Udany eksperyment

Bardzo bym chciał, by jak najwięcej osób przeczytało ten tekst.  Sam dość mocno się złoszczę, jak jakiś „dziador” twierdzi, że całe to wypuszczanie ryb to jakaś chora ideologia, kaprys, szpan, nonsens itp. Jakby nie działały przykłady z krajów, które pod tym względem mają się akurat czym pochwalić. Ostatnio miałem taki sparing werbalny z pewnym człowiekiem [nomen omen zarzucał mi, że mówię nieprawdę], który w pewnym momencie już skapitulował i przyznał rację, że może to jest jakiś sposób, by łowić więcej i większych ryb, bo tego chce akurat każdy. Ale nagle coś go olśniło, że co jak co, ale wypuszczanie pstrągów nie ma sensu, bo i tak zdychają. Na nic moje tłumaczenie, że w takiej np. Finlandii są łowiska, gdzie można zabrać tylko pstrąga bez płetwy tłuszczowej [tak odróżniają „wpuszczaki” od dzikich], więc inne się wypuszcza, jakoś są i rosną. Ciężko mu było to zaakceptować…

Poniżej wywiad z v-ce szefem koła w Niepołomicach, Tadeuszem Biernatem, który zaprosił mnie nad egzotyczne, jak na polskie warunki łowisko. Woda w formule no kill to już nie egzotyka, ale ten projekt, który trwa już kilka lat, to dla mnie nowość i powiem, że sam osobiście z czymś takim się nie spotkałem w polskich realiach. Otóż poza tym, że nie wolno zabijać złowionych tu ryb, to wody tej…nie zarybia się. I co? Jak się sprawy mają? Proszę przeczytać, zachęcam szczególnie sceptyków.

Adam Kozłowski: Po co w ogóle takie łowisko jak NO KILL?

Tadeusz Biernat:  Bardzo często można usłyszeć  nad wodą głosy niezadowolenia z łowisk PZW. Tylko, że jakoś wielu narzeka, niewielu chce coś zrobić. Nasze łowisko to taka próba innej gospodarki na łowisku. Swego rodzaju eksperyment. Jest to też chęć pokazania innym, że czasem „da się”.  Że, jeżeli coś nam się nie podoba, to  warto próbować coś zmienić. PZW jest jakie jest, ale na pewno jest takie jak większość jego członków. Nie narzekajmy, że nic się nie zmienia na lepsze, kiedy sami stoimy z boku, w dodatku z założonymi rękami.

A.K:  Dlaczego tak mało mamy łowisk w formule „no kill”. Pytam jak to widzisz z perspektywy v-ce szefa koła?

 T.B: Przyczyn na pewno jest wiele, ale chyba najważniejsze są dwie. Po pierwsze ilu w Polsce mamy wędkarzy, którzy naprawdę są gotowi całkowicie zrezygnować z zabierania ryb, choćby z jednego z wielu ich łowisk? Po drugie ci, którzy byliby na to gotowi, najczęściej nie wierzą w jakiekolwiek oddolne inicjatywy. „Nie da się, to się nie uda, beton nie pozwoli” itd. I koło się zamyka, pozostaje narzekanie.  Poza tym wcale nie jest to takie łatwe. Koła rzadko są gospodarzami większej ilości łowisk, a tylko wtedy można by się pokusić o zorganizowanie na jednym z nich łowiska NO KILL. Poza tym takie łowisko można organizować tylko tam, gdzie w sąsiedztwie jest większy wybór wód. Nie można, ot tak po prostu, uszczęśliwiać ludzi na siłę i organizować im NO KILL na jedynej wodzie w okolicy. W tym wszystkim ważny jest rozsądek i kompromis. Wielu zastanawia się też, czy łowisko w formule NO KILL nie kłóci się przypadkiem z koniecznością prowadzenia przez użytkownika racjonalnej gospodarki rybackiej. Tylko że jak ta racjonalna gospodarka rybacka w wędkarskim wydaniu powinna wyglądać? Głównym jej założeniem jest przecież  takie gospodarowanie wodą, które zapewni korzystanie z dóbr łowiska następnym pokoleniom. Bliższe temu jest łowisko NO KILL, niż to, co serwują sobie wędkarze wpuszczając za grube pieniądze tony karpia wszędzie gdzie się da. Cierpią na tym inne, nie mniej wartościowe i atrakcyjne, również wędkarsko, rodzime gatunki.  Na dużych, lub bardzo zarośniętych wodach ryby jeszcze jakoś się bronią. Na niewielkich, łatwych do wyłowienia wodach, jakie mamy w okolicy, nie wygląda to za ciekawie. Tak niestety w większości wygląda gospodarka kół. Pełnię obrazu dopełnia to, że jako wędkarze jesteśmy po prostu coraz skuteczniejsi, bardziej mobilni, mamy bardzo łatwy dostęp do wszelkiej informacji. Zdecydowana większość wód tego nie wytrzymuje. Patrząc na to wszystko i na to, ile pozwala nam z wody zabrać RAPR, nie mam złudzeń, że z racjonalnością już dawno nie ma to nic wspólnego.

 W naszym kole mamy wyjątkowy splot sprzyjających okoliczności. Dysponujemy trzema zbiornikami. Do tego znalazło się sporo osób, które pomimo drwiących uśmieszków, potrafiło poprzeć stosowny wniosek na walnym zebraniu koła. Życie pokazało, że taka organizacja gospodarki naszego koła, a zawsze podkreślam, że na tą gospodarkę trzeba patrzeć całościowo, a nie jak na osobne zbiorniki, wcale taka chora nie jest. Najważniejsze, że opiera się na kompromisie i różni członkowie naszego koła, z różnym spojrzeniem na swoje wędkarstwo, znajdą coś dla siebie. Dziś drwiących uśmieszków już jakoś nie widać i NO KILL stał się naturalną częścią naszych wód.

A.K: Jeśli już powstają zbiorniki/odcinki rzek o formule „no kill” to wiąże się to również z dość obfitym zarybianiem. Co zadecydowało o tym, by Waszego zbiornika nie zarybiać?

T.B:  Pomysł na łowisko NO KILL nie wziął się z chęci organizacji kolejnego w okolicy rybiego bur… domu publicznego. Wręcz przeciwnie. Nasza 5-tka [nr stawu – mój przypis], zawsze była łowiskiem dość trudnym. Nie dość, że jest głęboko, to jest tam masa twardych zaczepów w postaci zatopionych pni. Łowienie tam do najłatwiejszych nie należy. Dlatego uchowały się tam niewielkie populacje ładnych ryb. Co bardzo ważne różnych gatunków. Na pewno nie ma ich bardzo wiele, ale można liczyć na sporego karpia, amura, lina, płoć, leszcza, lina, karasia srebrzystego czy na drapieżnika. Wisienkami na tym torcie są piękne karasie pospolite, już bardzo rzadkie w naszej okolicy. Zarybienia mają tam być jedynie na zasadzie uzupełnienia, ale widząc jak to wygląda, póki co nie ma co uzupełniać. Zarybiliśmy go tylko raz karpiem i amurem, a było to jeszcze przed powstaniem NO KIILL`a. Część tego zarybienia się ostała i pływa tam do dziś. Może dopuścimy tam karasia pospolitego. Pod warunkiem, że uda nam się go dostać, a wcale nie jest to takie proste.

(fot. A.K.)

A.K: Łowisko funkcjonuje już kilka lat. Ma zdecydowanych wielbicieli, wpisało się w koloryt lokalnych wód. Od początku było łatwo?

T.B:  Oczywiście, że nie. Zwłaszcza w pierwszym roku. Powiem tylko, że istnienie tego łowiska zawdzięczamy w części ówczesnemu zarządowi koła. Po przyznaniu nam przez okręg zbiorników nr 5 i 6 w Przylasku Rusieckim, panowie ci stwierdzili, że trzeba maksymalnie rozluźnić regulamin, znieść wszystkie możliwe ograniczenia i wyłowić wszystko co tylko się uda, bo nie wiadomo na jak długo okręg dał nam te wody. To pokazuje podejście sporej części członków naszego i nie tylko naszego koła. Nie można było na to pozwolić. Zaproponowałem wprost, żeby wytłukli sobie dwa zbiorniki, a zostawili choć jeden w jako takim stanie. Ku mojemu zdziwieniu ”chwyciło” a potem było już z górki. Dziś to podejście w sporej mierze się zmieniło. I nie chodzi wcale o to, że zagorzały mięsiarz nagle przestał zabierać wszystko co mu się uda. Chodzi o to, że dotarło do niego, że inni mogą mieć inne zdanie, a mimo to można  obok siebie funkcjonować.

A.K: Wspominałeś o finansach. Jak wyglądają relacje nakładów na takie łowisko, jak to w porównaniu ze „zwykłym”, takim typowym stawem zarządzanym przez dane koło PZW?

T.B: To łowisko tak naprawdę nic nas nie kosztuje. Wręcz przeciwnie. Po jego powstaniu przybyło nam członków w kole. Część z nich w ogóle nie zabiera ryb, a oczywiście opłaca nasze wody. Przynosi  to dodatkowe, wcale nie małe pieniądze do puli, z której finansowane są zarybienia. Dzięki temu korzystają inni członkowie koła ponieważ mają jeszcze lepiej zarybione dwa inne zbiorniki. Tak więc na naszym łowisku NO KILL korzystają nawet zagorzali przeciwnicy takich rozwiązań. Na nasze dwa inne zbiorniki w ciągu ostatnich lat wpuszczone zostały ryby za setki tysięcy złotych (roczny budżet na zarybienia to 30-40 tyś. złotych). Specjalnych efektów jakoś  nie widać. Mały szał kilka razy w roku, przez kilka dni po zarybieniu i tyle.  Na innych, okolicznych wodach jest podobnie. Śmiem twierdzić, że im większe zarybienia, zwłaszcza dużą rybą, tym woda ma się gorzej.

A.K: Skusiłeś mnie na zasiadkę ze spławikiem za sprawą przepięknych karasi, tych naszych,  złotych, zwanych  – brzmi dziś już jak trochę zły żart – pospolitymi. Szczerze powiem, że pierwszy raz widziałem tak duże okazy tego gatunku i to całkiem liczne. Biorąc zbiornik pod swoją opiekę wiedzieliście o tych przepięknych rybach?

T.B: Pewnie, że tak. Sam praktycznie nie łowiłem na spławik przez kilkanaście lat. Wróciłem do spławika po powstaniu NO KILL na 5-ce. Świetne łowienie, pod warunkiem, że łowisko ma do zaoferowania spławikowcowi  coś więcej niż drobnicę.

A.K: Generalnie w ogóle nie ingerujecie w rybostan zbiornika. Z tych kilku lat obserwacji, jakie można wyciągnąć wnioski?

T.B: Cóż, każda woda świetnie da sobie radę. Tym lepiej, im mniej się w nią ingeruje. Dzięki temu w ciągu kilku [3-4 lat], mamy za darmo fajne łowisko z niewielką presją i z różnymi rybami. Ale jeżeli chcemy z wody coś za każdym razem wynosić, to niestety nie ta bajka.

A.K: Jesteś v-ce szefem koła. Masz dość szeroki wgląd w opinie wędkarzy. Mówiłeś, że jednak większość chce zabierać ryby i domaga się aby taka możliwość była…

 T.B: Tak właśnie jest. I na swoje nieszczęście domagają się zarybień dużą rybą. Ale wcale to nie znaczy, że uzasadnione są oczekiwania wędkarzy, którzy chcą zabrać z wody rybę o wartości dziesięciokrotności  składki,  a nawet większej. Niestety bardzo powoli dociera do świadomości przeciętnego wędkarza, że te 200-250 zł składki wystarczy tylko na 10-15ryb. Skąd ma się wziąć reszta? Zwłaszcza, że własne możliwości „produkcyjne” naszych niewielkich zbiorników są bardzo małe.

A.K: Zazwyczaj, jeśli wędkarze chcą zachęcać dzieciaki do wędkowania, to powstają szkółki, które różnie funkcjonują, a bazują głównie na dzieciach członków kół, albo młodych ludziach już należących do PZW. Wy pracujecie i to dość intensywnie z uczniami jednej ze szkół. Kilka słów na ten temat…

T.B: Współpracujemy z gimnazjum, z mojej rodzinnej miejscowości. To kolejny ewenement, bo na terenie szkoły znajduje się staw. Fajnie to nawet wygląda, jak dzieciaki po dzwonku na przerwę biegną nad staw i łapią na chwilę wędkę. Coś tam im pomagam. Czasem wybieramy się gdzieś na inną wodę. Nawet krakowski okręg PZW zwolnił członków kółka wędkarskiego z konieczności wnoszenia opłat za wędkowanie w czasie naszych wspólnych wyjazdów. Dzięki temu nasza współpraca może być jeszcze bardziej atrakcyjna. Przynosi to korzyść i szkole i nam.

A.K: Moją w zasadzie jedyną metodą jaką uskuteczniam jest spinning, aczkolwiek kłamałbym gdybym powiedział, że te dwa karpie, które miałem na wędce nie podniosły mi ciśnienia. Często na tej wodzie zdarzają się takie sytuacje jak dziś, czy miałem takie szczęście, ewentualnie  pecha, bo szczególnie ten drugi  „ukradł” nam około godzinę?

T.B: Czasem zdarza się takki „pech”. Ale te karpie to już nie ten kaliber, żeby celowo łowić je na delikatny zestaw spławikowy. Nastawiliśmy się na karasie. Większy karp miał ok.80cm. To już naprawdę spora ryba i z przyponem 0,14 wiele nie zdziałamy. Wszystkim życzę pięknego karpia, ale na adekwatnym zestawie. Pozwoli to sprawnie go wyholować i bezpiecznie wypuścić.

A.K: W jakim kierunku wg Ciebie powinna iść polityka PZW i jaką widzisz w tym wszystkim rolę kół?

T.B: Trudno w skrócie odpowiedzieć na to pytanie, bo w różnych rejonach kraju są różne możliwości i warunki. Moim zdaniem jak najwięcej powinno być łowisk pod faktyczną opieką i zarządem kół. To pozwala na doglądnięcie wody. Członkowie kół  powinni mieć obowiązek włączania się w pracę na rzecz ich koła, wody. I wcale nie musi to sporo kosztować. Niestety często można spotkać się z poglądem, że co okręgowe to niczyje. Efekty widzimy na co dzień. Podejście na zasadzie płacę więc wymagam nie powinno mieć miejsca w takim związku jak PZW.

A.K: Bardzo dziękuję za miło spędzony czas i wywiad, który może co niektórym pozwoli spojrzeć inaczej na nasze wody.

(fot. A.K.)

A teraz krótka relacja, jak było. Powyżej wspomniałem, że skusiły mnie niesamowite „nasze” karasie. Są to jedyne ryby obok linów, dla których potencjalnie mogę „zdradzić” spinning. Kilka fotek przepięknych okazów w tym 47cm giganta, sprawiły, że długo się nie zastanawiałem i skorzystałem z zaproszenia. Tym bardziej, że bodajże dwa dni wcześniej złote rybki brały. Poniżej najmniejsza [38cm], prezentowana przez syna mojego gospodarza – Huberta.

(fot. T.B.)

Ponieważ nie mam zezwolenia na tę wodę, by nie przeginać, nie spinninguję, tylko obsługuję drugą wędkę. Mam w ręce spławikówkę pierwszy raz od kilkunastu lat. Woda piękna.  Zaskakuje niezła przejrzystość, mimo ciepłej zimy i pierwszych upałów. Cicho i czysto.  Mamy lekkie zestawy z przyponami 0,14mm. Łowimy na kukurydzę. Delikatne nęcenie, ale żadne tam sypanie wiadrami. Mam pewne kłopoty by w miarę celnie zarzucić zestaw w rejon podania zanęty. Dość szybko branie i Tadeusz ma około półmetrowego leszcza. Ponoć nie są tu zbyt częstą zdobyczą.

(fot. A.K.)

Ryba odpięta jest w wodzie i zmyka pod powierzchnią. Rozmawiamy o tym jak wędkujemy, gdzie. Gadamy o tym jak postrzegamy wędkarstwo, jego problemy.  Na chwilę robię mały obchód, by zrobić kilka fotek.

Kolejne branie. I znów leszcz.

(fot. A.K.)

Karasie i liny biorą delikatnie, a dziś ryby żerują arcydelikatnie, co i chyba ma miejsce, bo za nic nie widzę tych brań i kolejne zacięcie mojego gospodarza jest dla mnie magią, gdyż na moje oko spławik nawet nie drgnął.

Znów trochę rozmów; podpatrujemy jak na przeciwko rozkłada się karpiowa ekipa. Wprawdzie jest czwartek, ale ludzi i tak bardzo niewielu, nawet jak na powszedni dzień. Panuje fajna ciepła i łagodna aura. Tylko wiatr trochę utrudnia zabawę, wiejąc z kilku kierunków i przeganiając po powierzchni kilogramy topolowych kłaczków, które okropnie oblepiają żyłkę. Mozolne obieranie i kolejne zarzucenie zestawu.

W końcu jakaś łaskawa ryba wywołuje zdecydowane drgnięcie spławika. Nawet ja zauważyłem. Co ważne – na moim zestawie. W końcu! Ręka na blanku wędki, spławik zdecydowanie odjeżdża. Mimo braku praktyki coś mi mówi, że to nie będzie karaś. Zacinam, kij się przepięknie ugina. Ryba zdecydowanie odpływa, ale udaje się ją kontrolować. Dość szybko mamy także wizualne potwierdzenie, że to karp. Tak jak przypuszczaliśmy. Daję mu około 50, max 60cm. Ryba kapituluje po około 20 minutach. Jestem trochę zdziwiony, bo poddał się dość szybko, jak na delikatny zestaw, a karp ma 72cm.

(fot. T.B.)

I waży sobie tez nieźle. Ślicznie, na żółto ubarwiona nasada trzona ogonowego. Oczywiście wypuszczamy nieoczekiwany przyłów.

(fot. A.K.)

Łowimy dalej z nadzieją, że zbliżające się późne popołudnie przyniesie jednak tego upragnionego, okrągłego, złotego, rybiego talara. Pojawia się pierwsza fala wzdręgowych brań. Rybki nieduże, ale urozmaicają upływający czas. Niestety nie mnie. Mój spławik stoi jak słup soli…

Kolejne branie, którego znów nie widzę, jest ponoć nietypowe i to prawdopodobnie lin. Niestety szybko okazuje się, że trafiliśmy leszczowy dzionek. Potem wszystko znów cichnie i dalej biorą wzdręgi.

A mój spławik dalej jakby kij połknął. Zaraz, zaraz bo go nie ma! W ostatniej chwili Tadeusz zwraca mi uwagę, że jest już odjazd. Łapię kij i od razu odpuszczam hamulec, a ryba w pierwszym susie jedzie z 60m. W tempie godnym wkurzonego już suma. Jestem pewien, że jest po sprawie, bo kolejny karp popłynął wzdłuż brzegu, tak że żyłka wjechała w kilka zwisających nad wodą krzaków. Truchtam za rybą, mój przewodnik wyplątuje żyłkę z poszczególnych kęp, a ja przekładam kij z ręki do ręki wokół kolejny pni sporych drzew, uniemożliwiających pogoń za karpiem. Sytuacja wygląda na opanowaną, a ryba na moje oko jest podobna do poprzedniej. Okazuje się, że nic z tych rzeczy. By nie przynudzać, powiem tylko, że po nie wiem ilu już długich odjazdach, niektórych spod podbieraka, po jakiejś godzince pękł przypon. Szkoda tylko, że akurat karasie nie żerowały, choć dwa  [około 35 i 40cm] mogłem przez chwilę obserwować, jak pływały 3m od brzegu.

(fot. A.K.)

Da się? Da. Dla mnie taka woda to koronny dowód na to, co wielokrotnie pisałem: może być i rybnie i tanio. Warunek jeden – nie można tych ryb zżerać. Jeśli ma się wyłącznie konsumpcyjne podejście i zarazem chce się za każdym prawie razem, złowić coś sensownego, to trzeba się nastawić na naprawdę wysokie koszty takiej zabawy, bo ryby nie grzyby i nie rosną kilka dni. Ja ze swej strony tylko żałuję, iż tak mało jest ludzi pełniących w PZW już jakąś funkcję, a którym  zdecydowanie bliżej do standardów zapewniających emocje nad wodą, niż wrzucaniu za ciężką kasę kolejnej tony drobnicy, albo ledwo wyrośniętych karpi, bo zbliża się koniec sezonu i trzeba podreperować morale ogółu…

Marzy mi się, by jedną z pstrągowych rzek okręgu potraktować w ten sposób. Bez zarybień i bez zabierania kropkowańców. A te, co miałyby trafić do takiej rzeki, niech wpuszczą do paru innych, gdzie połowią ci, którzy nie są w stanie zejść z wody bez mięsa. Byłby tylko czad, jak się okaże, że po dwóch latach w takiej rzece 40cm jest dość powszechnym standardem, a w pozostałych to, co aktualnie mamy. Boję się że może nie starczyć odwagi na realizację takiego projektu.

 

3 myśli nt. „Udany eksperyment

  1. To są najlepsze eksperymenty z mozliwych 😉
    Zasada nie zabijania ryb procentuje, a proporcje takich łowisk do wód, skąd można zabierać i zbijać ryby, będzie coraz normalniejsza.

  2. Witam. Z tej strony Łukasz. Mam sporo pytań odnośnie tego jak się zabrać formalnie za stworzenie w mojej okolicy wody no kill. Jeśli posiada Pan jakieś informacje lub zna osoby, które mogłyby mi ruszyć temat proszę o podanie jakiegoś namiaru. Pozdrawiam i c&r

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *