje zielone światło na cześć przynajmniej działań. Aby była jasność, ryby które łowiłem, to nie były ryby wrzucone z przyczepy dwa dni wcześniej, po to by je wyłowić i wrzucić nowe. To bardzo już zdziczałe , a często z naturalnego tarła. Teraz ma być przymiarka do zmniejszenia operatu, gdyż populacja malutkich, dzikich pstrągów świadczy o skuteczności ochrony i świetnych warunkach dla tego gatunku. Kilka okolicznych rzeczek jest pełne lipieni i to wcale nie takich po 20cm, co dla mnie jest zupełną egzotyką.

Drugi aspekt; moim zdaniem koło, a jest coraz bardziej wpływowe, siłą rzeczy ma swojego człowieka, który jest obecny podczas podejmowania różnych decyzji na szczeblu okręgu. I jest to ich człowiek, a nie człowiek zarządu, który u siebie w kole będzie „za”, ale poza plecami wędkarzy pierwszy poprze „dziadostwo”. Co więcej, taki człowiek wie, kto lansuje „dziadostwo” w okręgu i wędkarze też mogą to wiedzieć, dzięki czemu dają temu wyraz przy głosowaniach…

Rzecz niepojęta, ale w okolicy niesamowicie przybyło ludzi wypuszczających pstrągi, ludzi którzy zrozumieli, że to nie moda, szpan czy jakiś dziwny lans, tylko najprostszy i  najtańszy sposób, by łowić duże ryby i przeżywać częściej niż raz na ileś lat duże emocje. A miejscowi, przynajmniej w niektórych wsiach, wzorem pod tym akurat względem, bardziej światłych krajów –  z mostków oglądają tarło byczych pstrągów. Jak poniżej…

8 myśli nt. „13/72 – cz. II

  1. Adam grał z zespołem Skangur w Białymstoku, bodajże 2 sierpnia i zaraz potem pojawił sie wpis o nowej miejscówce, czy ta daleka podróż to przypadkiem nie nad Supraśl i dopływy tej rzeki.?

  2. Fajna relacja. Generalnie „gdzie patyki tam wyniki”. Oczywiście, że są jeszcze w kraju miejsca nie skażone mięsiarstwem i nadmierną eksploatacją. Ale one bronią się same – komarami, kleszczami, potem, brudem i trudem… Współczesny wędkarz musi mieć wszytko jak na widelcu, dojazd nad samą wodę, udeptaną ścieżkę, no i niegłęboką płań z dobrym zejściem nad wodę… Eh, gdybym miał czas tak jak go nie mam i nie bał się kleszczy to wszedłbym na geoportal lub podobną mapę, zlokalizował i eskplorował meandrujące wśród łąk i lasów cieki. Podejrzewam że wyniki byłby by podobne

    • I tak i nie. Rzeczki, które miałem okazję poznać, uznaję wg subiektywnych oczywiście kryteriów za łatwe, jedną za średnio trudną. Tam przeszkodą – wg mnie niewielką były tylko te insekty – pewnie też dlatego relatywnie duża presja jest wczesną wiosną. Drugim problemem, dla mnie większym była/jest odległość. Czas, czas i jeszcze raz czas. Na jeden dzień jechać taki kawałem to bez sensu. Tam gdzie akurat pojechałem, swego rodzaju regułą była większa ilość pstrągów na odcinkach względnie blisko jakichś miejscowości, ale to wynikało z tego, że blisko byli ludzie pilnujący tej wody. W okolicach Krakowa jest dokładnie odwrotnie – trzeba szukać kawałków jako tako oddalonych od wsi. Co do tych cieków meandrujących tu i tam, to generalnie bardzo słabo to wygląda. Ja takich rzeczek z kolegami „odkrywamy” kilka/kilkanaście w sezonie. Jak do tej pory, poza jednym wyjątkiem okazywało się, że pstrągów w nich nie ma [myślę o szeroko rozumianej Małopolsce]. Natomiast okazuje się, że można super połowić, naprawdę emocjonująco – na rzeczkach okręgu, tyle tylko, że tych zapomnianych bo: małe, wyglądają na brudne, mają odcinki, gdzie jak napisałeś – ciężko dojechać wygodnickim. Mnie opadła szczęka nad jedną z krakowskich rzeczek – tzn. olbrzymów oczywiście nie było, ale ilość ryb miarowych… Rudawa, Dłubnia, czy Szreniawa mogą się zawstydzić.
      Co do kleszczy – faktycznie nie wato ryzykować. Sam muszę bardzo uważać. W tym roku zawziąłem się i wszędzie chodzę w spodniobutach. Kilka par skarpetek, dwie pary ochraniaczy neoprenowych na stopy. Do tego mugga [taki środek na egzotyczne insekty – bardzo silny w porównaniu z naszymi] i daję radę. Upał wykańcza ale od biedy to jest alternatywa. I dokładne wietrzenie spodniobutów zaraz po każdym wypadzie. Jest ok. Żadnych zatęchłych zapachów, żadnych grzybic. I bezpiecznie.

      • Co do kleszczy i innych paskudztw, to sprawdzony i bardzo skuteczny środek to krem firmy 3m Ultrathon. Mam, stosuję i bardzo sobie chwalę. Owszem, ma zapach chemii, a i specjalnie nie smakuje (uważać należy z oczami), ale jest baardzo skuteczny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *