O kłusownictwie, polityce PZW i rybach – wywiad

Zapraszam na wywiad z Maciejem Klubą – strażnikiem SSR. Nie wątpię iż Was zainteresuje, a to dlatego, że poza kwestiami związanymi z kłusownictwem, chcąc nie chcąc pytałem o postawy działaczy PZW odnośnie niektórych zagadnień. Poruszamy wiele problemów. Być może pomoże to niektórym w stworzeniu bardziej realnego obrazu naszej sytuacji w wędkarstwie, może podsunie jakieś pomysły, może będzie początkiem jakiejś dyskusji…

Wędkarskie Wakacje:  Na czym polega Twoja funkcja w SSR?

Maciej Kluba: „Tytularnie”, jestem Komendantem Grupy Terenowej Krzeszowice, Społecznej Straży Rybackiej. Co to oznacza w praktyce – kieruje niewielkim zespołem strażników w swoim rejonie, ustalam terminy i zakres kontroli, prowadzę całą „papierologię” związaną z przeprowadzonymi kontrolami, ujawnionymi wykroczeniami i przestępstwami, jestem odpowiedzialny za współpracę z Komendantem Powiatowym SSR. Oczywiście, pomijając powyższe, jestem również strażnikiem, jeżdżę w teren i kontroluje wody.

WW: Jak byś porównał mijające półrocze tego roku do analogicznego okresu w zeszłym sezonie?

MK: To zależy o jakie porównanie Ci chodzi. Jeśli wziąć na warsztat statystykę, to intensywność kontroli (GT Krzeszowice) w tym roku jest niższa, niż w 2012, natomiast skuteczność, paradoksalnie wyższa. W zeszłym roku, do końca czerwca, mieliśmy na koncie 2 ujawnione wykroczenia, związane z połowem ryb bez wymaganych dokumentów oraz połowem na więcej niż 2 wędki. W tym roku zanotowaliśmy 5 przestępstw (4 związane z połowem sieciami w obrębie ochronnym, 1 dotyczyło połowu ryb na wędkę, w obrębie ochronnym). Tyle samej statystyki – nic imponującego, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że dysponuję w teorii 8 ludźmi, a w praktyce jest problem z uzbieraniem dwuosobowego patrolu, bo każdy z nas pracuje, ma rodzinę, obowiązki domowe i tym podobne historie, to wynik i tak nie jest zły. Najbardziej cieszy mnie fakt, że udało się trafić typowych kłusowników, nie dziadka, który zapomniał wpisać datę do rejestru połowów, tylko gości, którzy ewidentnie nastawieni byli na masową kradzież ryb i to jeszcze w obrębie ochronnym. Takie wyniki, mam nadzieje, przełożą się na poprawę sytuacji w rejonie – fama się niesie, kolejni nie zaryzykują już tak łatwo, wiedząc, że może ich za to spotkać wyrok sądu.

WW: No właśnie. Wiem, że było kilka sukcesów, takich bardziej spektakularnych. Z różnych względów, także bezpieczeństwa strażników, nie wdawajmy się w szczegóły. Ale jak oceniasz skalę takiej typowej działalności kłusowniczej. Nie chodzi mi o wędkarzy łamiących przepisy, czy samotnych „dziadków”, tylko myślę o takich bardziej „przemysłowych” kłusownikach.

MK: To kwestia bardzo trudna do realnej oceny. Problem istnieje, to fakt, niemniej opowieści o rybach masowo wyciąganych z wody sieciami i prądem, które nieraz słyszy się od wędkarzy, są jak sądzę, przesadzone. Jeśli popatrzymy na statystykę ujawnionych przestępstw, kłusownictwa „przemysłowego”, na terenie okręgu krakowskiego PZW, to jest to raczej znikoma ilość, w stosunku do pozostałych wykrytych nieprawidłowości. Nie staram się bagatelizować sprawy – sieciarzy, miłośników samołówek, czy żaków, nie brakuje, aczkolwiek ich aktywność nad wodą jest utrudniona, raczej trudno (w sposób niezauważony przez osoby postronne) stawiać sieci czy inny sprzęt kłusowniczy. Zdecydowanie „łatwiej” teraz kłusuje się wędką.

WW: W pełni zgadzam się z Twoimi spostrzeżeniami, szczególnie, co do naszego okręgu. A jak reagują ludzie złapani na ewidentnym kłusownictwie [nie chodzi mi o kogoś, kto np. zapomniał wpisać swój pobyt nad wodą w rejestrze] – myślę o zabieraniu ryb niemiarowych, nadkompletów itp.? Zdarzają się jakieś niebezpieczne sytuacje? Czy ci ludzie jakoś się tłumaczą? I czy jest jakaś grupa, którą można wyróżnić, jako taką wybijającą się pod względem łamania przepisów?

MK: Jeszcze mi się nie trafiło, żeby ktoś nie zaprzeczał, albo głupio się nie tłumaczył. Najczęstsze taktyki, to twierdzenie, że złapana ręka nie jest moją ręką, albo udawanie niewiedzy. Taki klasyk (niezbyt może spektakularny, niemniej obrazujący rozmowy nad wodą) – wiosna, sobota, późne popołudnie – Kryspinów, zbiornik zamknięty dla wędkowania po zarybieniu karpiem. Na całym zbiorniku wiszą kolorowe informacje na ten temat. Na całym zbiorniku absolutna pustka, nagle widzimy gościa, który „spinninguje” wzdłuż trzcinowiska. Gdy wysiadamy z auta, zauważa nas i przepala papierosem żyłkę. Nie ma żadnych dokumentów przy sobie. Trudna sprawa – wezwanie policji, to pół godziny tłumaczenia gdzie jesteśmy i jak tu dojechać. Facet proponuje, że skoczy do domu po papiery, bo mieszka blisko. Wędkę zostawia „pod zastaw”. O dziwo, po 10 minutach wraca z dokumentami. W tym momencie sterta starych, częściowo zgniłych liści, jakieś 5 metrów od miejsca gdzie facet łowił, zaczyna skakać. W środku 3 karpie, ewidentnie wyjęte „na szarpaka” (rany od kotwicy z boku, pod pyskiem, pod ogonem), jeden jeszcze żywy. Facet: „Nie mam pojęcia czyje to ryby, moje nie”. Pytam – a od dawana pan tu łowi? Facet: „No ze trzy godziny, może dwie”. Pytam – a cały czas tutaj, czy pan spacerował? Facet: „Nie no tu, cały czas”. Pytam – a ktoś jeszcze łowił z Panem? Facet: „Nie, nikogo nie widziałem”. Pytam – czyli nie wie Pan czyje te rybki?  Na to (powalające) „Nie panie, ja tam ryb nie zabieram…” Niebezpieczne sytuacje się trafiają, nieraz strach w nocy, podejść do grupy ludzi, którzy świadomie i ewidentnie łamią przepisy, wiesz jakie mamy teraz czasy. Koledzy z innej Grupy Terenowej, mieli akcję w obrębie stopnia wodnego, która skończyła się zadymą, do tego stopnia, że interweniowała policja, a w ruch poszedł gaz łzawiący. Ale to powiedzmy 1 przypadek na kilkadziesiąt kontroli. A co do grupy „wyróżniającej się”, to nie ma takiej. Kłusują policjanci, bezrobotni, goście jeżdżący furami za kilkadziesiąt tysięcy, dzieciaki i emeryci. Wszyscy po równo. Nawet obcokrajowcy łamią nasze przepisy.

WW: A czy są jakieś rejony naszego okręgu szczególnie poddane presji kłusowniczej.? Albo inaczej: czy są jakieś różnice między kłusownictwem na wodach nizinnych i tzw. górskich?

MK: Nie mam w tym momencie dostępu do pełnej statystyki okręgowej, niemniej wydaje mi się, że presja kłusownicza jest większa na wodach nizinnych. Wynika to z różnych powodów, między innymi z takiego, że wód nizinnych jest zwyczajnie więcej i więcej jest w nich ryb, więc większe „możliwości” dla kłusoli. Trzeba sobie uświadomić, że w naszym regionie kłusownictwo, polega najczęściej na łowieniu bez uprawnień, ewentualnie na większą ilość wędek, niż pozwalają przepisy, czy na niedozwolone przynęty. Wód górskich dotyczą głównie pierwsze i ostatnie z wyżej wymienionych, podczas gdy na wodach nizinnych środek ciężkości przesuwa się raczej na pierwszy i drugi przypadek. Podobnie z resztą jest z kłusownictwem, jak to wcześniej określiliśmy, przemysłowym – dotyczy ono praktycznie tylko wód nizinnych. Nie słyszałem o przypadkach stawiania sieci na rzekach górskich, czy tłuczenia ryb prądem, podczas gdy takie praktyki trafiały się na wodach nizinnych.

WW: Biorąc pod uwagę własne doświadczenia, co do zachowań ludzi, próbujących łowić nielegalnie, bycie strażnikiem nie należy do najbezpieczniejszych zajęć w naszym kraju. Mieliście jakieś bardziej dramatyczne sytuacje? Sam słyszałem o takich [stopień Przewóz], ale to informacje z trzeciej ręki więc nie wiem na ile nie przekoloryzowane.

MK: Jeśli o mnie chodzi, to jak dotąd kończyło się na słownych przepychankach i pogróżkach (na szczęście nigdy nie spełnionych). Ale owszem, niebezpieczne sytuacje się zdarzają. Na Przewozie doszło do rękoczynów, strażnicy musieli się bronić i to dość mocno. Sprawa skończyła się na interwencji policyjnej a finał znalazła w prokuraturze, gdyż na mocy przepisów, strażnik w trakcie pełnienia czynności służbowych jest chroniony tak samo jak funkcjonariusze publiczni, zatem za naruszenie nietykalności, postępowanie wszczynane jest z urzędu. Znam z pierwszej ręki historię, kiedy w trakcie patrolu SSR, w którym brał udział również policjant, okazało się, że osoba kontrolowana jest ścigana. Strażnicy pomogli policjantowi dokonać zatrzymania, ale poziom adrenaliny podskoczył im bardzo wyraźnie. Najgorsze jest to, że SSR jest w pewnym sensie bezbronna i posiada skromne uprawnienia. Nie mamy np. prawa do kontroli bagażników samochodowych, namiotów i tym podobnych. Nie mamy również możliwości stosowania przymusu – przepis mówi, że w razie utrudniania czynności kontrolnych, należy od nich odstąpić i na miejsce wezwać PSR lub Policję.

WW: Tu dochodzimy do momentu dla mnie dyskusyjnego. Z jednej strony PZW w moim przekonaniu nie robi zbyt wiele, by chronić zasoby ryb, z drugiej – tu znów mój punkt widzenia – zrzuca dosłownie całość ochrony na SSR, która ma niestety dość nikłe możliwości przeciwdziałania. Z kolei PSR koncentruje się niekoniecznie na wodach udostępnianych wędkarzom… Czy Twoim zdaniem to tylko kwestia pieniędzy? Trochę mnie śmieszyło ogłoszenie o poszukiwaniu strażnika na etat, bodajże do końca września tego roku. Jednego człowieka…

MK: Po części przyznam Ci rację – ochrona wód spada niemal jedynie na SSR. Nie twierdzę, że to jest złe rozwiązanie, ale w takim razie, należałoby jednostki Straży doposażyć, zatrudnić więcej „etatowych” strażników (są bardziej skuteczni, bo zwyczajnie nad wodą są 5 dni w tygodniu). Więcej to nie znaczy jednego, czy dwu. Jeśli nasze wody mają być dobrze chronione, to w Okręgu powinniśmy mieć, co najmniej 8-10 strażników na etacie, a nie jak jest obecnie 2,5 etatu, plus dwóch strażników na pół etatu na „sezon” (maj-wrzesień). Stworzenie zmianowego trybu pracy patroli, auta dające możliwość wjechania w teren (niekoniecznie nowe, ale dające sobie radę), to są koszta, które się zwrócą. To moje zdanie. PZW w Krakowie od kilku lat zarybia wody coraz większą ilością ryb, a jednocześnie obniża zatrudnienie i nakłady na SSR – istna paranoja. A pozostała część SSR, ta „naprawdę” społeczna, gdyby była w jakiś sposób gratyfikowana np. na koniec roku za wyniki, też nie byłoby źle. Nie mówię tu o systemie np. punktacji za ujawnienia, bo to mogłoby prowadzić do wypaczeń, pod postacią robienia spraw na siłę, by wygrać ranking. Jedno jest pewne – Społecznej Straży przydałoby się odświeżenie i dofinansowanie, a PZW na to stać.

WW: Trudno się nie zgodzić z tym, co napisałeś. Większość ludzi nie ma nic przeciwko kontrolom, bo większość jednak przestrzega regulaminu [inna sprawa jaki on jest]. Tak przy okazji, co jako strażnik sądzisz o tak, dla wielu wędkarzy okręgu krakowskiego – skandalicznym wręcz zapisie, pozwalającym łowić na muchę w okresie ochronnym pstrąga, wirtualne lipienie, których, nawet jeśli by były – nie wolno przecież zabierać [myślę tokiem przeciętnego wędkarza]. Do czego to prowadzi łatwo się domyślić…

MK: Kiedy w ubiegłym roku odbywało się posiedzenie komisji odpowiedzialnych za zmiany w treści zezwoleń na 2013 rok, złożyłem między innymi wniosek o zmianę tego zapisu. Moja propozycja została odrzucona większością głosów. Prawo demokracji. Cóż mam powiedzieć, mamy niewątpliwie silne lobby muchowe w Okręgu, zapis „faworyzuje” tę grupę, stwarzając możliwości do nieuczciwych kombinacji, nieuczciwym wędkarzom. Nie twierdzę, że muszkarze to nieuczciwi wędkarze, przeciwnie, ale powiedzmy sobie szczerze – kto przy zdrowych zmysłach przyjedzie nad Krzeszówkę, żeby łowić lipienie?

WW:  Osobiście też mam takie spostrzeżenia, że muszkarze są uprzywilejowani, choć specjalnie bym się na to nie krzywił, gdyby w parze z tym nie szły działania na szkodę ryb i wszystkich innych wędkarzy. Bo można tu wymienić, co najmniej kilka nonsensownych przepisów, jak np. ten, że ze środków pływających w naszym okręgu nie wolno łowić przed 1 maja, ale tylko na spinning… Każdy, kto ma pojęcie, co się dzieje nad wodą wiosną, wie, że ryby podchodzą na tarło głównie blisko brzegów, bo tam są tarliska i znacznie większe szkody robią z brzegu szarpakowcy. Poza tym dziś łowienie na muchę szczupaków nie jest niczym egzotycznym, więc ponton, mucha…
Na początku tego sezonu w wielu kołach złożono i przegłosowano na plus kilka, nie tylko w mojej ocenie świetnych propozycji, co do zmian w regulaminie. Czy sądzisz, że nowy zarząd okręgu [został wybrany w połowie czerwca] stanie na wysokości zadania, czy zignoruje nasze głosy? Czego, Twoim zdaniem możemy się spodziewać po nowym składzie? Ja kojarzę tylko dwie osoby…

MK:   Ja kojarzę więcej 🙂 Mam taką nadzieję, że głosy te zostaną wzięte pod uwagę, przynajmniej w większości. W końcu, to na tym polegać ma inicjatywa oddolna – PZW nie jest organizacją samą dla siebie, tylko dla wędkarzy. Nie ukrywam, że spora część wniosków, o których wspomniałeś, jest w mojej opinii bardzo dobra, niemniej należy pamiętać, że dla licznego jednak grona wędkarzy – nie stosujących zasady C&R – będą to obostrzenia mocno kontrowersyjne. Cóż – pożyjemy, zobaczymy.

WW:   Wielu wędkarzy, niezależnie od tego czy wypuszcza, czy zabiera ryby – gdyby mogło mieć wpływ, przeznaczyłoby znacznie większe środki na ochronę. Czy są jakieś, ale konkretne dane, jaki procent ze środków okręgu przeznacza się na ochronę?

MK:   Nie umiem podać wyliczenia, co do złotówki, natomiast, jeśli to Cię zadowoli, to powiem, że co roku kwota ta oscyluje w bliskiej okolicy 10% wpływów do budżetu. Jak będzie w tym roku – zobaczymy, na czerwcowym Okręgowym Zjeździe Delegatów, nowo wybrany prezes, deklarował zwiększenie nakładów na ochronę wód.

WW:   Z zestawienia patroli, które miały miejsce w 2012r wynika, że przynajmniej dla mnie, ich nasycenie jest dość duże. Z drugiej jednak strony, jako wędkarz intensywnie odwiedzający wszystkie w zasadzie wody okręgu [poza Przylaskiem Rusieckim], odnoszę wrażenie, iż dobrze chronionym odcinkiem jest tylko Wisła w okolicach stopnia Przewóz, a w stopniu dostatecznym zbiorniki typu Bagry czy Kryspinów. Efektem jest powszechna „dowolność” podejścia wędkujących nad wodą. Zmierzam do tego, że są szczególnie atrakcyjne fragmenty rzek, chronione nie są, bo dwie – trzy wizyty strażników w pełni sezonu przechodzą bez echa. Czy istnieje możliwość wytypowania np. 10 punktów [w tym pozostałych progów na Wiśle krakowskiej] i dokonanie np. 5 wizyt w kwietniu, 5 wizyt w maju? Przekłada się to na lokalną famę z początkiem sezonu i ludzie jako tako trzymają pion cały sezon. Dla mnie przykładem jest rok 2009. Zgłosiłem jako wniosek zwiększenie intensywności patroli  pewnego odcinka Wisły i jakimś cudem od kwietnia do maja stwierdziłem osobiście 6 wizyt PSR, a na przestrzeni kwiecień – czerwiec, pięć razy była SSR. Złapano wielu ludzi łamiących prawo, niektórych po dwa razy. Dla wędkarzy, a tym bardziej miejscowych kłusowników był to rodzaj szoku. Pamiętam, że potem kontroli nie było, a i tak nikt się nie wychylał nad wodą; nawet późną jesienią nikt nie łowił na szarpaka… Ale już w następnym sezonie miejscowi wyczekiwali rozwoju sytuacji. Gdy kontrol nie pojawiła się do połowy kwietnia, wszystko wróciło do ponurej normy…

MK:   Jeśli pytasz, czy istnieje możliwość, to oczywiście istnieje, problem jest innej natury – ktoś musiałby po wytypowaniu punktów, wytypować też osoby, które tych kontroli się podejmą i wyegzekwować faktyczną częstotliwość przeprowadzonych kontroli. Jest to oczywiście do zrobienia, przy czym trzeba uświadomić sobie fakt, smutny z resztą, że „etatowi” strażnicy mieliby kłopot z tak częstymi kontrolami, z powodu prozaicznego – „jest ich” 2,5 etatu a wody do kontroli w naszym Okręgu nie brakuje. Jeśli zaś idzie o strażników społecznych, nie ma zbyt wiele Grup Terenowych, które mają odpowiednią ilość aktywnie działających strażników, do regularnych i odpowiednio licznych kontroli. Tak jak powiedziałem na wstępie – jest to do zrobienia, ale jednocześnie nie jest to takie proste jakby się mogło wydawać. Skuteczność efektu natężonych kontroli, jest pewna – kilkakrotnie obserwowaliśmy, jak po częstych „nalotach” milkły informacje o łowieniu w niedozwolonych miejscach, czy w sposób ewidentnie łamiący przepisy.

WW: To nasuwa się pytanie, co powoduje, że w PZW prowadzi się politykę marginalizowania ochrony wód [śmieszne nakłady na strażników] i w moim odczuciu na siłę zrzuca, pilnowanie ryb na SSR, która uprawnienia ma skromne i jak napisałeś małą ilość aktywnie działających ludzi w terenie. Zdroworozsądkowo myśląc, to taki „pic na wodę” – niby trochę ludzi w SSR jest, niby jest PSR, a tak naprawdę dogląda się swoich podwórek, czyli stawów kół, ewentualnie takiego Kryspinowa bo łatwy dojazd…

MK:   Dobre pytanie. Gorzej, że nie znam na nie odpowiedzi.

WW:  No to inne pytanie, choć w zasadzie nie do Ciebie powinno być skierowane. Otóż z czego wynika fakt, iż PSR na ogół nie odbiera telefonów począwszy od piątku około 16.00 do praktycznie końca weekendu, a już spotkać ich w weekend, to istny cud?

MK:   Fakt, że pytanie nie do mnie, ale odpowiem, zgodnie ze swoją wiedzą. W Państwowej Straży Rybackiej brakuje ludzi, w związku, z czym zmiany popołudniowe, weekendowe czy nocne są wyjątkami. Znów wracamy do prozaicznego powodu problemów – braku odpowiednich funduszy, który skutkuje zmniejszeniem etatów, obcięciem pensji, zmniejszeniem nakładów na paliwo, co w konsekwencji zdecydowanie wpływa na ilość, częstotliwość i zasięg kontroli naszych wód. Przypomnę tylko, że PZW nie ma tu nic do powiedzenia, gdyż finansowanie PSR odbywa się z budżetu województwa.

WW:  To fakt, ale to dość dziwne, że PZW nie chce partycypować w tych kosztach – w końcu to nasz interes, a nikt już nie wierzy, że w PZW brak pieniędzy…

MK: To nie takie proste, dotować konkretną jednostkę budżetową, z pieniędzy stowarzyszenia. Prawdę powiedziawszy i tak PZW w pewien sposób partycypuje w tych kosztach – większość wspólnych patroli SSR i PSR odbywa się samochodami PZW.

WW:  Dotowanie czegokolwiek budżetowego [poza działaniami obronnymi kraju] nie jest żadnym problemem dla stowarzyszeń, bez względu na to, jaki one mają kształt. Mógłbym mnożyć przykłady takiej współpracy. Potrzebna jest tylko wola. Podobnie wspólne z PSR patrole. To nie są dla mnie twarde argumenty. Wysyłając Was [SSR] z państwową strażą Związek w żaden sposób nie ponosi kosztów – robicie to gratis. Na tym polega kłopot: PZW nie tylko w moim mniemaniu, ale dla coraz większej rzeszy wędkarzy, przerzuca praktycznie całą odpowiedzialność za ochronę na SSR, robi się statystyki, są patrole, ileś osób zatrzymanych…A te działania PZW ma w zasadzie za darmo. Tymczasem, jak wcześniej zauważyliśmy, skumulowanie akcji na przestrzeni dwóch miesięcy na początku sezonu nizinnego, przerasta możliwości SSR. Co by nie mówić, nadal wszyscy, niezależnie od podejścia do wędkarstwa , obserwujemy szybszy lub wolniejszy [zależy od wody] jednak spadek pogłowia ryb…

MK:  Wyraziłem się nie precyzyjnie, patrole SSR „etatowej”, wraz z PSR odbywają się najczęściej „na koszt” PZW. Zgadzam się z Tobą, co do zasady, podkreślałem i we wcześniejszych wypowiedziach i w rozmowach prywatnych, że moim zdaniem straż, której za kontrolę i ochronę wód się płaci, powinna liczyć nie 2,5 etatu, tylko 10, albo i więcej. Problem ze Społeczną Strażą Rybacką, polega również na tym, że jest to organizacja niczyja. Powołana przez starostów, działająca przy PZW, nadzorowana przez PSR z ramienia województwa. Jakiś totalny misz-masz…

WW:  Rozmawiałem dosłownie kilka godzin temu z byłym już członkiem SSR, który przedstawiał swoje doświadczenia z patroli. Przez cztery lata złapali słownie 2 typowych kłusowników. Wszyscy pozostali, w różny sposób łamiący regulamin [najczęściej zabieranie ryb ponad komplet, lub w okresie ochronnym] to byli wędkarze, co z resztą potwierdza, Twoje wcześniejsze spostrzeżenia. Niestety, mój rozmówca potrafił prawie „po nazwisku” wskazać, łapanych po kilka razy, tych samych wędkarzy [byli akurat z innego okręgu], którym ich władze ze względu na jakieś znajomości, bądź zasługi non stop anulowały kary, bądź w ogóle nie zgłaszały ich, nie rozpatrywały. Co byś powiedział na wprowadzenie do regulaminu, automatycznego odbieranie karty na rok każdemu, kto zabiera ryby w okresie ochronnym lub nadkomplety?

MK:  Jakoś mnie nie dziwi sytuacja, którą opisujesz. Zaostrzenie kar wobec nieuczciwych wędkarzy to podstawa. Dlaczego są kraje, w których ludzie nawet nie pomyślą o łowieniu w miejscu, gdzie obowiązuje zakaz, albo zabieraniu ryb, które są akurat w okresie ochronnym? Może się mylę, ale raczej nie wynika to tylko z faktu poszanowania prawa, które zostało „wyssane z mlekiem matki”. Gdyby wprowadzić odpowiednie sankcje w postaci odebrania karty wędkarskiej, kar finansowych rzędu tysiąca złotych, a za recydywę lub np. wędkowanie po odebraniu KW – odsiadka, prace społeczne, czy tym podobne, nagle okazałoby się, że problem wędkarskiego kłusownictwa zostałby zmarginalizowany. W Polsce problem polega na tym, że kiedy sąd wydał wyrok o trwałym zatrzymaniu karty wędkarskiej, karze grzywny i podaniu wyroku do publicznej wiadomości (publikacja w Wiadomościach Wędkarskich) wobec krakowskiego wędkarza, internet grzmiał opiniami, że to paranoja, przesada, wyrok niewspółmierny do czynu itp. Najczęściej mówiło się, że facet nie wpisał daty w rejestrze, bo mu zamarzł długopis. Nikt nie wspominał tylko o tym, że gość ewidentnie w momencie kontroli kombinował, nie przyznał się do „nadliczbowych” wędek, nie zgłosił się do PSR (gdzie prawdopodobnie zostałby pouczony lub ukarany symbolicznym mandatem), nie zgłosił się na rozprawę i w efekcie sam sobie zafundował najwyższy możliwy wymiar kary. Na marginesie – wspominasz o gościach, którzy popełniali wykroczenia notorycznie, bo nie byli ukarani, albo kary zostały anulowane. Ja znam przypadek „krytyczny”, który przechodzi moje granice logicznego myślenia. Facet był już kilkakrotnie karany za te same sprawy przez sąd koleżeński, w tym również półrocznym zawieszeniem w prawach do wędkowania, oraz rocznym zawieszeniem w prawach do wędkowania, a dwa dni od zakończenia kary jest łapany na tym samym wykroczeniu! Ręce opadają.

WW:  Mając świadomość takiego stanu rzeczy, można stracić wiarę w sens jakiejkolwiek działalności, organizacji czy wreszcie samego państwa. Faktycznie, sam często spotykam się z opiniami uczciwych wędkarzy, którzy stoją jednak na stanowisku, że kary, które z dużym prawdopodobieństwem ukróciłyby łamanie regulaminu nad wodą, byłyby zbyt surowe. Moim zdaniem tak się dzieje, gdyż w na polu bardziej strategicznych zagadnień dla kraju, społeczeństwo jest ciągle świadkiem „przymykania oczu” przez system na różnego rodzaju nielegalne machinacje. W świetle tego,  wielu ludzi postrzegając wędkarstwo jako bardzo błahą dziedzinę, uważa, że stosowanie mocniejszych kar jest nie na miejscu. Tymczasem władze PZW zdają się niewiele robić w kierunku realnej ochrony wód i kontroli poczynań wędkarzy… Kiedyś, przy naszym pierwszym spotkaniu, użyłeś – pamiętam  – określenia „oni, starzy”, jako synonimu ludzi, którzy próbują utrącać wszelkie, postępowe pomysły, wnoszące do funkcjonowania Związku trochę świeżości. Jak to jest rzeczywiście? Czy faktycznie, jak sam uważam, duża część członków zarządów podczas posiedzeń kół, populistycznie podnosi rękę „za”, a potem w zaciszu posiedzeń zarządu „uwala” te pomysły?

MK:   Trudno ocenić, z pełną świadomością, że się nikogo nie krzywdzi, ale wygląda na to, że tak właśnie jest. Odkąd jestem związany z PZW, najpierw na poziomie Koła, potem zawodowo – w Okręgu – widziałem nie raz sytuacje, w których głosowanie w żaden sposób nie odzwierciedlało wcześniej wyrażanych przez działaczy opinii. Z wykształcenia jestem politologiem i jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pracą społeczną w Związku, rządzą zasady podobne do (kiepskich) polskich, politycznych wzorców. Wizja działacza, który głosi nowoczesne idee, broni ich i głosuje zawsze w ich poparciu, to pewnego rodzaju utopia. Najczęściej wygląda to tak, że „trzeba sobie skalkulować czy to się opłaca” (cytat, może nie dosłowny, ale sens niewątpliwie zachowany, za pewnym byłym już działaczem). Jeśli ktoś zna środowisko, to wie ile polityki było w niedawnych wyborach do władz i organów w Krakowie. Jeśli chcesz znać moje zdanie – to kolosalny błąd. Wybierać należy merytorycznie, a nie „po układach”, osoby znające się na rzeczy, a nie będące w lobby, które akurat jest silne. Niestety, w PZW od pewnego czasu widać paradoksalną tendencję – sporo, zwykle młodych, wędkarzy głośno wyraża swoje niezadowolenie z „polityki” prowadzonej przez władze na szczeblach Koła, Okręgu i ZG, ale gdy przyjdzie do kampanii wyborczej, nagle nie ma chętnych do podjęcia próby przejęcia władzy i zrobienia czegoś innego, niż dotychczas. Ja wiem, brak czasu, obowiązki, małe dzieci – sam to znam doskonale i wcale się nie dziwię, ale czekanie na zmiany, przy jednoczesnym braku zaangażowania, to zwyczajna głupota.

WW:  A jakbyś ocenił obecną sytuację powstawania/przejmowania łowisk, które jeszcze niedawno były w rękach PZW. Aktualnie, szczególnie wśród wód stojących przybywa takich, które już nie są w kurateli PZW, lub [wszystko na to wskazuje] niedługo już nie będą. Jak na to zapatrują się ludzie mający władzę w okręgu? Wszak przy tak kształtującej się rzeczywistości w perspektywie lat areał wód PZW gwałtownie się zmniejszy…Tu pojawia się też inne zagadnienie: mianowicie bardzo często nowi właściciele danej wody, to nie jacyś przedsiębiorcy, czy szeregowi wędkarze, tylko byli działacze PZW…

MK:  To prawda, choć mam spore obawy, czy ich posunięcia były faktycznie „dla dobra wędkarzy, w ich interesie i w imię lepszej wędkarskiej przyszłości” jak sami o sobie mówili. Jak reagują ludzie w Okręgu – różnie, stara władza bagatelizowała sprawę, nowa ją dostrzega, wie że to problem i pewnie będzie się starać go rozwiązać. Nie pytaj mnie jak – nie mam dostępu do takich informacji. PZW, żeby istnieć MUSI zdobywać nowe akweny i obszary wodne. Do tej pory dla Związku w naszym rejonie, niemal nie było konkurencji, a teraz jedna jest, pewnie z czasem powstaną kolejne, jeśli coś się w myśleniu i podejściu nie zmieni, to właśnie obserwujemy nieciekawy początek końca PZW.

WW:  Przy okazji tej rozmowy nasuwa mi się jeszcze jedno istotne pytanie. Jakbyś ocenił podział na ochronę wód stojących i płynących. Pytam z prostego powodu: po pierwsze wszystko wskazuje na to, że w niedalekim czasie przy PZW pozostaną nieliczne bajorka oraz właśnie rzeki, które – mam świadomość znacznie trudniej pilnować, a zarazem to one są głównym potencjałem w naszym okręgu; po drugie – odnoszę wrażenie, że rzeki są traktowane po macoszemu i coś tam się sprawdza, ale łatwiej obejść Kryspinów niż pojawić się w listopadzie na odległym, „szarpakowym” zakolu Wisły….

MK:   Kontrola na rzekach jest trudniejsza nie tylko w listopadzie. Kryspinów, Przylasek, Bagry i inne zbiorniki są łatwiejsze do upilnowania – są bliżej, to po pierwsze, brzegi są łatwo dostępne i raczej nie sposób kogoś na nich „przeoczyć” i – co jest niezmiernie istotne – zbiorniki są łatwiejsze logistycznie, jest na nie dojazd samochodem i możliwość obejścia całego akwenu w koło. Dajmy na to, na Wiśle jest to już bardziej problematyczne, przejazd wałami jest zamknięty, odległości pomiędzy wjazdami, które trzeba pokonać pieszo –  dość duże, czasem dostęp do wędkujących zamyka ujście dopływu i żeby się do nich dostać, trzeba wrócić do auta i objeżdżać kilka czy kilkanaście kilometrów. Czy rzeki są traktowane po macoszemu – może, nie przyglądałem się statystykom pod tym względem, ale sam najczęściej kontroluje Rudawę i Krzeszówkę, Wisłę a dopiero w drugiej kolejności Kryspinów, Jeziorzany czy tzw. „łowiska specjalne” (2 bajorka naszego Koła).

WW:  O to mi właśnie chodzi. Ja nie mam złudzeń, że rzeki są ciężkie do pilnowania, ale rzeki  – nie mam wątpliwości  – są przyszłością PZW [póki będzie istnieć], czy się to komuś podoba, czy nie. Dlatego irytuje mnie fakt, że kontroli nad nimi w zasadzie nie ma. To jest związane oczywiście z tym, co mówiłeś wcześniej: śmieszne nakłady na ochronę, mało etatów, zrzucanie ochrony na SSR, PSR, którą zarządzanie nie jest w kompetencjach Związku…Może się czepiam, ale jak już się pojawi kontrol, to bardzo często pobiegają chłopaki wokół mostu, nad który przyjechali, a już kilometr niżej nie zejdą, choć mają wyraźny sygnał, że tam stoi przyczepa kampingowa ludzi, którzy robią, co chcą. Sam podczas kontroli w 2010r [później nad rzeką nie byłem kontrolowany], tłumaczyłem strażnikom, w czym problem, ale było im chyba za gorąco, by zejść te około 700m… A już zupełnie opadają ręce, jak strażnicy podchodzą i wołają z brzegu, że jest kontrol, a połowa wędkarzy ich „olewa” i stoi w spodniobutach, albo na jakiejś wyspie 50m od stałego lądu. Strażnicy powinni mieć ze sobą przynajmniej dwie pary spodniobutów, by w takich przypadkach pokazać „kto rządzi”. Inaczej jest to kompromitacja…

MK: Cóż Ci mogę odpowiedzieć… Oczywiście powinni mieć wodery, powinni przeprowadzać kontrole „z wody”, powinni być wyposażeni w lornetki, mieć auto mogące wjechać w „trudny’ teren. Znów wracamy do podstawowej kwestii – finansowania SSR.

WW:  Zmieniając trochę temat. Za czym bardziej byś optował: za większymi nakładami finansowymi na ochronę, przy obecnym, dość niekonsekwentnym karaniu łamiących regulamin, czy za nieuchronnymi [to oczywiście teoretyzowanie] i bardzo wysokimi karami – pozwoliłoby to na utrzymanie monitorowania wód na obecnym, skromnym poziomie, bazując na odstraszających karach?

MK:  To mniej więcej taki wybór jak między termoizolacją ścian i dachu domu, albo generalnym remontem wnętrz, gdzie celem jest poprawa jakości i standardu mieszkania. Jeśli nie zgrasz obu tych opcji razem, to raczej nie osiągniesz w pełni satysfakcjonującego efektu, a jedynie częściową poprawę. Jeśli chcemy mieć dobrze chronione wody, trzeba poprawić zarówno stan finansów SSR, jak i lobbować za zaostrzeniem i nieuchronnością kar za wykroczenia i przestępstwa wobec Ustawy o Rybactwie Śródlądowym.

WW:  Pewnie masz rację. Przy powszechnie panującej mentalności, to przynajmniej na początku nacisk powinien być położony na obie te rzeczy. A taki, kontrowersyjny dla wielu pomysł jak rodzaj powołania „policji ekologicznej”?

MK:  Doskonały pomysł. Powołanie jednostki z uprawnieniami równorzędnymi Policji, wyspecjalizowanej w ramach przepisów ekologii, prawa wodnego, prawa rybackiego, prawa łowieckiego czy ustawy o lasach państwowych, dałoby możliwość lepszej ochrony zasobów naturalnych. Oczywiście wymagałoby to zmian ustaw i nadania odpowiednich uprawnień takiej jednostce. To rozwiązanie funkcjonuje w różnych krajach z powodzeniem, dlaczego miałoby nie funkcjonować u nas? Ja jestem na tak.

WW:  A teraz trochę fantazjowania. Trzy konkretne kwestie, jakie byś zmienił w polskim wędkarstwie?

MK:  1. Prawodawstwo w zakresie ochrony ryb (stałe obręby ochronne w miejscach tarliskowych i takich, w których następuje kumulacja na „szlakach wędrownych”).

2. Prawodawstwo w zakresie bezwzględności kar i możliwości uprawnionych do kontroli jednostek (SSR – regularnie szkolona, nadzorowana, ale z uprawnieniami PSR – za wyjątkiem broni ostrej – ODERWANA OD PZW, czyli finansowana z budżetów Starostw Powiatowych i pod nie bezpośrednio podległa).

3. To już pełna fantazja, żeby nie powiedzieć utopia – zmiana mentalności pod tytułem „chłop żywemu nie przepuści” i „przepisy są po to, żeby je łamać”. Naprawdę marzyłoby mi się, żeby ujawniać kilka wykroczeń i przestępstw w roku, w całym Okręgu, z powodu karności i uczciwości wędkarzy.

Chciałeś fantazji… proszę bardzo.

WW:   Jak znosisz fakt, że nad wodę jeździsz niekoniecznie na ryby.? Ja bym nie dał rady…

MK:   Jak znoszę wizyty nad wodą bez wędki? – całkiem nieźle, myślę, że głównie dlatego, że lubię pracę strażnika. Mam takie poczucie – to nie kit, że spełniam pewnego rodzaju dobry uczynek. Brzmi głupawo, niemniej trafiając ewidentnego kłusola, albo kombinatora i nieuczciwego wędkarza, najpierw jest trochę adrenaliny i nabuzowania, a potem poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

WW:  Najdziwniejszy połów, oraz jaka technika wędkowania jest Twoją ulubioną i jaki gatunek ryb najchętniej łowisz.

MK:   W kwestii wędkarskich przygód: zdarzyło mi się na Wrońskim [to taki niewielki staw –przypis red.] złowić (i wymęczyć) jesiotra. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że połakomił się – jak sądziłem – na pojedynczą pineczkę na haku 14. Po wyjęciu 98 cm gamonia, okazało się że pomiędzy pinką a jesiotrem była jeszcze kilkucentymetrowa płotka.

Pamiętam jeszcze historię z młodzieńczych lat, nad jeziorem Wigry (pojezierze suwalskie), gdzie spędzałem wakacje z rodzicami, łowiłem metodą odległościową spore ilości płoci, ładnych, bo i ponad 30 cm. Któregoś razu, sąsiad opalający się na pomoście mówi „patrz, rzucasz gdzieś daleko, wyciągasz jakieś płotki, a tu koło pomostu, jakie ryby idą.” Patrzę, faktycznie, przy trzcinie ławica, całkiem sporych ryb. Bez skracania zestawu, opuściłem ręką żyłkę z haczykiem i kukurydzą, i czekam. Jest kukurydza, jest, jest… Nie ma! No to „fru” do góry, jest ryba! Linek, raptem około 25 cm, zapięty za płetwę brzuszną. Biedak przepływał nad kukurydzą, a ja podekscytowany sądziłem, że „wzięło”. Na szczęście szybko wyleczyłem się z zapędów „szarpakowca”.

 Moja ulubiona metoda – spławik, „odległościówka”. Przyznam, że spodobało mi się ostatnimi czasy spinningowanie, choć jestem w tej dziedzinie raczej nowicjuszem. Mam szacunek dla tej metody, ma w sobie coś bardziej finezyjnego niż robaki, kukurydza, zanęty i spławik. Ostatnio, jako sposób na wędkarską adrenalinę, lubię łowić amury na bata lub odległościówkę z coraz cieńszymi „gratami”.

 WW:  Bardzo dziękuję za czas poświęcony naszej rozmowie.

4 myśli nt. „O kłusownictwie, polityce PZW i rybach – wywiad

  1. Ja dorzucę jeszcze kamyczek do tego ogródka… Jeżeli pół dnia albo nocy zdarzy się być na patrolu za własne (niemałe) pieniądze wydane chociażby na paliwo i po złapaniu bezczelnego złodzieja na nadkomplecie wędek lub co gorsza ryb, a PSR każe tegoż dziada mandatem w wysokości 50zł czym później ów ukarany chwali się na prawo i lewo, to się wszystkiego odechciewa… Gratyfikacje dla SSR? Wystarczyłyby ulgi na opłaty w postaci refundacji opłaty na ochronę i zagospodarowanie wód do zezwolenia dla aktywnych i zweryfikowanych strażników. Dyplomy czy szklane statuetki z podziękowaniami trącą trochę czasami zamierzchłymi z poprzedniej epoki…

  2. Pewnie jinx, masz racje, i to podwójną. Dlatego właśnie byłbym za zaostrzeniem kar dla kłusowników i wprowadzenie sztywnych, wysokich mandatów. Też mam parę takich przykrych akcji na koncie – złapany, wszystko czarno na białym, pewniak sprawa i 50 czy 100 zł mandatu. Śmiać się czy płakać?

  3. Moim zdaniem ochrona jest zdecydowanie ważniejsza niż zarybianie i zawody. Dlatego tak krytycznie oceniam działania PZW, bo nakład pracy i finansów jest dokładnie odwrotny.
    Po drugie, rzeki absolutnie są przyszłością PZW, ewentualnie jeszcze dodałbym do tego jeziora i zbiorniki zaporowe, pod warunkiem rozwiązania kwestii rybactwa śródlądowego. Tylko, że PZW jeszcze chyba nie zdaje sobie z tego sprawy.
    Stawy zarybiane na potęgę karpiem i tęczakiem pochłaniają sporo pieniędzy, z czego nic oprócz doraźnej korzyści mięsnej nie przychodzi. Wędkarze sami sobie robią krzywdę, bo okazuje się, że smakosz karpia handlowego z przylasku nie potrafi złowić rodzimej polskiej ryby na Wiśle czy chociażby na jeziorze Rożnowskim. Wędkarstwo nierozwojowe – może termin mało znany i rzadko się o tym mówi -zagościło na naszych wodach jak plaga.
    Po trzecie filozofia winy i kary w naszym kraju została tak bardzo spaczona, że ktoś kto dzwoni po PSR nad wodą to konfident, a jak już dochodzi do kary, to wkrada się pobłażliwość i polskie machnięcie ręką na całą sprawę. Zaostrzenie przepisów na pewno coś by dało, ale kłusownictwo zawsze było i będzie ze względu na połacie wody. Tu też można by się zastanowić, czy nie lepiej mieć mniej wód, a lepiej chronionych…
    Pozdrawiam rozmówców.

    • Jestem jednak zdania, że w PZW [przynajmniej na szczeblach okręgów i wyżej] doskonale zdają sobie sprawę z tego, co się dzieje. Co więcej, uważam iż to co ma miejsce to celowa polityka. Koncentrowanie się na różnego rodzaju lokalnych stawach i jeziorkach [najlepiej blisko dużych miast, gdzie cały sezon ktoś jeździ], mocne zarybianie tych wód i to niekoniecznie narybkiem, w miarę dobra ochrona ma swój cel. Oo 2-3 lat co i raz słyszymy, że dana woda „nagle” już nie należy do PZW, tyle, że zarządza nią aktualnie spółka paru dziadków, którzy kiedyś w Związku byli kimś… Teraz kwestia zarybiania: aktualnie na chyba żadnej działalności w PZW nie można zarobić tak, jak na zarybieniach. Dlatego, że:
      – są praktycznie nieweryfikowalne ani w trakcie zarybienia, a tym bardziej potem; papier zaś przyjmie wszystko
      – są totalnie nieskuteczne jeśli to mały narybek [w zasadzie dotyczy wszelkich gatunków], więc można, a nawet trzeba powtarzać je ciągle i ciągle [sprawdźcie sobie kilka czołowych hodowli, gdzie produkuje się narybek i zobaczcie, czy ludzie tym zarządzający są w PZW, albo kim tam byli parę lat temu]
      I biznes się kręci. Dlatego robi się pozory ochrony wód, bo przy takim założeniu wskazane jest wytłuczenie jak nie przez wędkarzy, to przez kłusowników tego, co jakimś cudem przetrwało wpuszczenie do danej wody i trzeba znów zarybiać, a więc wydać kasę, czyli wziąć kolejne składki. Dla mnie, część przedsiębiorcza „działaczy” korzysta i robi swoje biznesy [łowiska już nie PZW], a druga część „idzie po całości” prowadząc PZW w jedynym słusznym od 60 lat kierunku, póki się da. A potem choćby potop. Niech wodnymi pustyniami martwią się ci, którzy taki spadek dostaną. Światełkiem w tunelu są jednak takie sytuacje jak w PZW Olsztyn, gdzie wypierniczono „dziadorów”…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *