Tego nie ma w gazetach…

Właśnie powróciłem z nad wody. Tak naprawdę to nawet nie dojechałem na miejsce. Dostałem cynk, że tam, gdzie się wybieram, to tak wieje, że lepiej odpuścić. I tak od paru dni: jak nie lód na wodzie, to ekstremalnie niski stan danej rzeki itd., itd… Nie mam czym się pochwalić. W związku z tym trochę temat zastępczy, czyli przynęty.

Zacznę, jak chyba zwykle, pisząc, że wabik ma znaczenie drugorzędne; najpierw muszą być ryby. Nie mniej jak już są, a co bardziej prawdopodobne – są, lecz w skromnej liczbie, to jakość przynęty plus umiejętność jej prezentacji nie jest bez znaczenia. Od co najmniej kilku lat obserwuję coraz wyraźniejszy wpływ dwóch czynników:

– posiadania przynęt jakich inni na danej wodzie nie stosują

– prezentowania ich w nietypowy sposób

Często obie zmienne dobrze stosować na raz.  Szczególnie na wodach mocno najeżdżanych.

Na początek  ocenia uklei RH, polecanej jako świetny wabik boleniowy, a kuszący także inne drapieżniki. Obecnie sprzedawcy nieco bardziej powściągliwie reklamują te gumy, jako przeznaczone głównie na sandacze, sumy i ewentualnie na szczególnie duże bolenie, nie mniej nadal powszechnie dedykuje się je rapom w ogóle. Przynęty występują w trzech rozmiarach:

 – 12cm – 32g

 – 10cm –  18g

 – 8cm – 8g

(fot. A.K.)

Początkowo bardzo się napaliłem na te przynęty, tym bardziej, że zupełnie inne od tego, co aktualnie na rynku było. Kto miał cokolwiek więcej do czynienia z boleniami, wie, że szczególnie w miejscach mocno „obijanych” przez wędkarzy, gatunek ten jako pierwszy, bardzo skutecznie omija wszelkie, konwencjonalne, lub w każdym razie często stosowane wabiki. Jako zwolennik dużych przynęt na rapy, bardzo mocno wierzyłem w model największy.

Cóż mogę powiedzieć po trzech latach użytkowania? Jednym zdanie – jeśli myślimy o boleniach, to szkoda kasy, tym bardziej, że jak na gumy, to są drogie. Wiem, wiem – w internecie jest sporo zdjęć pięknych boleni złowionych na te przynęty. Ja generalnie jestem sceptykiem, a w temacie ryb to jestem niewiernym Tomaszem. Poświęcając naprawdę wiele godzin, przez ostatnie trzy sezony nie złowiłem na te gumy ani jednego bolenia, zaliczając słownie dwa – trzy brania, które od biedy mógłbym uznać, za kontakt z tym gatunkiem. Także nikt z kliku moich znajomych, którzy także próbowali testować te gumy, nie zaliczyli nawet jednej ryby. A  łowimy na dość odmiennych, często odległych łowiskach.

W czym zatem kłopot? Moim zdaniem wabiki te mają kilka wad, jeśli chcemy łowić rapy. Zacznę od największego problemu, bo w zasadzie nie do ominięcia: charakter pracy. Guma ta ma jednoznacznie konstrukcję wymuszającą pracę, na zasadzie cykady. Nie mamy tu jednak możliwości zmiany dziurki za którą zapniemy agrafkę, dzięki czemu wahania korpusu są duże, mniejsze lub ledwo zauważalne. Omawiane gumy przy sensownym, jak na bolenia tempie pracy, młócą na boki zdecydowanie za mocno. Dodatkowo, przy takim tempie prowadzenia, plecionkę powinniśmy sobie raczej odpuścić. Praca gumy skręca ją, na poziomie prawie błystek wirowych. Tzn. linki ponoć skręcają kołowrotki, ale ma to ścisłe powiązanie z pracą wabika. Nieznacznie lepiej, ale niewystarczająco było, gdy prowadziłem przynętę z prądem, co zresztą najbardziej preferuję, jeśli chodzi o bolenie. Irytującego skręcania plecionki można uniknąć, zmniejszając tempo zwijania, lecz dochodzimy tu już do prędkości, przy których boleń puka się płetwą w łepetynę. Przynajmniej tak jest latem. O chłodnych porach roku nie piszę, bo na około krakowskich wodach nie mam zadowalających wyników na żadne przynęty.

Dużym kłopotem jest odległość rzutu taką gumą. Ma ona sporą powierzchnię i jest tak wyważona, że nie leci zbyt daleko. Nawet ta najcięższa. Przy skręcającej się plecionce [po 5-7 rzucie i więcej], to rzuty są już naprawdę mało zadowalające. Próbowałem łowić z żyłkami [od 0,2mm dla modeli mniejszych, do 0,22m dla największej gumy], ale o ile żyłka mniej się skręca, to długość rzutu jeszcze spadła.

Wada trzecia: guma jest gumą niestety i w dzisiejszych czasach, gdy powszechność i cena tych wabików powodują, że chyba najwięcej takich fałszywych rybek ląduje w wodzie, to ryby traktują je ostrożnie. Bolenie zaś z dużym dystansem. Na fragmentach rzek, gdzie spinningistów wielu, ten dystans przeradza się w wielką nieufność. Uzbrojenie takiej gumy [ i innych zresztą też] z konieczności jest słabsze niż woblera i ryby doskonale o tym wiedzą. Stąd jeśli już coś się pokusi, nawet jeśli mocno, to co najwyżej potarmosi sam ogon, co przy tych rozmiarach wabika nie jest dla ryby ani trudne, ani ryzykowne.

Bardzo dużo czasu poświęciłem na łowienie takie, jakie zalecane jest na wielu stronach w sieci: łowienie na krawędziach przykos, wielkich dołów po sprowadzeniu wabika do dna i dość szybkie unoszenie go do powierzchni wody, względnie „zawieszenie” go w toni i w zależności od szybkości nurtu szybszy lub wolniejszy opad. Trzeba przyznać, że wtedy uklejki fajnie lusterkują na boki. Niestety, ja za każdym razem zerowałem. W tych samych miejscach, na opadającego „siudaka” lub jego podróbki były brania. W zeszłym sezonie, przez kilka dni z rzędu mieliśmy z kolegą okazję, oglądać w akcji faceta, który łowił tylko na takie przynęty. Robił to chyba na wszelkie możliwe sposoby, jakie mogą przyjść do głowy. W tym czasie udało nam się złowić kilka bardzo ładnych rap, ów spinningista nie miał kompletnie nic.

Z moich skromnych doświadczeń, jeśli chodzi o typowo zębate ryby, to z pewnymi zastrzeżeniami, [musimy mieć dostęp, do względnie dużych ryb, 30cm i więcej] mogę polecić najmniejszy model na okonie.

To czego nie próbowałem, to wędkowanie tymi przynętami nocą, więc się nie wypowiem w tym temacie.

By być dokładnym podam jeszcze z jakim sprzętem zestawiałem te gumy. W końcu to też ma znaczenie. Otóż najczęściej stosowałem kij 3m do 35g z plecionką 0,12mm, ewentualnie żyłką 0,22mm. Dla modeli mniejszych alternatywą była wędka do 15g i plecionka 0,10mm lub żyłka dwudziestka. Oba kije były szybkie. Kołowrotki to albo niedrogi Marshall [najmniejszy model] albo Okuma Salina 30.

Podsumowując, absolutnie nie polecam tych wabików w miejscach, gdzie boleni mało, a wędkarzy dużo, czyli dotyczy to sporej części naszych wód. Myślę też, iż w bardziej dzikich rejonach, na bolenia są znacznie lepsze przynęty.

Dla odmiany coś z „lekkiej kawalerii”. Trzy modele owadopodobne na klenia. To „owadopodone”, to wręcz obraza dla tych wyrobów, bo to wierne kopie żyjących w naturze chrząszczy, ważek i innych żuków. Producentem jest firma Mybug. Gama modeli jest spora, ja skoncentruję się na trzech, których używam dłuższy czas.

Pierwszy, to prezentowany kilkakrotnie na drugim planie, przy okazji innych tekstów, pomarańczowy „wariat” imitujący omomiłka szarego, którego w moich stronach nazywano kowalikiem. Nie jest to jakieś maleństwo, bo ma 30mm długości. Ma rewelacyjną pracę przetapianego owada z charakterystycznym zarzucaniem na boki samym końcem odwłoka.

(fot. A.K.)

Drugi, to mniejszy model naśladujący chrabąszcza majowego [25mm].

(fot. A.K.)

Oba modele zanurzają się około 15-20cm pod powierzchnię i to szybciej ściągane. Zanim opiszę jak nimi łowię, to kilka zdań na temat minusów, bo takich też się dopatrzyłem. Pierwszy, to bardzo silna praca, szczególnie tego pomarańczowego, gdy ściągany jest pod prąd, a nurt co najmniej umiarkowany. Przynęty chodzą nienagannie, ale jak dla mnie i kleni, które łowię – zbyt nachalnie. Większe ryby co najwyżej podpływają, ale zazwyczaj nawet nie zwracają uwagi. Z drugiej strony logika podpowiada, że owady lądowe nie pływają, tylko spływają i robią to bardzo subtelnie, a nie jak traktor. Druga „wada” to rozmiar. Gdyby były modele mniejsze, odpowiednio 2cm dla pomarańczowego [owad w rzeczywistości ma 15mm] i 1,5cm chrabąszcz majowy [z odpowiednio maleńkimi sterami], to po pierwsze, jestem pewien, że dla kleni byłyby czymś nie do zastanowienia, tylko zjedzenia natychmiast, a i dla innych ryb bardziej zjadliwe. O ile jelce, okonie dość chętnie atakują woblery w obecnych rozmiarach [jelce rzadko się zapinają], to już moje jazie nie dają się nabierać i wieją gdzie pieprz rośnie. Sztuczne owady są za duże i upadają zbyt „głośno”, spływające po wodzie żuki tych rozmiarów, jazie odbierają jako chyba nieprawdziwe, skoro atakują sporadycznie, zaś mocna praca ściąganych przynęt pod prąd płoszy ryby i to bardzo. A moje jazie są ostrożne, lecz nie zmanierowane. Podobnie w przypadku pstrągów i modelu pomarańczowego, który wielokrotnie próbowałem testować na tych rybach. Nie budził zainteresowania [próby miały miejsce w małych nizinnych rzeczkach].  O wzdręgach raczej też trzeba zapomnieć w przypadku tych przynęt. Nie mniej jest to takie moje czepianie się, dlatego słowo „wada” napisałem na początku w cudzysłowie. Ale szkoda, że nie ma mniejszych. Nie są to też wabiki tanie. Ale jakość wykonania jest wspaniała. Coś za coś.

Teraz plusy. Są to na tyle duże przynęty, że ktoś, kto z niechęcią odnosi się do przesadnie lekkiego wędkowania też je zaakceptuje. Woblery dają sobie radę nawet z żyłką dwudziestką, ale musi być w agrafce krętlik, bo to zbyt sztywna linka dla takiego wabika, i węzeł bezpośrednio zawiązany na woblerze, będzie powodował wywrotki na grzbiet i niekonieczne łatwy powrót do pozycji normalnej. Linki 0,14 – 0,16mm są doskonałe.

Przynęty te lecą dość daleko i przy lince 0,14mm nawet dość sztywnym kijem można nimi rzucić kilkanaście metrów bez przesadnego napinania się. Szczególnie chrabąszcz majowy fruwa daleko.

Wabiki te świetnie oddają dla kleni realny pokarm, bo ryby bardzo często atakują luźno spływające woblerki. Ryby z jednakowym entuzjazmem reagowały na nie w Wiśle, nad rzekami typu Skawa, Soła, Dunajec, Wisłoka oraz w małych rzeczkach. W wodach stojących się nie sprawdziły, ale moim zdaniem to wina zbyt dużych rozmiarów – klenie w takich zbiornikach są znacznie ostrożniejsze i mają duuużo więcej czasu na podjęcie decyzji.

Kolejny plus – mimo iż woblerki udają owady lata, klenie biorą na nie dopóki tylko lubią wychodzą w słońcu do powierzchni, czyli w moich stronach, tak do połowy listopada. A zaczynać można od cieplejszych dni marca.

Opiszę jak nimi łowię na moich wodach. Generalnie wyznaje zasadę, że z tymi przynętami prawie nic nie trzeba robić. Jeżeli ingerujemy w ich prace, to symbolicznie. Jeśli chodzi o model omomiłka [pomarańczowy], to uważam, iż najkorzystniej jest łowić z nurtem, gdy wiatr wieje w poprzek żyłki. Trzeba tylko wytypować miejsce, gdzie klenie z dużym prawdopodobieństwem są, lub je widzieć. To często spokojne tafle wody, choć z wyraźnym uciągiem i głębokością przeciętnie w granicach 30cm do 1,5m.  Wcale nie musi być to zakrzaczony odcinek, tyle, że wtedy ryby pływają dalej od brzegu. Rzucam nieznacznie pod prąd i natychmiast staram się układać żyłkę na powierzchni wody, jak największym odcinkiem. Nurt wybiera kolejne metry, równocześnie wiatr plus woda, robią tak często nielubiany łuk. Gdy wobler jest w strefie przebywania ryb, zamykam kabłąk. Szczytówkę mam nadal blisko powierzchni. Przy umiarkowanym, letnim wietrzyku, napinająca się linka zaczyna ściągać owada w kierunku lądu. Dzieje się to niezwykle finezyjnie, i trudno taki efekt uzyskać własnoręcznie. Ja tak dobieram agrafkę, by wraz z grubością żyłki i prędkością nurtu, przy lekkim spływaniu, nieznacznie zatapiała się głowa przynęty, a wtedy odwłok charakterystycznie drga. Nie wiem czemu, ale klenie naprawdę się nie hamują, a co więcej – sztuki powyżej 30cm często zapinają się bez zacięcia. Ataki są naprawdę bardzo gwałtowne. Minusem – żyłka nie może za bardzo smużyć, dlatego im ryby pływają bliżej powierzchni, tym linka musi być cienka i raczej do 0,14mm. Grubsza nie daje już tak subtelnego efektu i za mocno bruździ wodę.

Z chrabąszczem majowym sprawa jest prostsza. Wybieram łagodne fragmenty ze spokojną powierzchnią. Tu sprzyjają drzewa nad woda lub krzaki, więc nieźle łowi się w spodniobutach z wody. Rzucam pod brzeg, znów, jak w sposobie prezentowanym wyżej, szybko staram się położyć na wodzie cały odcinek żyłki. Kabłąka nie zamykam, tylko żyłkę popuszczam palcami. Opory żyłki na powierzchni, plus nasze palce raczej nie zgrywają się idealnie z nurtem, stąd wstrzymywany co jakiś czas chrząszcz, puszcza bardzo małe koła na wodzie. Trzeba tylko szybko zacinać, bo mamy duży luz na żyłce. Sposób taki wymaga miękkiego kija, który zamortyzuje branie i często przesadną nerwowość naszej reakcji. Ale trzeba zacinać szybko. U mnie to działa latem nawet w lekki deszcz.

Oba powyższe woblery polecam w ciemno.

Trzecim modelem jest ważka, czy też jętka.  Ma 40mm, szerokość skrzydeł 55mm.

(fot. A.K.)

Skrzydła można ustawiać w różny sposób [na wodzie, uniesione nad wodę – wtedy zazwyczaj korpus przechyla się na jeden bok]. Mam wrażenie, że ta jętka powinna być mniejsza, a pewien jestem, iż to przynęta nieco przekombinowana i chyba zrobiona zza mało delikatnych materiałów, by nabierać dorosłe klenie.  Wyraźnie żerujące na owadach pstrągi też ignorowały ten wabik. Nie mam do końca zdania, ale jak na razie nie polecam, choć może zmienię zdanie – nie używałem woblera intensywnie.

Na koniec, to aż się boje pisać – zostawiłem dwa woblerki Rapali. Jeden na duży plus, drugi – kompletna porażka. Pierwszy wobler to Rapala Coundown 35mm [moje mają 38mm], pływający. Mam takie od kilku lat. Nic oryginalnego o nich nie napiszę. Sprawdza się wszędzie na ryby typu kleń, pstrąg, okoń. Szczególnie dużo łowiłem nim w mniejszych rzeczkach, takich po 4-6m szerokości i płytkich. Prezentowany model kolorystyczny [z takim ciepłym złotem] na moich wodach był bardziej skuteczne od kilku innych jakie miałem. Zanim zacząłem regularniej stosować małe wahadłówki, taki wobek świetnie dawał sobie rady na pstrągowych ciekach, szczególnie na przełomie marca/kwietnia, gdy dość często była druga fala zarybień małymi palczakami. Fala pierwsza, to ryby pod miarę. Nie wiem, czy ktoś to robi celowo, czy wynik bezmyślności, ale pstrągi o tej porze już jako tako okrzepły po zimie i niekoniecznie są zainteresowane jakąś gumową pijawką, za to mają już na tyle energii by wygłodniałe pogonić za rybką i tu mają w takim okresie sporo mniejszych pobratymców na talerzu. To, że te większe masowo zżerają palczaki jest pewne, bo nie raz złowiłem kropkowańca, któremu z gardła wystawał ogon 15cm malucha, a „rozdęcie” brzucha pozwalało przypuszczać, że to nie jedyna ofiara żarłoka. Otóż kapryszące wtedy ryby,  ignorujące wirówki, czy tym bardziej gumy, jako tako chciały upolować taką rybkę jak prezentowany woblerek.

Klenie reagują na ten wabik z podobną skutecznością cały sezon. Warto wydać na nie pieniądze.

(fot. A.K.)

Drugi wobler, niby bardzo podobny, to srebrzysty na zdjęciu Oryginal Shiner. Również pływający. Jest ciut większy niż poprzedni – ma 40mm i jest nieznacznie grubszy. Kupiono mi trzy takie modele, każdy w innej kolorystyce. Nie problem zresztą w szacie barwnej. Otóż moje egzemplarze po prostu bardzo kiepsko pracują. Wszelkie cudowanie z wymianą kotwiczek na ciut mniejsze, trochę większe, kombinowanie przy oczkach nie przyniosły pozytywnych rezultatów. Bacznie przyjrzałem się sterom i wszystkie są wklejone w taki sam sposób, więc nic przy nich już nie robiłem. Odnoszę wrażenie, iż woblery te  są za bardzo wyporne w stosunku do rozmiarów. W ogóle skusiłem się na nie ze względu na model, jak na zdjęciu. Wyobrażałem sobie, postawiony w miejscu  – może będzie kusił bolenie w silnych nurtach mniejszych niż Wisła rzekach. Tymczasem te wobki skaczą chaotycznie po powierzchni, nie mając nic z prawdziwych ryb. Oczywiście bolenia na nie, nie złowiłem ani jednego. Przeszedłem do czegoś łatwiejszego. Kleń. Guzik. Słowo „wlecze” najlepiej oddaje sposób w jaki to coś dynda na końcu zestawu. Gdy schodziłem z numeracją żyłki, licząc na poprawę pracy, byłem pewien, że 0,16mm da radę. Tymczasem najcieńszą jaką założyłem, była dziesiątka i nadal nic. Ciekawe jest to, że o ile w ostrzejszym nurcie kiepska praca była do zaakceptowania [w końcu to mały wobler], o tyle próby na jaziowych rozlewiskach z flegmatycznie płynącą wodą, dały podobnie negatywne wyniki. Nawet polecany węzeł firmowy nic nie wniósł, czy też dodanie/odjęcie agrafki. Nie mam też podstaw sądzić, że przynęta jest podróbką. Zarówno opakowania nie budziły podejrzeń, jak i sklep, w którym zakupiono wobki – nigdy nie sprzedano mi w nim żadnego gniota. Nie mam pojęcia z czego to wynika. Jednego z tych woblerów, malowanego na strzeblę [śliczny design] podprowadził mi ojciec, zanim miałem okazję je wypróbować i z lekkim żalem  rozstawałem się z przynętą. I co? I ten też nie chodzi… Może miałem pecha, ale szybko takich nie kupię tym bardziej, że cena nie jest niska.

Na koniec napiszę coś, co w pewnym sensie zaprzeczy istocie powyższego tekstu. Otóż w polskich realiach ostrożnie mówię o  efekcie „przebłyszczenia”, jak się kiedyś mówiło, czyli  zobojętnieniu ryb na sztuczne przynęty, ponieważ w naszej rzeczywistości, ryba myli się na ogół raz, po czym bezpowrotnie zalicza brzeg. Oczywiście skłute, małe ryby mogłyby się nauczyć, iż pewne rzeczy należy omijać i w jakimś  [bardzo wąskim chyba] zakresie tak jest,  tylko nie mam wątpliwości, że ryby aż takiej pamięci nie mają.

Jeśli macie odmienne doświadczenia z wyżej opisywanymi wabikami, to będę wdzięczny za podzielenie się uwagami. Szczególnie, jeśli ktoś miałby dobre, powtarzalne wyniki z uklejami RH.

Na koniec bardzo dziękuję, za życzenia w komentarzach, jak i te wysyłane tylko na mail. Życzę Wam wszystkim aby w tych nie najłatwiejszych czasach, mieli  jak najwięcej czasu na to niezwykle barwne hobby i by ryby chciały nam łamać wędki na każdej wyprawie.

18 myśli nt. „Tego nie ma w gazetach…

  1. „Ukleje” Roberta Hammera staram się rozgryźć od jakiegoś juz czasu. Od samego początku uważałem,ze ma olbrzymi potencjał i opanowanie jej umożliwi dostęp do niedostępnych wczesniej boleni. Rzeczywistość szybko sprowadziła mnie na ziemie- łowienie na RH nie jest łatwe (jesli w ógóle mozna użyć tego słowa w kontekście poławiania boleni). Owszem, trafiały sie ryby (stare RH jeszcze z zatopionym haczykiem) ,ale były to wyniki poniżej oczekiwań- odpuściłem (z braku wyników i samych przynęt,które dość ochocze czepiają się wislanych zawad) te gumy.
    Od początku sezonu boleniowego miałem przyjemność testować (pozornie) bliżniaczą konstrukcję boleniowej gumy- Fantom firmy Hunter. Praca „cykadopodobna” jak u Hammera,z tą różnicą,że mamy bezpośredni wpływ na pracę woblera poprzez dodanie lamety na którąś z kotwiczek. Wobler jest też dużo bardziej stabilny- tak w wiślanym nurcie (nie wykłada się bokiem przy szybkim prowadzeniu jak RH) jak i w locie. I najważniejsze- Fantom łowi,nie tylko bolenie:)

    Pozdrawiam

  2. Witam,
    A ja Wam chlopaki powiem że gumy RH są łowne. Sprawdzają się na szybszych odcinkach Wisły doskonale. Ich zaletą jest waga- można nimi dobić do dna nawet w głębszych miejscach ze sporym uciągiem. W tamtym sezonie złowiłem ok 30 Boleni powyżej 60cm właśnie na te gumy w rozmiarze 12cm. Dodam że lepiej sprawdza się model 2011. Gumy prezentowane w artykule są modelem 2012 i częściej zdarzało mi się przyłowić na nie sandacze a zdażały się też sumy których niestety nie udało się zobaczyć. Co do Fantoma to troche mały – osobiście wole większe/cięższe przynęty, ale coś tam połowił, głównie ledwo miarowe szczupaki.
    Polecam też inne przynęty Roberta Hammera na wiślane mety.
    Pozdrawiam
    Wojtek

  3. 2011 to typowo boleniowe gumy z drobną pracą, sa bardziej smukłe, bez wyraźnie zarysowanej głowy jak w modelu 2012. Niemniej jednak rwie się je z tą samą częstotliwością.

  4. No to mamy dysonans poznawczy bo autorowi nic nie bierze na RH a w sieci faktycznie pod względem okazów bolenia RH biją na głowę inne przynęty. Niestety autor nie wie tego, że wabik i jego prowadzenie dobiera się pod ryby na które rapy polują. RH nie łowią wszędzie. Np. w leniwym nurcie kiedy pokarmem są cienkie sklejki bo ta przynęta jest na to za agresywna. Bardziej tu pasuje wobler RH a nie gumy. Jak polują w nucie na jazie, klenie itp. to jest nie do zastąpienia. Sztuka łowienia ryb to sztuka dopasowania się do sytuacji. Skoro szczupaki raz walą tylko w jerki a innym razem je totalnie olewają, to co mówić o rybie dużo bardziej wymagając jak boleń. Osobiście używam kilkanaście różnych przynęt na bolenie. To, że raz biorą na jedną a inne olewają nie znaczy, że są złe. Jak się nie wie kiedy którą użyć to dla lepszego samopoczucia lepiej zwalać winę na przynęty. Przykład powyżej 🙂

    • Chętnie się poduczę. Zapraszam, serio. Wachlarz łowisk bardzo szeroki [rodzaj nurtu, głębokość itd.do wyboru]. Nie zjadłem wszystkich rozumów, ale powyższe zmienne biorę pod uwagę zawsze i nie tylko w temacie boleni. Do tego nigdy nie kieruję się bezpodstawnym zdyskredytowaniem danej rzeczy, bo tak mi się podoba. Swoje recenzje bardzo często opieram na doświadczeniach kilku, czasem więcej ludzi, którzy na rzeczy się znają. Nie tylko na tym, czego sam doświadczam. Sorki, ale komentarz z cyklu producent/sprzedawca produktu.

  5. Rynek przynęt wędkarskich jest bezwzględny bo weryfikuje co jest dobre a co nie i Ty ani Twoi koledzy tego nie zmienicie. Każda przynęta kupowana najpierw z ciekawości ustala jakąś grupę stałych klientów. Jak jest ich mało to przynęta znika. Skoro sugerujesz, że gram dla firmy RH to zadam Ci 3 pytania. Animujesz przynętę kijem 3 m? :))) Skąd wiesz, że przynęta jest źle uzbrojona skoro nie miałeś na nią brania? Ile przynęt Ci obiecała firma Hunter za ten tekst? PS. Mam kolegę który łowi w tej Twojej „magicznej miejscówce” czyli za progiem wodnym i złowił tam sporo boleni na RH a jako przyłów sporo sumów.

    • „Magiczna” miejscówka już nią nie jest od co najmniej 4 lat. Uklejki RH używam trzy lata, bolenie coraz rzadziej łowię akurat na progu, natomiast gdzie indziej – owszem. W zależności od modelu gumy i warunków łowiłem kilkoma kijami [zarówno pałami do 40g i dł. 2,40m – ponton, jak i lekkimi do 15g przy najmniejszym modelu plus te pomiędzy tymi wartościami]. Nie uwierzę, że to ma wpływ skoro niezależnie od grubości linki, typu kija, czy w ogóle umiejętności wędkarza, na inne, moim zdaniem znacznie skuteczniejsze wabiki nawet początkujący mięli kontakty i wyjmowali rapy. Łowienie boleni jest raczej mało finezyjną odmianą spinningu i powyższe argumenty mnie nie przekonują. To, że przynęta jest słabo uzbrojona [chodzi o umiejscowienie kotwicy], sądzę tak dlatego, że jak napisałem w tekście, okonie 30 – 35cm, których w omawianym okresie złowiłem bardzo dużo jak na polskie realia i które były jedynymi rybami zainteresowanymi tymi przynętami [najmniejszym modelem], najzwyczajniej z nich spadały. Nie miały żadnych za to problemów z połknięciem 8, 10, 12cm gum na główkach 8-12g z dużymi hakami pod sandacza…. I tyle. proszę tylko nie odbijać piłki, że jak ma się okoń do bolenia. Nijak się ma, ale jak napisałem, bolenie kompletnie omijały te gumowe uklejki, więc to czy na ten gatunek uzbrojone są źle czy dobrze nie ma znaczenia, ponieważ ryby ich nie chcą. Postrzegam rozgłos tej przynęty dokładnie tak, jak ładnych parę lat temu cykadę Pokutyckiego. Zresztą jak na ówczesne czasy jej reklama miała podobny przebieg: najpierw było to cudo na bolenie. Ale jak się okazało, że aż tak skuteczna nie jest, to w drugim rzucie pojawiła się jej skuteczność na sandacze i sumy i w ogóle na wszystkie drapieżniki. I co? Dziś nikt nią się już nie „jara”, bo przetestowało ją tysiące ludzi i cudów nie ma. Sam mam do dziś sporo największych modeli, bo tego to już absolutnie nic nie chciało tknąć, niezależnie czy była to Wisła, czy San w Przemyślu.
      Trochę słaba ta insynuacja z firmą Hunter, ale rozumiem, że konkurujecie. Oczywiście, moje wnioski na wszelkie tematy mogą być nie zawsze celne, ale za jeden z większych atutów mojej pisaniny uważam właśnie to, że jest w 100% niezależna, co w dzisiejszych realiach, gdzie masa tekstów jest sponsorowana, gdzie większość dużych serwisów jest w rękach obecnych albo byłych działaczy PZW i dowolnie steruje nastrojami, a jeśli nie , to je przynajmniej monitoruje… Nie mam nic od firmy Hunter, a jeśli zechcesz poświęcić więcej czasu, to w co najmniej dwóch miejscach [przepraszam, ale sam nie pamiętam gdzie, a tekstów już sporo] wcale peanów pochwalnych na temat Bromb nie umieściłem i podobnie potraktowałem Spirit. Jeszcze raz podkreślam: moim celem nie jest dyskredytowanie produktu, „bo tak”, a tym bardziej jakiejś całościowo pojętej marki. Jeśli coś uważam za dobre, bo przyniosło pozytywne efekty, to tak to opisuję, a jeśli było nieskuteczne, to piszę, że było złe, a moje sądy nie powastają po tygodniu, tylko po kilku sezonach. I tyle. Ja jeszcze raz podtrzymuję moją propozycję: chętnie sam wpadnę na taki pokaz i się nauczę o ile to nie będzie drugi koniec Polski. Na koniec zacytuję Marka Szymańskiego, który świetnie spuentował boleniowe wabiki [WŚ 2014/5, str. 39]: „całkowicie skończyły swoją ewolucję gumy, gdyż nowe kształty ogonów ripperów, czy zintegrowane z gumą obciążenie [jak w uklei RH – mój przypis], nie robi na boleniach większego wrażenia”. I dalej: „Przynęta wybitna warunkowo, to taka, która swą wybitność wykazuje tylko w niektórych rękach – zwykle swoich twórców…”

  6. Myślę, że dalsza dyskusja nie ma sensu skoro przyznajesz, że (Twoje) łowienie boleni jest mało finezyjne. Ponieważ jesteś w 100% niezależny jesteś też tak samo subiektywny. Jak dodać do tego to mało finezyjne łowienie boleni na progu to mamy całą metodologię na podstawie której oceniasz przynęty. Te tysiące wędkarzy na których się powołujesz to klasyczne króliki z kapelusza. W odróżnieniu od Ciebie moje łowieni jest finezyjne, używam bardzo wielu przynęt, łowię w bardzo różnych miejscach w PL i za granicą. Mam kontakty z wieloma łowcami boleni z Europy. Uważam bolenia za rybę nie mniej ciekawą od kultowego bassa. Z braku argumentów podpierasz się Markiem Szymańskim który nigdy nie poświęcał się boleniom. Zawsze łowił je okazjonalnie. Pisze różne rzeczy który Ty na siłę podciągasz pod krytykę RH. Ten sam Marek napisał kiedyś w art. o tarnowskiej Wiśle pod zdjęciem, że spotkał twórcę znakomitych przynęt boleniowych RH. I co na to powiesz? Szkoda mojego czasu. Myślę, że jesteś megalomanem spod progu gromadzącego ryby. Jak by te Twoje opinie traktować poważnie to należało by przyjąć, że te wszystkie filmy pokazujące skuteczność czy to RH czy Spirytów to jakieś efekty komputerowe. Według mnie one pokazują to co napisałem. Jak się wie kiedy i gdzie użyć odpowiedni wabik, to się łowi. Te tysiące wędkarzy na których się powołujesz łowi najczęściej jedną przynętą na którą kiedyś złowili bolenia prostą techniką. Od miejscówki do miejscówki, kilka rzutów kontrolnych i jak nie ma frajera to dalej. Zapewne ich lista przynęt do dupy jest równie długa jak Twoja 🙂

    • Nie mam pojęcia skąd w Tobie takie zacietrzewienie? Chyba, że jesteś, jak napisałem w pierwszej odpowiedzi – albo producentem, albo dystrybutorem. Ale to Twój kłopot. Każdy w tym kraju ma prawo wygłosić swoją opinię na temat danego produktu, tym bardziej, że opartej o kilku sezonowe doświadczenia. Proszę nie stawiać znaku równości między łatwością i mało finezyjnym łowieniem. Nie wiem, też, co się tak uczepiłeś progu? Przecież napisałem, że tam akurat najmniej stosowałem te przynęty. Po raz trzeci proponuję test. Bardzo chętnie się czegoś nowego nauczę.

  7. Jakie znaczenie ma to kim jestem? Mnie nie interesuje kim jesteś bo wystarcza mi argumentów merytorycznych aby odnieść się do Twoich wynurzeń. Jak napisze, że jestem stary, gruby, rudy, łysy i mam śmieszne nazwisko to Ci coś to pomoże? Czy ja dziś odmawiam Ci prawa do wypowiadania się? Polemizuję z Twoimi opiniami bo uważam je za powierzchowne a formułowane z pozycji autorytetu. Ja wiem o przynętach boleniowych bardzo dużo ale pokory mi nie brak. Po tym jak spotkałem rapy zbierające ryby przetrącone przez turbiny wiem, że jeszcze nie raz mnie zaskoczą. U nas przynęty powierzchniowe są praktycznie nie używane a na zachodzie Europy to obok dużych agresywnych przynęt podstawowa broń. Jak do tego dodać ślepą wiarę, przyzwyczajenia, modę to wyłowienie obiektywnej prawdy jest nie lada sztuką. Ty widzę takich rozterek nie masz. Mnie i moim kolegom nie biorą to sprawa jasna. Pisz o swoich doświadczeniach zamiast ferować wyroki.

    • Owszem, ma znaczenie to kim jesteś [w kwestii producent/dystrybutor] – na pewno. Powyżej był co najmniej jeden wpis chwalący te gumy, bez takiej „napinki” jaką tu prezentujesz. Nazywanie mnie megalomanem jest słabe, że odniosę się tylko do tego jednego, a „pojechałeś” jeszcze w kilku kwestiach zupełnie mnie nie znając. Ty nie zabraniasz mi wypowiadania się. Ty chcesz – tak to rozumiem – bym pochwalił coś, co okazało się nieskuteczne. Czy wypowiadam się z pozycji autorytetu? Niech to osądzą Czytelnicy. Znam lepszych i słabszych ode mnie wędkarzy. Natomiast bardzo niewiele osób porusza kwestie wędkarstwa w szeroki sposób bez nachalnej reklamy, stąd pewnie mam coraz więcej Gości, tym bardziej, że mam na tyle różnych fotek dokumentujących połowy z różnych miejsc, co czyni moje teksty wiarygodnymi. W innym wypadku nikt by tu nie zaglądał. Ludzie, podobnie jak w kwestii polityki, są coraz bardziej krytyczni w stosunku do marketingu i mało kto już wierzy, że kolejny metrowy szczupak na pięknym plakacie, złowiony na jerka za sporo kasy, to szczupak z Polski… Co do pokory: przeczytaj proszę powyższy tekst raz jeszcze, bo do innych Cię nie namawiam, ale chyba nie czytałeś. Znów odwołam się do Czytelników – niech sami osądzą.
      Nie twierdzę, że Twoim kolegom nie biorą. Twierdzę tylko, że to kiepska przynęta i podkreślam po raz kolejny, że poświęciłem jej kupę czasu, a zdjęć złowionych bolków na inne wabiki mam dużo – nie kupiłem ich, nie dostałem, nie zrobiłem fotomontażu. To budzi wiarygodność jednak większą, niż nawet 100 zdjęć okazów nadesłanych przez stu różnych ludzi… O wielu produktach pisałem, że są super, a nie mam absolutnie żadnych z nimi powiązań. Chyba nie sądzisz, że uwziąłem się na ukleje RH? Cytując Twoje ostatnie zdanie – właśnie napisałem o moich doświadczeniach.
      P.S. Szkoda poruszać temat ryb spoza Polski, bo to prawie zawsze kompletnie „inne” ryby. Popatrz na wyniki boleniowe w październiku – listopadzie na Odrze, a pogadaj w tej kwestii z wędkarzami z nad górnej Wisły, by nie szukać za granicą. Ale to osobna historia.

  8. Teraz dopiero trafiłem na ten tekst. Co do uklejki RH. Muszę przyznać, że Twoja opinia trochę mnie zdziwiła. Widocznie Ci nie podeszła i tyle. Dla mnie ok. Jedna z moich ulubionych przynęt. Po prostu bardzo lubię nią łowić. W każdym razie model 2011 – węższy i sztywniejszy. I nie tylko na bolki, ale i na sandacze. Linki mi nie skręca, nie zamiata jakoś przesadnie na boki. Napisałeś: „(…)Omawiane gumy przy sensownym, jak na bolenia tempie pracy, młócą na boki zdecydowanie za mocno(…)” Szczerze mówiąc to nie przyszło mi do głowy, żeby tego typu przynętę szybko prowadzić.

    • Nie wdając się w szersze dysputy bo nie widzę już sensu. Znam wędkarzy, którzy chwalą ten wabik i tych, którzy podobnie jak ja mają zerowe wyniki. Ja wciąż na to próbuję łowić i mam wyniki zerowe.
      Co do skręcania linki: nawet postawiona w ostrym nurcie skręca mi plecionkę bardzo. Bez szybkiego zwijania. Ja nie uwziąłem się na tę przynętę, ale to jedyny wabik dedykowany głównie na bolenie,, na który bolenia nie złowiłem przez już cztery sezony. Nomen omen jutro daję szansę ponownie…Łowisko raczej nietypowe. Może…

  9. Mój pierwszy kontakt z ukleją RH dał dwie ryby i 5 brań w ciagu 15 minut. Fakt, jeden bolek był kundelkiem z jaziem, co ciekawe piekielnie walecznym (byłem pewny, że ma blisko 70 – a nie miał nawet 60cm). Drugi 60+, dokładnie nie mierzyłem.
    Miejscówka była bankowa, ryby nie żerowały na powierzchni, i nie reagowały na nic innego – a po stracie jedynej RH kombinowałem ze wszystkim, co sięgało ryb. Łowiłem bardzo grubo i mało finezyjnie.
    Przynętę dostałem od kolegi, który stwierdził że bolenia na to nie złowił i raczej nie zadziała…
    Adamie, to jest chyba kwestia „chemii” między wędkarzem a przynętą. Czasem coś nie „zagra”.
    Jeśli nadal masz te ukleje RH, to chętnie się wymienię – a w zamian dam coś, co lubisz i używasz.

  10. Obstawiam że przy takiej ilości kontaktów i tylko dwóch wyjętych, przytłaczająca większość to klenie, szczególnie jeśli łowiłeś po zmroku. U mnie ten wabik działa tylko na duże okonie w żwirowniach, zaporówkach, Choć pewnie w wodzie gdzi średnich i dużych bolków więcej sprawdzi się. Ja swoją opinię opieram nie tylko o moje doświadczenia z tą przynętą, ale także na opiniach kilku ludzi, którzy testowali je dłuższy czas. A faceci łowią rapy jak byki…

  11. Łowiłem w dzień, na bardzo mocno „rozpracowanym” kawałku Wisły (mamy z kolegą właściwie mapę 3D w glowach tego kawałka), i w tej rynnie zawsze są bolenie, a kleni nigdy, o żadnej porze dnia ani roku. Klenie siedzą niedaleko ale bliżej brzegu, na bardziej urozmaiconym dnie, żeby mieć gdzie uciekać przed sumami, które są wyżej na zakolu w dołku, itd.
    Więc jestem pewien że to były brania boleni. Łapały za ogon po prostu. Drugi „dowód” – klenie bardzo chętnie zjadają i małego spirita i knighta, a te wabiki przechodzily bez dotknięcia. Zresztą na kleniowym miejscu cisza nawet po przerzuceniu hornetem i moim „bananem” kleniowym, a te dwa woblery niemal zawsze prowokuja przynajmiej tracenia. Klenie nie żarły tego dnia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *