Metr jazia [w dwóch rzutach]

Życie wędkarzy nie rozpieszcza. No, chyba, że się jest emerytem o w miarę środkach do życia i niezłym zdrowiu. Cały tydzień słuchałem tylko ile wyjść miał kumpel, ile emocji, a jak przyszedł weekend, to zrobiło się szaro – buro. Tak naprawdę zgadzało się  tylko jaziowe ciśnienie, bo cała reszta była do bani. Totalne zachmurzenie z tendencją do takiego jednolitego, co zazwyczaj przekłada się na naprawdę nędzne wyniki. I hulał sobie wiatr jak zimą: ostry i wschodni.  Mimo, że ubranie – wydawało mi się mam ok., to jednak przemarzłem okropnie. Najzwyczajniej mnie przewiało.  Woda wyglądała jak martwa, nie licząc dwóch momentów. Widziałem ewidentne dwa ataki bolenia lub boleni – jeden za drugim w tym samym miejscu i coś co wyglądało jak atak sporego drapieżnika z odgłosem sypanego żwirku, więc chyba mały sumek. Wyglądałem jak kosmita, zanim nie dojechał po dwóch godzinach znajomy, bo ani ludzi, [co akurat tutaj normą], ani żadnych innych stworzeń, których ostatnimi dniami było pełno. Małych i większych.

Jedynym zauważalnym pozytywem była temperatura wody. Wyczuwalnie wyższa niż tydzień wcześniej. Kolega mierzył i wyszło 13 stopni.

Po około kwadransie miałem pierwsze branie, ale to tylko niewielki klonek zrobił zamach na wobler, a raczej chciał zrobić. Na szczęście widziałem go, więc żalu nie było, że może jaź. Potem, to mogę mówić o dużym szczęściu. Przez kolejne dwie i pół godziny byłem bez kontaktu. Absolutnie nic, tylko duża fala, narastający wiatr i coraz bardziej szare niebo.  W tych warunkach próba zaobserwowania jazia pod brzegiem, nawet jakby jakiś był, zdawała się czymś niewykonalnym.  Pod nosem już marudziłem, dlaczego jednak nie pojechałem na pstrągi. Niby małe, ale ilość kontaktów całkiem inna. I takie tam wędkarskie rozterki, że szkoda, że nie można się sklonować, bo często wybiera się nie to łowisko, co trzeba.

Dopiero około 17.45 było pierwsze jaziowe branie. Wcześniej bezskutecznie wypatrując oczy wzdłuż trawsk i czesząc do znudzenia ten metrowy margines przy brzegu bez jakiegokolwiek odzewu, zmieniłem taktykę i równie metodycznie zacząłem obławiać obszar od środka nurtu do brzegu.  Metr po metrze. Na zasadzie zwiększenia prawdopodobieństwa, że jakiemuś grubasowi wobler przeleci przed pyskiem. I w końcu się skusił. Ta termika wody bardzo przekłada się na jaziowe siły, a latem będzie jazda. Branie nastąpiło z 10m od brzegu i tuż nad dnem [wiem to stąd, że tak wolno ciągnąłem wobler, że co 3-4 rzut, musiałem ściągać różne trawki i inne śmieci]. Wyglądało to jak jakiś zaczep, bo ryba kompletnie znieruchomiała i sam tak z początku myślałem. Potem ruszyła dość niemrawo i byłem pewien, że to jakiś malec. Tymczasem, gdy jaziowy rozum skojarzył niebezpieczeństwo zrobiło się dość gorąco. A może tak mi się wydawało, bo nagła akcja po monotonii dwóch godzin zawsze jest ciut szokująca.

(fot. A.K.)

Zresztą brak ostrości na fotkach, to wynik i zaskoczenia i chyba zziębnięcia. Jak napisałem ryba była dość przyzwoita. W tym holu wyszły po raz kolejny atuty, tak wydałoby się lichego zestawu. Jaź był zapięty ledwo, ledwo za nawet nie skórę, a naskórek. Przy grubszej żyłce, od razu bym rybę stracił, dając jej znacznie mniej luzu.

(fot. A.K.)

Ostatecznie po małych przepychankach mam go w ręce. Taki, że tak powiem „jaź przepisowy” – różowy i srebrno – złoty. Brakło 2cm do pół metra. Humor mi się już całkiem poprawił, a ten „misiak” zupełnie mnie satysfakcjonował, jak na warunki wokół. Uznałem to za szczęśliwy fuks.

(fot. A.K.)

Potem nic szczególnego się nie zmieniło. Powróciłem do „wyspy”, którą już wcześniej sfotografowałem i obrzucałem ze wszystkich stron.

(fot. A.K.)

Na lato bankowe stanowisko dla co najmniej kilku dużych sztuk, niezależnie od pory dnia. Dziś niestety lipa. Ani za pierwszym, ani za drugim razem. Nawet żaden klenik nie pokusił się na szybki atak.

Około 18.15. Przy aurze jaka panuje robi się szarawo. Wiatr jakby lekko przycichł i wobek poleciał ciut dalej.  Po około 3m metrach znów miękkie zatrzymanie i jakby zabujało dużą gałęzią, częściowo zakopaną w mule. Potem, tu już bez przesady mogę powiedzieć – ryba trochę przetestowała kij. Gdy po drugim, dość długim odjeździe „pulpet” pokazał się cały, od razu wiedziałem, że pięć  dych pierwszy raz w tym roku przekroczę w temacie tego gatunku. Co tu nie mówić, duży.

(fot. A.K.)

Ten dla odmiany zżarł wobler nie na żarty. Wprawdzie nie było problemów z odczepieniem ryby, ale początkowo miałem lekkie obawy.

(fot. A.K.)

Nie pomyliłem się, a miarka nie kłamie. Jest 52cm. Ryba z pewnością, pomimo że nie należy do tych największych spaślaków, waży pod 2kg. Już nie bawię się ze statywem, więc szybka fota na kolanie.

(fot. A.K.)

Rybka, mimo dość długiego holu odpływa bez żadnych problemów, wyraźnie się złoszcząc, gdy nie puszczam jej od pierwszych targnięć.

Cóż rzec? Miałem szczęście. Metr jazia w dwóch kawałkach nieładnie komentując. Kolega nie doczekał się kontaktu. Jeszcze raz podkreślę, że obie ryby uważam za przypadek. Tym bardziej, jak dzień potem sytuacja się odwróci o 180 stopni.

Niedziela. Z rana sennie, bezwietrznie, ale jakoś tak zimno. Przedpołudnie robi się coraz bardziej świetliste. Zarazem pojawia się zachodni wiaterek. Szybka decyzja i na początek rekreacyjne pstrążki. Pora słaba, jasno już jak diabli. Do tego woda super maleńka.

(fot. A.K.)

Wszystko prześwietlone. Jest sporo wyjść małych ryb. Te bardziej zasiedziałe, jak zwykle po zarybieniach są ciężkie do skuszenia, obżarte mniejszymi kolegami. To co zwraca uwagę, to spektakularne wręcz przejawy wiosny. Faktycznie zdecydowanie łatwiejsze do zauważenia, lecz też znacznie bardziej krzykliwe niż nad Wisłą, gdzie jest jeszcze szaro od zeschłych traw, trzcin. Zwyczajnie surowo. Nad małymi rzeczkami intensywna zieleń jest wszechobecna.

(fot. A.K.)

Głównie na południowych, nasłonecznionych brzegach. I dobrze, że tak jest. Ciepło jest super, a zima nie.

Idę bez takiego pietyzmu; jak na mnie łowię w ekspresowym tempie. Ostatecznie w dwie godziny mam wizualny kontakt z dwoma miarowymi rybami. Jedna spada/nie trafia [?] w wahadełko w śmiesznie płytkim może na 15cm, rozległym bystrzu. Co on tam robił? Widziałem go, nawet poczułem lekkie trącenie, ale czy to było w nawrocie, czy pyskiem – nie wiem. Pstrąg miał może nawet ponad 35cm, czyli jak na strumyk nie najgorzej. Potem dochodzę do totalnej płycizny z niewielką,  głębszą, ciemną linią wody pod przeciwnym brzegiem.

(fot. A.K.)

Tam udaje mi się skusić całkiem już fajnego kropkowańca, tyle, że po odhaczeniu przebywał w wodzie i wyjąłem go na sekundę, by zrobić zdjęcie. A że on bardzo tego nie chciał, a ja trzymałem go niezwykle luźno, to została mi po nim dość nieudana fotka.

(fot. A.K.)

W głębszych dołkach albo ryby były nieaktywne, albo robiłem coś nie tak. I na tym można poprzestać w temacie pstrążków na mojej najbliższej rzeczce.

Dzień na oko był zdecydowanie bardziej dla jazi niż poprzedni. Okrutnie nadal wiało, z tym, że z zachodu. Sytuacja całkiem się odwróciła. Tzn. znów ewentualne kontakty były bardzo przypadkowe, ale tym razem kolega miał więcej szczęścia. Ja słownie przez trzy godziny nie zaliczyłem brania. Co więcej: stojąc nad zalanym pniakiem, w połowie długości wędki wynurzył się jaź, mający jak nic te 50cm. Zdębiałem, bo przy tym słońcu, to mogłem liczyć jego poszczególne łuski. Dzieliło nas może 1,5m. Ryba stanęła za resztkami zalanego drzewa. Powoli cofnąłem się do krawędzi spadającej za plecami małej skarpy. Jako tako końcówka wędki była nad rybą. Postawiłem wobler dyskretnie z jednej strony głowy jazia, z drugiej w końcu z przodu. Zero reakcji. Równocześnie jakby mnie ryba nie zauważyła. Powoli zamieniłem wobek na maleńkiego jiga. To samo. W końcu prawie na głowie ryby położyłem przynętę i dopiero wtedy zniecierpliwiony jaziol odpłynął. Ale bez żadnego pośpiechu. Więcej szczęścia miał kolega, który jak ja dzień wcześniej, zaliczył dwa kontakty i też wyjął dwa jazie. Jeden to absolutny jak na razie rekord łowiska – całe 24cm. Druga ryba, okrągły jak leszcz okaz, spokojnie wypełnił światło dużego podbieraka.

(fot. P.K.)

Ja musiałem się zadowolić, niemrawo poruszającym się w trawskach raczkiem, ale ponoć na bezrybiu, to też ryba…

(fot. A.K.)

Czekam z nadzieją na spokojniejsze dni, lub choćby wieczory. Cały czas przymierzam się do wzdręg tyle, że kiepsko z czasem, ale nie chcę stracić tej „masowej” z nimi zabawy, możliwej na taką skalę tylko przed okresem tarła. Potem to już tylko wzdręgowa drobnica.

W najbliższym tekście będzie recenzja wędki, z którą właśnie się zapoznałem w tym sezonie.

5 myśli nt. „Metr jazia [w dwóch rzutach]

  1. Koniec tych Jaśków!!! Chceeeeemy odmiany ;). Tak przy okazji wycinek wywiadu z naczelnym kucharzem kraju:

    „Bóg wszystko zsyła na mnie. Skąd inaczej bym wiedział, że kawałek źdźbła z Suwalszczyzny można połączyć z czymś z drugiego końca Polski – mówi Wojciech Modest Amaro, jedyny w Polsce kucharz z gwiazdką Michelina. Podkreśla, że nie odleciał od rzeczywistości: na śniadanie jada jajecznicę, w Wielkanoc będzie jadł sałatkę jarzynową i jajka w majonezie.
    – Mamy kierowcę, który jeździ po całej Polsce. Jedzie np. po 4 kg sera pod Augustów, albo dostajemy telefon od rybaków, że na Wiśle pod Płockiem złowili bolenia, rybę, o której ludzie ograniczeni do łososia i pstrąga nigdy nie słyszeli – mówi w rozmowie z „Wprost” Wojciech Modest Amaro.”

    Biedne bolki będą na celowniku matki, żony czy kochanki… czasem koleżanki ;). Obawiam się, że autorytecik tego Pana wśród polskich tańczących i śpiewających do telewizji śniadaniowych kucharek jest większy niż nam się wydaje ;)… Może jakiś lobbing by się przydał i parę przepisów Pana Wojtka na kormorany w sosie własnym ;).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *