Jazie XL

W sumie to nie wiem od czego zacząć. Łowisko z którego nie schodzi się bez medalowej ryby? W Polsce? Czy to możliwe? Chyba mam szczęście. Co do tytułu, to nie dodałem jednego „iksa”, bo chcę go zachować na specjalną okazję. Mam nadzieję, że taka się pojawi. Zaliczyłem już kilka wyjazdów nad tę wodę i tylko raz zszedłem bez jazia. Pechowo, bo jeden spadł, a dwa inne nie dokończyły pogoni za wobkiem z pozytywnym [dla mnie] skutkiem. Za to nie złowiłem ryby mniejszej niż 45cm... Mam masę wniosków, pomysłów i teorii. Wspomnę tylko o jednej: nigdy za bardzo nie zgadzałem się z mówieniem o „klenio - jaziach”. Dla mnie te ryby zawsze dość mocno różniły się w zachowaniu, stanowiskach, co przekładało się na zupełnie inne podejście do obu gatunków, tak pod względem przynęt, jak i ich poprowadzenia.  Po ostatnich doświadczeniach powiem jedno: duży kleń, to jednak całkiem inna ryba niż duży jaziol. Poniżej relacja z pierwszego Czytaj więcej [...]

Długi marsz

Końcówkę pierwszego tygodnia września zamknąłem jeszcze raz wypadem nad Skawę. Przeznaczyłem na to prawie cały dzień. Nie będę ściemniał, nie nastawiałem się na jakieś większe ryby. Wręcz przeciwnie. Cele były dwa: świnki, co do których przygotowałem się bardziej psychicznie, bo cóż też mogłem wrzucić więcej do przynęt, oraz multum brań drobnicy. Czy warto? Moim zdaniem tak, bo jeśli czegokolwiek mam się uczyć, zdobywać jakieś doświadczenie, to jak to inaczej zrobić. Nastawiając się na większe ryby, których jest jak na lekarstwo? Wolę mieć kilkadziesiąt brań malizn, które dają mi jakiekolwiek spojrzenie na wodę, niż jedno – dwa brania czegoś konkretnego, które [o ile się ich doczekam] wiele nie wnoszą. Poza tym w lepszych latach, przy pogoni za drobnicą, na Skawie zawsze coś większego się uwiesiło i wcale nie wymagało to szczególnie większych przynęt. Inna sprawa, że z wyholowaniem bywało różnie. Ale spokojnie – Czytaj więcej [...]

Ułamki sekund na reakcję

Zanim przejdę do głównego tematu, zapowiadana od jakiegoś czasu kwestia jazi. A raczej jazioli. W każdym razie bardzo już dużych okazów tego gatunku. Pamiętacie może przyzwoitej wielkości "jaśki", jakie udawało się mnie i koledze złowić w maju. Miejscówkę wystawił nam Wojtek. Trochę go przedstawię, choć praktycznie się nie znamy. Tylko raz mieliśmy okazję pogadać nad wodą. Otóż Wojtek jest fanem wędkarstwa spławikowego.  Jak pokazuje rzeczywistość jest bardzo skuteczny, a Jego sukcesy są, moim przynajmniej zdaniem, spowodowane bardzo precyzyjną obserwacją, sondowaniem łowisk, wyciąganiem trafnych wniosków i ciągłym poszukiwaniem kolejnej, dobrej receptury zanęty. Poza tym Wojtek na dzień dobry budzi moją dużą sympatię, bo wypuszcza ryby. Dzięki podobnemu podejściu z mojej strony, nie miał żadnych obiekcji, by ujawnić nam swoje łowiska. Podobnie zresztą, jak robię ja o ile mam 100% pewności, że dana osoba nie „zarżnie” miejscówki, Czytaj więcej [...]

Uparłem się

Niby już jesień, sezon na kropkowańce za nami, ale tak łatwo nie będzie. Króciutkie streszczenie trzech  wypadów, kończących pstrągowe łowy. Schyłek lata nad małą, „górską” wodą kojarzy mi się jednoznacznie z niżówką i czerwonymi korzeniami olch czy wierzb. Takie wody przerośniętego lata mają ten jedyny w swoim rodzaju klimat, aromat. Sam nie wiem. Jakaś magia, którą można odnaleźć chyba w każdej porze roku, czy miesiącu. Pal licho, że łowię pstrążki, a nie pstrągi. Nie mogłem sobie odmówić. Na początku postanowiłem rzucić okiem i blaszką, co słychać nad moją najbliższą wodą. Cóż, dużo ryzykuję, bo wielu już wie o jaki kawałek, jakiej rzeczki chodzi. Ale... Powiem szczerze, jest obiecująco. Po zeszłorocznej rzezi w tym roku z początkiem sezonu można było tropić pstrągowe oseski. Pewnie byli tacy, co coś tam grubszego złowili. Ja w każdym razie nie umiałem. Nie mniej, większość miała chyba tak liche wyniki Czytaj więcej [...]

Kilka kopnięć na koniec lata

Po powrocie znad Klimkówki, zaraz na drugi dzień pognałem z pontonem nad Wisłę. Miałem nadzieję, że odbiję sobie pontonowe niepowodzenia. Dość ciepło i ogólnie przyjemnie, tylko ta wredna wschodnia cyrkulacja. Poziom wody normalny. Temperatura wody już nie z Afryki, bo 19 stopni. Omiatam delikatnie sonarem okoniową miejscówkę. Piękne echa tuż nad dnem. Żółte „grochy” – wiadomo, że w tym miejscu to na 99% kolczaki.  Szybko się ustawiam, kotwiczę. Kij rozłożyłem, gdy się wodowałem. Jedna guma, druga, trzecia....szósta. Wobler, wahadłówka. Cisza. Już widać, że to nie ich... tfu – raczej nie mój dzień. Emocje natychmiast opadają. Zakładam jeszcze na koniec, by uciszyć sumienie, że próbowałem wszystkiego - duże [10cm] zielone kopyto na 10g. Przynęta ląduje na końcu rynny. Mam ładne branie zanim guma dotknęła dna. Wyraźne, choć miękkie. Kijkiem przygina tyleż zdecydowanie, co dość ślamazarnie. Dość szybko mija więc obawa Czytaj więcej [...]

Cierpka refleksja – cz.II

Dzień 5 Było zdecydowanie lepiej. Pierwsze podejście do kleni o świcie. Mam szczerą chęć być na miejscu jeszcze po ciemku, a to z tego względu, że ryby po weekendzie są pewnie okropnie przestraszone. Wszak w ich dołku non stop ktoś się moczył, a im pozostała w najlepszym wypadku woda do kolan i towarzystwo wielu osób. Po drugie – centralny dzień pełni. Po trzecie wreszcie – zanosi się na kolejny upalny dzień bez chmurki. Kalkuluję, że ryby są aktywne jeśli chodzi o jedzenie bardzo krótko. Zanosi się już na poważne łowy, a nie ściganie małych kloneczków. Wcześniej, jak pisałem dokładnie rozpoznałem plac działań. Tu się zatrzymam i jeszcze raz pokażę miejscówkę. Zdjęcie robiłem dzień później. Ten mikro potoczek po prawej stronie w głębi kadru to…tak, nie mylicie się – to Ropa. Po lewej stronie mamy „cofkę” jej dopływu. Pozornie sprawia wrażenie dużej wody, ale tam było maksymalnie do kolan pod wielkimi kamieniami. Czytaj więcej [...]