Jak nie złowiłem nic

Ostatnie, moje rzadkie przez chorobę wyjazdy, były wręcz katastrofalne. Powiedzieć, że nie złowiłem nic, tak zupełnie zero to też nieprawda ale efekty były żenujące. Chwilę zastanawiałem się, czy jest sens o tym pisać, ale – nie ukrywam, że świadomość iż dawno nie dodałem tekstu, swoje robiła, a dwa, to zapewne i Wy, macie czasem spore wątpliwości, na co się zdecydować. Ja, szczególnie późną jesienią i właśnie wczesną wiosną miewam poważne kłopoty z podjęciem decyzji, gdzie jechać i często wybieram źle.

Nie będę koncentrował się na tym, czy ryb jest dużo, czy mało, ale na innych czynnikach. Moje ostatnie kiepściutkie wyniki nie są na pewno winą ryb, ale mój udział też nie jest tu szczególny. Po prostu są inne czynniki, których choćby nie wiem co, to nie przeskoczymy.

Ponieważ jestem zdecydowanie wędkarzem rzecznym z zaakcentowaniem nizin, pstrągi są dla mnie mimo wszystko jakimś tam uzupełnieniem. Łaskawa aura pozwalała myśleć o rybach nizin już dawno temu, tym bardziej, że nadchodzące informacje były optymistyczne. Znajomy wędkarz – Wojtek, zaraz po Nowym Roku penetrował Wisłę i szczególnie pod koniec stycznia, czy z początkiem lutego informował, że jest nieźle. Głównie jeśli chodzi o klenie. Ryby brały z różnym natężeniem, ale od czasu do czasu brały bardzo dobrze w tym egzemplarze cieszące oczy, które można było wziąć w dwie ręce, a i tak wyraźnie było je widać.

(fot. Wojtek)

Tak jak ja z kumplem czekaliśmy na info od niego w temacie jazi, tak On wypatrywał, czy już się może pojawią. Chyba w trzecim tygodniu lutego zaobserwował pierwsze spore stado ryb tego gatunku i od razu w typowych, jak dla miejscówki rozmiarach [około 50cm]. Ryby były aktywne, licznie się spławiając. O ile dobrze pamiętam, to nasz znajomy miał jakiegoś na kiju, ale ryba się spięła.

I tu dochodzę, do sedna: nie warto się napalać o tak wczesnej porze, jeśli wszelkie znaki pogodowe mówią NIE. Oczywiście nie posłuchałem głosu rozsądku. Wysokie  ciśnienie, wschodni, ostry wiaterek, od południa totalna lampa i zero. Nawet spławu. Jedyny kontakt z rybami to dwie najprawdopodobniej płocie, opływające nerwowo woblerek. Jedyną, choć kiepska pociechą były pierwsze kwiatki, które z rzadka się już pokazywały. Niby żadna anomalia, lecz bardzo szybko w porównaniu z zeszłym sezonem. No i na odludziu, a nie na jakichś rurach cieplnych w mieście.

(fot. A.K.)

Kolejne dni znów nic nie wniosły, poza zmianą pogody na mglistą i monotonnie szarą. Równocześnie powolutku nadal rosło ciśnienie. Chyba szóstego marca Paweł dostaje od Wojtka info, że wyjął około 1,5kg jazia, drugi spadł. Poza tym ryba żeruje – kilkanaście klonków i płotka. Fakt, że nie na spinning, ale ryba jest już w łowisku.

Sobota w moim wydaniu była wolna dopiero od 14.00. Czasu niewiele, więc poszedłem na pobliską rzeczkę, za pstrążkami. Któryś raz popełniam ten błąd, ale jeszcze raz powiem, że wypad w sobotnie popołudnie nad powszechnie znaną wodę z pstrągami, jest najzwyczajniej głupim pomysłem.

Początkowo szło nieźle. Wprawdzie na tym fragmencie najniższy poziom wody jaki widziałem kiedykolwiek. Nawet latem tak nie było. Bardzo wysokie ciśnienie w połączeniu z szarówką, jaka ma miejsce od paru dni. Potem powoli wychodzi jednak słońce. Momentami bardzo, bardzo silne, mimo, że już po 15.00. Poza jednym dołkiem, to wiem dokładnie jak wygląda dno we wszystkich pozostałych. Kropki sprawiały wrażenie bardzo pokłutych, albo to ta mała i przejrzysta woda. Kontakty niezwykle nerwowe i krótkie, a co najważniejsze prawie wyłącznie po długich rzutach, zaraz na początku zwijania żyłki. W sumie to większości ryb nie widziałem nawet. Po około 400m mam wrażenie, że ryby się rozkręcają.  Na długiej prostce widzę kolejne kółko po subtelnym ale zwiastującym ciut większego pstrąga spławie, bo chlapały się może nie jak latem, ale dość energicznie. Skubańcowi podrzucam różne przynęty. Dwa razy wychodzi do wahadłówki i lekko w nią puka, raz podszarpuje twister. Na wobler nie reaguje wcale. Robię chwilkę przerwy. W międzyczasie na pobliskim moście zatrzymuje się terenowe auto. Mam wrażenie, że to ktoś ot, tak na chwilę zatrzymał się. Tymczasem trzasnęły drzwi, auto odjechało, a na moście zostały dwie osoby, choć krzaki zasłaniają skutecznie widoczność. Powracam do pstrąga i posyłam małego Mepsa. Grubasek dał się oszukać. Wygląda okazale, ale na pewno nie miał miary.

(fot. A.K.)

Mijam mostek i zaraz nadziewam się na wędkarza idącego z dołu. Gość wygląda spoko, tzn. nie ma nawet jakiejś torby, więc chyba też wypuszcza ryby. Facet markotnieje, gdy mówię, że zrobiłem ten powyższy fragment. Ja schodzę w dół, do pierwszego zakrętu, bo tu jest kolejny wędkarz. Obaj właśnie wysiedli z auta, które widziałem. Tym razem ja mam niefajną minę. Cóż, człowiek był pierwszy. Zawracam. Mijam tego pierwszego informując go, ze przemieszczę się z kilometr wyżej, ale nie ma to dla niego znaczenia, bo zawraca.

W górze rzeczki poziom wody jest taki, że z prądem to nawet moje lekkie wahadłówki są zbyt ciężkie. Owszem, są wyjścia, ale bardzo małych ryb, nie licząc słownie jednej sztuki. Aż byłem zdziwiony, jak taka ryba [wyraźnie ponad trzy dychy] stała na tak płytkim i jałowym miejscu w dodatku oddalonym od najbliższych kryjówek o jakieś kilkaset metrów. Tyle, że się spiął.

Po dosłownie kwadransie daję spokój i z cierpkim samopoczuciem postanawiam na koniec ponownie zrobić ten fragment, który już spenetrowałem, a po mnie spotkany wędkarz. Faktycznie, ryby jakby wymiotło. Mam tylko trzy kontakty. Spada około miarowa ryba. Następnie wyjmuję chudzielca, chyba miarowego, ale nie miałem sumienia go jeszcze mordować, bo zawzięcie walczył.

(fot. A.K.)

Potem mam jak na tę wodę naprawdę mocne zatrzymanie. Jak gdyby ryba przycisnęła blachę do dna zamkniętą paszczą. Mimo bardzo silnego zacięcia, nic nawet nie zatrzepotało przez sekundę. I tej ryby żałuję najbardziej, tzn. tego, że jej nie widziałem. Kończę, gdy już jest tylko cztery stopnie. Zanosi się na przymrozek. Jeszcze zajeżdżam na kolejny mostek niżej, ale tam pakują się dwa auta…Chyba sześciu chłopa.

Podsumowując powiem tak: pstrągi, przynajmniej te z którymi mam do czynienia, są najmniej podatnymi na pogodę rybami. Mogą żerować mniej lub bardziej, ale robią to. Z perspektywy lat, tylko bardzo duży mróz po wcześniejszej odwilży, hamuje je wyraźnie. Te wszystkie wschodnie cyrkulacje, wysokie ciśnienia, czy bardzo słoneczne dni oddziałują na nie znacznie mniej niż na inne gatunki. Podobne spostrzeżenia mam co do szczupaków. Szkoda, że jednych jest bardzo mało jeśli chodzi o okazy większe, a drugich w ogóle jest niewiele. No i szczupak ma ochronę. Wniosek taki, iż przy kiepskiej aurze warto brać pod uwagę pstrągi. Jest tylko jedno „ale”. Nie ma co się wybierać w weekend, chyba, że jedziemy na jakieś odludzie.

Dość mocno skwaszony, telefonicznie kalkulujemy z Pawłem i Patrykiem, gdzie warto uderzyć. Patryk kusi rejonem Soły, Paweł jaziami i Wisłą. Sam nie wiem, co wybrać. Aura nie ułatwia. Jeśli w moim rejonie ciśnienie 970hPa można uznać za bardzo niskie, to 1000hPa, to mega wysoko. A jest 999hPa, zanosi się na mróz w nocy i totalne słońce. Ranek pokazuje, że się nie myliliśmy. Jedyna, kolejna zmienna, to wiatr. Ale nie jakiś zefirek. Bardzo silne, wiejące praktycznie non stop wietrzysko ze wschodu. To zmienia cały plan. Biorąc pod uwagę, że jeszcze daleko mi do pełnej formy, odpuszczam dalsze wyjazdy. Stawiam ostrożnie na wzdręgi i ewentualnie jazie.

Przed południem jestem nad żwirownią. Cała wolna od lodu. O tej porze nie pamiętam takiej sytuacji. Do tego ukształtowanie terenu takie, że potencjalne dwie miejscówki, są chronione bardzo wysokim brzegiem od wiatru. Około południa mijam maleńką, bajorowatą zatoczkę. Jest płytka i chyba zamarza prawie do dna. Jako pierwsza uwalnia się od lodu, ale ma zawsze bardzo mętną, jakby pośniegową wodę. Rzut oka i w kąciku widzę około piętnaście ryb w granicach  20 – 25cm. Czyli już bez żenady, jak na krasnopiórki. Nabieram takiej pewności siebie, ze nawet się nie zatrzymuję, tylko idę dalej, na odległą o kilometr, znajomą plażę, gdzie jak te ryby wylegną, to jest zabawa jak z okoniami. Dla mnie nawet lepsza. Po drodze obrazki nie pozwalające nazwać tego inaczej – wiosna.

(fot. A.K.)

Nad piaskową plażą jestem sam. Tyle, że przelicytowałem. Zero. Bardzo nieliczne i anemiczne spławy maleńkich rybek. Po pół godzinie wracam nad błotnistą zatoczkę. Niestety, ryby chyba uznały, że mają dość słońca, bo gdzieś przepadły. A może spłoszył je odchodzący „spinningista”? Facet łowił na oko co najmniej 8cm twisterem na główce nie mniejszej niż 10g. W wodzie do max pół uda. Ciekawe na co polował…

Brań mam sporo, ale ryby na tyle małe, że nawet nie są w stanie zjeść jiga na 0,2g. Co jakiś czas coś podgania je, ale ciężko cokolwiek powiedzieć. Rzuty woblerkami nie przynoszą efektu. Na mikrojiga mam za to masę podcinek, w tym dwie zdecydowanie większych ryb, które jednak zaraz się uwalniają. Ostatecznie wyjmuję dwie płoteczki i krasnopiórkę. Obcinam ogon w jigu. To też na nic. Taka przynętą nie interesuje się zupełnie nic. Po kolejnej bezowocnej godzinie wywieszam białą flagę.

Już późnym popołudniem jestem w jaziowym łowisku. Tu, gdzie nie ma żadnej osłony i równo jak na Mazowszu, wiatr chce urwać głowę. Patrząc na fale, które lekko się pienią na szczytach, wiem, że mogę zapomnieć o „jaśkach”. Mam wrażenie, iż Wisła płynie w przeciwną stronę niż zwykle.

(fot. A.K.)

Mam może półtorej godziny, a i tak znów robi się chłodno. Słońce już nisko. Typuję sprawdzone 200 – 300m i na ile pozwalają powiewy wiatru bardzo starannie penetruję metr po metrze. Każdy fragment przeczesuję jaziowym mikro wobkiem, potem głębiej schodzącym woblerkiem 4cm, przypominającym strzeblę, następnie wirówką nr 1 i na koniec perłowy twister na 1g. Ani mozolne gmeranie wzdłuż brzegu, ani rzuty w nurt nic nie dają. Nie widzę nawet jednej rybki. Nawet ciernika. Jedynym sukcesem jest gronostaj, którego kusiłem nieruchomą postawą i dziwnymi dźwiękami. Ciekawski zwierzak, dał się nabierać i podszedł do mnie na około 8m. Dopiero wtedy zauważył, że coś jest nie tak.

(fot. A.K.)

Paweł odpuścił tego dnia zupełnie. Z Patrykiem coś nie mogę się zdzwonić, więc nie wiem jak mu poszło. Sam żałuję, że nie wybrałem pstrągów. Nawet w takim tłumie, jak w sobotę. By zakończyć optymistycznie powiem, że jeżeli przyjdzie spokojny niż, bez przesadnych deszczy, a nocą znikną przymrozki, to jestem przekonany, iż już w najbliższy weekend poważnie będzie można myśleć nie tylko o pstrągach.

P.S. Właśnie kończąc ten tekst, słyszałem w radio prognozę na koniec tego tygodnia. Ponoć w niedzielę ma wrócić zima:(

2 myśli nt. „Jak nie złowiłem nic

  1. Ten weekend, pomimo teoretycznie całkiem niezłej pogody, dla mnie również był bardzo słaby. Próbowałem na Sole i starorzeczu Wisły. Soła na razie martwa. Na starorzeczu brania sporadyczne. Okoń przestaje skubać a wzdręgi i jazie coś nie mogą się jeszcze rozruszać – w przeciwieństwie do małych szczupaczków, które na tym akwenie stają się prawdziwym utrapieniem i postrachem dla przynęt. Poddałem się po dwóch obcinkach nowych mikrowobków, z którymi wiązałem wielkie nadzieje podczas polowania na wzdręgi i wiosenno-letnie klenie.

  2. Moim zdaniem pogoda była świetna z turystycznego punktu widzenia. Wędkarsko, przy takiej aurze nawet latem mam słabsze wyniki. Ja jutro jadę na jazie – akurat od 13.00 jestem wolny. Kolega był dzisiaj i miał jednego spiętego i kilka widział, a wszystko w trakcie dosłownie ostatniej godziny przed zmrokiem i już na spinning, a nie z gruntu. Mam nadzieję, ze coś się ruszy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *