Obiecujący początek sezonu

Pierwszego dnia sezonu musiałem odpuścić. Ponieważ temperatury były plusowe, przed wyjazdem na koncert pojechałem tylko zobaczyć, jak się ma stan wody na pobliskiej rzeczce, choć nie ona miała być celem następnego dnia. Ale wielkość podobna. Taki punkt odniesienia. Wyglądało to nieźle. Woda czyściutka i nic a nic nie podniesiona.

2 lutego Paweł jest u mnie o rano. Mamy nietęgie miny, ponieważ pada dość dokuczliwy deszczyk. Do tego w nocy było na plusie, więc mamy obawy. Poza tym pogoda świetna: pochmurno, bezwietrznie, pięć stopni na plusie. Ciśnienie 981hPa. Pakuję graty do samochodu kolegi i jazda. Już wcześniej, licząc się z większą wodą wytypowaliśmy niewielki ciek, generalnie płytki i to jeszcze w jego górnym biegu, by mieć jakieś szanse na wypadek większej odwilży.

Na miejscu pozostawiamy samochód i ostatnie mniej więcej 1,5km drepczemy pieszo. Z tym, że kumpel idzie w górę, a ja w dół rzeczki. Na miejscu cudów nie ma. Woda „trafiona” na 50%. Widoczność maksymalnie 20cm. Normalnie spokojnie widać co jest w 2m dołku, jakby taki był. Rzeczka ma bardzo czystą wodę. Jeszcze tylko sztormiak na grzbiet i zaczynam.

Pierwsza miejscówka  – zero, ale już w drugim, łagodnym przegłębieniu podrośnięty nieco kropek atakuje wahadłówkę. Niestety „atak” jest identyczny z powieszeniem się gałązki wikliny. Spaliłem temat. Wiem jednak, że nawet jeśli się ukłuł, to nie za mocno. Puszczam w ruch twister – mam po którymś rzucie lekkie uszczypnięcie. Teraz go widziałem bo ryba ugryzła gumkę tuż pod szczytówką. Chyba też słabo widzą skoro wziął na wypłyceniu, pod moim nosem. Tym razem nie było co zaciąć. Rzucam znów wahadełkiem i po którymś tam rzucie mam mocne uszczypnięcie pod samą powierzchnią, gdy błystkę w zasadzie wyjmuję. Spadł. Próbowałem jeszcze z pięć minut, ale aż tak naiwne to one nie są. Trudno.

Po około 20 minutach mam pewne zatrzymanie. Rybka niewielka, ale otwiera sezon.

(fot. A.K.)

Ledwo się zapiął, ale trafił w blaszkę. Taki pod starą miarę. Nawet bryknął raz w górę. Nie widać po nim szczególnych trudów zimy.

(fot. A.K.)

Idę dalej. Chodzi się okropnie źle. Ziemia odmarzła ale tylko na około centymetr, więc nie można się zakotwiczyć butem, jakby było bardziej grząsko – but nie chce wejść głębiej. Za to ta mała ilość śliskiej ziemi działa jak smarowidło. Łatwo się przewrócić. Koryto jest dość płytkie i równe, ale skarpy wokół niego strome i dość wysokie. Wszędzie grudki brudnego już śniegu. Z braku śladów wynika, że nikt nie szedł na moim odcinku. Ani dziś, ani wczoraj. Świetne uczucie i nieczęste na pstrągowej wodzie, na starcie sezonu. Deszcz się wzmaga. Patrząc w dół rzeczki widać jak wszystko wokół jakby paruje. Widoczność słaba, a rzadka mgła otula brzegi, mimo, iż jest już blisko południa.

Przy małym rozlewisku z dość bystrą wodą staję na znacznie dłużej. Wahadłówka, gumka. Na razie bez efektu. Mam wrażenie, że woda płynie tu szybko po powierzchni, ale głębiej nurt jest chyba znacznie wolniejszy. Tylko trudno się do dna przebić małymi przynętami. Nie lubię łowić woblerami – mam do nich zbyt miękki kijek, ale zakładam 6cm srebrzysty woblerek. Siłowo sprowadzam go w skos pod prąd, by przeciął główną smugę nurtu. By wabik szedł bliżej dna robię to dość szybko. Wyciągając wobler mam wrażenie, że gdzieś głęboko pod nim zapaliło się mdłe światełko. Okrągły, blady „zajączek”, którego chyba puścił pstrąg, rezygnujący z pościgu. Ale przy tej wodzie nie jestem pewien. Jednak w kolejnym przepuszczeniu dość mocne pobicie pokazuje, że mi się nie przywidziało. Zemściło się jednak niedostosowanie kija do takich przynęt i dosłownie po dwóch sekundach grubasek spada. Miał na pewno nieznacznie nad wymiar. Szkoda, ale łowienie z kolei szybkim kijem ok. 20g wyrzutu niespecjalnie się udaje małymi gumkami i wahadełkami po 2-3g.

Nie mniej każde, kolejne głębsze miejsce, a jest ich coraz więcej, na koniec „czochram” srebrzystym woblerem. I chyba ryby faktycznie widzą słabo, bo często ignorują moje maleństwa, a atakują sztuczną rybkę. Pstrążki mają przeciętnie po około 25-28cm. Ale już nawet się stawiają.

(fot. A.K.)

Brania raczej bardzo miękkie i „długie”. W zasadzie trzeba by ciąć ostro każde zatrzymanie, a mam co chwilę delikatne zaczepy, bo nie widzę co jest na trasie przynęty. W jednakowych proporcjach korzystam z białego twistera 5cm na 3g, ocynowanej częściowo wahadłówki [mam wrażenie, że lepiej widocznej w tej popielatej wodzie] i wspomnianego woblera.

(fot. A.K.)

Na gumy nie mam w zasadzie brań. Wahadłówka kusi kolejnego malca. W ogóle, to nie mam zbyt dużo kontaktów. Tak między 13.00, a 14.00 u mnie nic się nie dzieje.

W tym mniej więcej czasie Paweł ma sporo brań. Łowi głównie gumkami. Okazuje się, że jemu trafił się odcinek o jednolitej, spokojnej wodzie, z mało urozmaiconym dnem, bez szczególnych wnęk, dołków i rynienek. Czyli odwrotnie niż u mnie. Kolega ma okazję cyknąć swojego pierwszego – rybka tuż pod miarę.

(fot. P.K.)

Po chwili ma równą trzydziestkę, ale w przeciwieństwie do poprzednika, ten egzemplarz mocno udzielał się, by przetrwał gatunek. Jest jeszcze sponiewierany po tarle i przeraźliwie chudy. W zasadzie starszy tyko jakby zbyt wielkim ogonem.

(fot. P.K.)

Fotki blade, ale zdjęcia robiło się tak samo źle z aparatu, jak i telefonu – momentalnie mgiełka osiadała na  obiektywie.

Ja mocno wierząc w gumy o tej porze, mam jednak kłopot, bo w głębszej i mało przejrzystej wodzie, nie mam co bawić się jednym gramem, a cokolwiek więcej, co chwilę grzęźnie w gałęziach, bardzo licznych na penetrowanym przeze mnie odcinku.

(fot. A.K.)

Pod powyższą kupą chrustu mam branie ewidentnie miarowego potokowca, choć cienkiego jak dżdżownica. Jestem pewien, iż to kolejna gałąź i dopiero pod powierzchnią ryba zachowuje się inaczej, nie mniej ja reaguję zbyt późno na jego ostatnie „s” jakie niemrawo wykręca w wodzie. Znów dał znać o sobie za miękki kij. Za miękki na taki wobler, który okruszkiem już nie jest. Trochę cierpko się robi.

Kolejne niezłe na oko miejsce obdarowuje jedynie podwymiarowym pstrążkiem. Miejscówka naprawdę super: gliniasty, tłusty brzeg z marginesem ciemnego podmycia, widocznego nawet w tych okolicznościach. Ale nic grubszego nie wychyliło nosa. Tylko ten jeden.

(fot. A.K.)

Cieszę się jednak bardzo. W zasadzie w tych warunkach walczy się o każdy kontakt i nie ma co ściemniać – każdy pstrążek cieszy. Nawet jakby było więcej większych. A przecież nie ma.

Dochodzę do totalnie prostego fragmentu z wyraźnie większym spadem. Powierzchnia pokrzywiona licznymi falkami od brzegu do brzegu. I tak z 30m. Staję na początku „zmarszczek” i rzucam na ich koniec. Twister pokonuje trasę ze trzy razy bez efektu. Trochę mi zmarzły ręce, choć już nie pada, ale powiewa niemiło ze wschodu.  Wątpię w to miejsce, ewidentnie letnie. Przełamuję się jednak i zakładam wahadłówkę. Pierwszy rzut. Prowadzę ją dosłownie 5cm od równego brzegu. Chyba ciut za szybko, bo momentami lekko podryguje na rwącej powierzchni. Ale boję się, że zaraz zaczepię o bliskie tu dno. W połowie odcinka mam strzał w iście letnim stylu, a ryba, wprawdzie w jedynym w holu skoku upada w połowie koryta, które ma tu może 3,5m szerokości. Lekkie niedowierzanie, ale mocno ugięta szczytówka nie kłamie. Opór ryby wzmaga silny nurt. Mam go po chwili. Jest szczupły [co widzę dopiero na zdjęciu], ale nie zabiedzony. Kondycja przednia, drapieżny pysk, ostry kontrast barw. Cudeńko. Ma 35cm.

(fot. A.K.)

Zapiął się na dwa groty w samym kąciku szczęk. Podziwiam na głowie stalowo-niebieskie refleksy światła. Dla mnie dzień już zaliczony. Luz. Zima ma duży plus: pstrągi nie od razu dostają plam opadowych, świadczących o tym, że w organizmie jest już duży kryzys. Pstrągal odpływa zdecydowanie.

Po tym potoku mam chyba jeszcze dwa takie pod miarę. Te ostatnie jak większość na wobler.

Na koniec zostawiłem sobie najlepsze. Przedostatnia miejscówka, bo robiło się już lekko szaro. Bardzo wąski odcinek – może 3m szerokości. Głębokość, jak potem mierzyłem, wynosiła około 1m. Uciąg, że tak powiem – dostojny. Brzegi równe, strome. Na dnie glina. [To po wszystkim zrobiłem taką obdukcję terenu]. Przyszła kolej znów na wobler, bo nic nie odpowiedziało na wcześniej prowadzone przynęty. Rzuciłem niewiele ponad 4m na styk wody i przeciwległego brzegu. Lekko w skos, w dół. Dwa szybkie obroty korbki i…czuję jak przynęta dość szybko, ale majestatycznie bije w dno i pod mój brzeg zarazem, przyginając kijem. Nawet nie bardzo było z czego zaciąć: kij ugięty mocno i krótki dystans. Po sekundzie jakiś „zbój” odpalił tak, że ostatni taki odjazd na wodzie pstrągowej, to miałem w liceum. Po czym ryba się spięła.

Ja wiem, że żyłka 0,14mm i te sprawy, ale w lecie taki pod cztery dychy nawet nie ruszy hamulca, chyba, że na wszelki wypadek sam go lekko luzuję.Nie mam pojęcia co to była za ryba, a nie pokazała się nawet na chwilkę. Nie wiem czemu, ale nijak mi to nie pasowało do potokowca. Wszystko działo się szybko, zdecydowanie, ale mimo wszystko zbyt wolno, nawet jak na zimę i salmonida z czerwonymi kropkami. Z drugiej strony wiem, że w tej wodzie, a już na pewno na tak wysokim fragmencie nie trafia się nic innego, poza pstrągami i bardzo rzadkimi szczupakami, a to na bank nie był „szczupły”. Nie wiem czemu, ale mam nieodparte wrażenie, że podciąłem jakiegoś większego karpiowatego, co nie jest takie niemożliwe, zważywszy na kilka pobliskich stawów. Tak, czy inaczej emocje były.

Podliczając: miałem jedenaście pewnych kontaktów, siedem ryb wyjąłem. Nic nie urwałem. Paweł miał dziewięć ryb i kilkanaście brań. Urwał tylko dwie gumy i tylko dlatego, że nie chciał spalić miejscówek.

P.S. Bardzo dziękuję za wszystkie maile, nie tylko za wpisy na stronę. Przepraszam z góry, że nie zawsze od razu odpowiadam, ale w porywach mnie to troszkę przerasta, nie mniej na KAŻDY mail wcześniej, czy później odpowiem. Na kolejną wyprawę nie czekam do następnego weekendu, ponieważ mam zamiar  poprawić ten sam odcinek, na tej samej wodzie w tygodniu. Może jutro…

6 myśli nt. „Obiecujący początek sezonu

  1. Jak zwykle super relacja! 😉 Uwielbiam czytać Pańskie artykuły i już nie mogę doczekać się następnego. Liczę że odezwie się Pan w sprawie wypadu na Roztocze. Pozdrawiam Dawid

  2. Gratuluje pierwszych pstrągów, po takim starcie 40+ siądzie jak nic w tym sezonie 🙂

    Mam pytanie odnośnie żyłek, jakie firmy polecasz (używasz) i czy stosujesz większe średnice niż 0,14 przy połowie pstrągów.

    • Przy łowieniu na woblery w rzekach, gdzie rzadka ale realna jest ryba większa, to raczej nie schodziłem poniżej 0,16mm. Natomiast najczęściej łowię na maleńkich grajdołach, gdzie ryba 35cm jest duża, choć nie wykluczam sensacji. Natomiast w takich wodach nie tyle same pstrągi, co małe, lekkie przynęty wymagają cieńszej linki. Marka nie ma dla mnie znaczenia. Jedynie do mikrojigów latem używam czarnej, „leszczowej” Trabucco Match. Jest tonąca, bardzo miękka – świetnie prezentuje się na niej malutki wabik. No i to relatywnie silna linka.

  3. Witam Panie Adamie. Ja tak trochę z innej beczki…:)

    Czy ten wobler Salmo widoczny na zdjęciach nabył Pan w Krakowie ? A jeśli tak, to gdzie dokładnie ? Chciałbym kupić kilka takich modeli.

    A, no i gratuluję pstrągów 🙂

    • Wobler kupiła mi żona z tabunem innych na gwiazdkę rok temu. O ile pamiętam, to w sklepie internetowym Pirania. To Salmo Minnow 5. Jeśli piątka oznacza wielkość, to mój ma 6cm [bez steru] 🙂 Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *