Spacerem nad Skawą

Lekko nie jest. Tak jak kilka tygodni temu narzekałem na dużą wodę, obecnie można martwić się niżówką. Jej jedyny plus, to naocznie można przekonać się o zmianach na dnie, znanych do niedawna odcinków rzek. A są one liczne. Nie marudzę ze względu na upał, bo choć ryby żerują znacznie słabiej i krótko, to ja uwielbiam ciepło i mógłbym prażyć się w takiej aurze do końca świata. Nawet jak się trochę zniechęcę wysoką temperaturą, to wystarczy, że rzucę okiem na zdjęcie z początku kwietnia pełne śniegu i od razu przepraszam się z rzeczywistością.

Faktycznie, połowić trudno. Nieźle biorą drobne [małe] rybki i w tym zakresie można się nie najgorzej wyżyć, lecz cokolwiek większego wymaga jednak częstego, a właściwie stałego pobytu nad wodą. Tak więc w najlepszej sytuacji są ci, którzy nad wodą mieszkają i mogą w dowolnym momencie rzucić okiem, jak się sprawy mają. Jeśli w parze z taką czujnością idzie co najmniej przyzwoite doświadczenie, to jak np. Paweł mnie, można „pomęczyć” kolegów zdjęciem, jeśli nie z dużą rybą, to przynajmniej jakiegoś innego, mniej częstego gatunku. A już najbardziej „dręczy” mnie taki sms: „widziałem, że woda ciut poszła w górę; wyskoczyłem na godzinkę”… I potem fotka.

(fot. P.K.)

A potem następna z jakimś np. sumkiem. Zazdroszczę, ale w pozytywnym odcieniu.

Co robić w takim czasie? Ja zazwyczaj decyduję się na jakiś totalnie relaksacyjny spacer w łatwym terenie. Z racji tego, że miałem zamiar dokonać małego porównania sytuacji nad Skawą i Sołą, wybraliśmy się nad tę pierwszą. Umknął nam fakt, że tego dnia miała się chwilowo, bardzo zmienić pogoda. Dlatego start o 12.30 załapał się zaledwie na ostatnie dwie godziny, naprawdę dobrego jak się okazało żerowania. Nad Skawą poniżej jazu w Grodzisku nie byłem chyba dwa lata. Rzekę tę darzę niejakim sentymentem, dlatego jakoś przełykam fakt, że na cokolwiek większego nie ma co nawet liczyć, chyba, że szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Tym bardziej po długiej przerwie, robiąc rozpoznanie, niejako walką. Zaskoczyły mnie tylko dwie rzeczy. Pierwsze to praktycznie brak wędkarzy, a przeszliśmy jakieś 3 – 4 km z nurtem. Zazwyczaj w wakacyjnej porze, podczas ostatnich tutaj wizyt, moje łowienie polegało na kilkusetmetrowych spacerach i zatrzymywaniu się na fragmentach, gdzie nie było ani łowiących, ani kąpiących się. Tymczasem wędkarzy spotkaliśmy tylko czterech. Drugim punktem zaskoczenia był rozmiar Skawy. To już nie jest nawet średnia rzeka, za jaką ją zawsze uważałem, tylko mała. Odpuściliśmy sobie od razu spodniobuty, choć nie było bardzo gorąco [realnie 26 stopni], a po krótkim zastanowieniu także wodery. Wystarczyły kąpielówki i klapki. Woda do kolan. Przejrzysta jak zawsze, jeśli nie lało.

Początkowo zanosiło się na absolutny rekord ilościowy. W zasadzie wystarczało rzucić byle gdzie, byle w wodę paprochem na małej główce i było pewnym, że jakiś malutki, pasiasty zbójnik zamelduje się na końcu żyłki. By w miarę daleko rzucać lekkimi wabikami, używaliśmy żyłek 0,14mm, ale podsumowując całość, zejście na 0,10mm nie byłoby przegięciem, a chyba zwiększyłoby ilość kontaktów z ciut większymi kleniami, które początkowo pozytywnie mnie zaskoczyły. Ktokolwiek ma jako takie pojęcie o tym fragmencie Skawy, wie jaka jest/była[?] tu presja. W moim przynajmniej przypadku, w ostatnich latach klenie 30+, będące dawniej oczywistym standardem, zastąpiły rybki maleńkie, a nie pamiętam kiedy złowiłem tu uczciwą czterdziestkę w tym gatunku, na tym odcinku…Tymczasem na pierwszych 200m miałem kontakty z dwoma kleniami wyraźnie ponad trzy dychy i jednym raczej ponad czterdzieści centymetrów. Co ciekawe o ile do wirówki nr 00 lub paproszka wyskakiwały co chwilę „okazy” po 15cm, to te godne już zainteresowania dało się oszukać tylko smużakiem. Być może tak jak 10 lat temu, mało kto bawił się tu paprochem i często łowiło się dużo przyzwoitych okoni, tak teraz może ten typ spinningowania [smużakiem], nie jest jeszcze powszechny i dlatego cokolwiek wystającego z dłoni, pokazywało się.

(fot. A.K.)

Kolega ćwiczył okonki, ja podniecałem się niezdrowo rzadkim wyjściem czegoś większego. Kolejny raz przekonałem się, że okonie, nawet małe bardzo chętnie zaatakują cokolwiek, co wpadnie im w oko, nawet na powierzchni. Potwierdziła to znaczna liczba okoni, które złowiłem w ten sposób.

(fot. A.K.)

Idziemy, idziemy w tej wodzie do max pół uda. Z nadzieją przystajemy przy rzadkich, głębszych rynnach, choć te godniejsze klonki brały na ogół na mega płyciznach, byle dorzucić pod drugi brzeg, na sam jego skraj. Spotykamy grunciarza. Łowi na płatki, więc chyba nastawia się na świnki, których większych osobników, jak na razie nie widzieliśmy. Facet ma bardzo przyzwoity sprzęt. W siacie niemrawo macha ogonem jakaś około 30cm rybka. Smutny widok.

W międzyczasie zauważamy, iż praktycznie ustały brania. Niby jest jak było: słonecznie, lekki wiaterek, dość zmienny. Momentami mija nas materac z dzieciakami dokonującymi spływu niewiadomo gdzie. Od około 16.00 trwa walka o każdego okonia. Mijamy dla mnie kultową 15 lat temu, brzanową miejscówkę. Praktycznie nie ma czego tu szukać. Zniknął ostry wlew i małe rozlewisko z 2m wodą. Teraz jest, co najwyżej do pasa. Kolejne, chyba z 700m idziemy bez oddawania rzutów, bo nie ma po co. W końcu dochodzimy do konkretnej miejscówki.

(fot. A.K.)

Zatrzymujemy się przy niej na około pół godziny. Niestety, poza kilkoma okoniami i klenikiem – zero. Próby skuszenia brzany kończą się fiaskiem. Raczej z powodu, że ich nie było, niż jakiegoś błędu. Tymczasem robi się bardzo sennie – niebo dość szybko pokrywają rozmazane, grube i sine chmury. To, co chwaliliśmy, czyli brak komarów, jest już tylko pobożnym życzeniem. Małe insekty opadają nas chciwą bandą, wspomaganą przez natrętne gzy. A te mają już rurę by possać. Dawno nie użądliła mnie osa, jeszcze dawniej pszczoła, ale jakoś bolało krócej. A po bąku swędzi kilka dni. Nie wytrzymujemy i spryskujemy się, czym kto ma. Znów trafiamy na dwóch wędkarzy. Podobnie jak ten pierwszy mają po jednej niewielkiej rybce w siatkach. Żenujący obrazek. Już nie ze względu na moje zapatrywania, tylko „wielkość” trofeów w tych siatkach w zderzeniu z ich komórkami, zegarkami, czy autem po drugiej stronie krzaków, jest jakieś karykaturalne i smutne zarazem. Jakoś nigdy chyba nie pojmę tego rodzaju zachowań. Coś tam marudzą, że ryb mało…

Całą drogę nad rzekę zastanawiałem się, czy będzie jakiś bonus. Bonus nad Skawą, to ryba, co wystaje z ręki. W sumie był, bo kleń wystawał. Nie mniej zazwyczaj takim fajnym dodatkiem był jakiś inny gatunek. Dawniej najczęściej szczupak, brzana, czy rzadziej pstrąg. Taka odskocznia od zieleni okonków, czy ceglastej kleniowej czerwieni.

W dość ponurej już aurze [obawiamy się deszczu] i przy braku brań dochodzę do początku głębszej rynny. Wody i to szybko płynącej z 1,8m, na początku ze 120cm. Zakładam 4cm woblerek o sporych możliwościach nurkowania, a przede wszystkim dzielnie opierający się silnym nurtom, przy równoczesnej bardzo subtelnej pracy, nie odstraszającej niewielkich, nawet białych drapieżników. Błyskawicznie mam bardzo nietypowe, trwające ułamek sekundy trącenie. Nie mam wątpliwości, że to była jakaś ryba. Jakby na granicy z tą głębszą wodą. Kilka rzutów i znów dziwne pobicie, tym razem udało mi się dociąć, bo nie ma co ściemniać – żaden refleks tu nic by nie dał. Opór niby czegoś nieznacznie większego, ale zarazem niemrawy. Dopiero na spokojnej wodzie, ryba jakby „łapie”, że jest w niebezpieczeństwie. Mała świnka. Mówię do Pawła, że jakby była duża, to bym pokwiczał z zadowolenia, a tak to tylko pochrumkam. Ma 33cm. No i skromny bonus jest.

(fot. A.K.)

Niżej już kompletnie nic się nie dzieje, nie licząc pasiastego przedszkola. Miejsca na oko fajne, ale w wodzie cisza, już chyba niekoniecznie tylko z braku lokatorów w miejscówkach. Robi się absolutnie ponuro i uznajemy, że należy zakończyć nierówne zmagania z komarami. Podsumowując: jak na tak zadeptany odcinek, to było nawet trochę lepiej [klenie] niż się asekurancko nastawiłem. Niestety, coraz mniejsza woda i ludzie zabierający jak widać cokolwiek, nie napawa optymizmem. Skutkiem takich postaw praktycznie zerowa ilość szczupaków [nawet malutkich], czy brzan, a okoniowy standard spadł z tych 20-22cm 10 lat temu, do 13cm obecnie…

Ostatnią wyprawę pontonem odnotuję tylko z kronikarskiej konieczności. Było upalnie, z wodą pod powierzchnią 24,9 stopnia. Paradoksalnie, jak zaczęło dość wyraźnie wiać z zachodu, to chęci ryb do współpracy absolutnie „siadły”. Początkowo zaliczyłem kilka mocnych i pewnych ataków, ale wszystkie ryby niestety spadły. Katowaliśmy miejscówkę bardzo precyzyjnie, tym bardziej, że bezwietrzna początkowo pogoda, pozwalała na rzuty na centymetry, nawet z dużej odległości. Do pontonu doholowałem tylko małego sandacza.

Na to, że cud się nie wydarzy, wskazywała także mniejsza, jak na wakacje ilość łowiących.

Druga miejscówka znów dała mi kilka pewnych brań, z tym, że wyjąłem tylko sumka.

(fot. A.K.)

Kijaneczka, dosłownie w wielkości akwariowej i to bez przesady. Jak przeciętny Clarias. Po chwili z dna podniósł sporą gumę przyzwoity 30cm okoń. Zeżarł ją tak, że przydały się szczypce.

(fot. A.K.)

Bardziej dla ochłody, sporo pływaliśmy. Trafiliśmy piękne, przybrzeżne rynny. Tuż przy niedostępnym ze względu na pas trzcin brzegu  – 5m głębokości!

(fot. A.K.)

Na dnie piasek i niekoniecznie liczne karcze. Na echu pusto. Rzucamy dość długo, ale panuje cisza, nie licząc ramy od roweru, którą Paweł wyciągnął na kotwicy pontonu, oraz ponad 2m lagi, jakimś cudem wyjętej na plecionce 0,12mm. Z rzadka gdzieś kropnął boleń.

Zmontowaliśmy zestawy pod mikrojigi. Już któryś raz skończyło się zastanawiającą klęską. Poświęciliśmy wzdręgom bite półtorej godziny. O ile drastyczny spadek liczby boleni w tym sezonie jest martwiący, to jednak traktuję go jako swego rodzaju oczywistość, o tyle brak jak do pory wzdręg mocno mnie zastanawia. Biorąc poprawkę na fatalne żerowanie, te kilka brań jakie mięliśmy, to katastrofalnie mało.

Paweł wyjął wprawdzie przyzwoitego karasia, ale poza okoniowym narybkiem, nic już nie zakłóciło mu monotonnego bezrybia.

(fot. A.K.)

W moim przypadku było jeszcze słabiej – krąpik wielkości dłoni.

(fot. A.K.)

Mimo tego podchodzimy do sprawy ze spokojem. Na bank coś się zmieni, jak nie za dzień, to za tydzień. Czekamy, aż się trochę ochłodzi [wrzesień], by jeszcze raz odwiedzić jazie. Okropnie tam zarosło i póki upał, nie mamy zamiaru użerać się z taką masą insektów. W najbliższym czasie zamieszczę, zapowiadany wywiad z komendantem terenowej grupy SSR, który właśnie mam zamiar zakończyć, a który, jak na razie w mojej opinii jest interesującym, szczerym i bez owijania w bawełnę zderzeniem spojrzeń na politykę PZW Okręgu Kraków. Myślę, iż zainteresuje wielu z Was.

W planach, mam dla porównania wyskoczyć na podobny jak ten na Skawie, odcinek Soły. Jeśli starczy czasu, to powinienem zaliczyć 3-4 dniowy wypad nad Klimkówkę.

Na koniec zagadka, jak ktoś chce się pobawić. Poniżej fotka, dość kiepska, ponieważ zoom w moim telefonie, który zaliczył jedno topienie i kilkadziesiąt naprawdę spektakularnych upadków niezbyt działa. Jaka to rzeka? Daję słowo, że jak ktoś trafi, to potwierdzę. Wprawdzie zaskoczyło mnie w niej to, że jadąc tu pod koniec zimy, dałbym sobie uciąć rękę, że płynie po piasku, a tu jak widać, nawet nie kamienie, a …skały. W rzece, co osobiście stwierdziłem, na razie tylko za pomocą wzroku, dominują klenie, strzeble potokowe oraz nieliczne pstrągi i brzanki. Co tam jeszcze pływa, przekonam się 11 sierpnia, gdy poświęcę na wędkowanie jeden dzień, będąc w okolicy. Mała podpowiedź: rzeczka [to jej górny bieg], nie płynie w Okręgu Kraków.

(fot. A.K.)

3 myśli nt. „Spacerem nad Skawą

  1. Mało wskazówek, a że jedynie jako tako znane są mi okolice Wadowic to może
    jest to: Ponikiewka, Choczenka, Kleczanka.
    Poza tym gratuluję wyników na rzeczkach pstrągowych, zdrowo zazdroszczę ilości kontaktów. Co do pstrągów to w tamtym okresie, kiedy pisał Pan owe artykuł również miałem swoje pięć minut. Byłem pewien, że przekroczyłem magiczne 40 cm /jak to źle brzmi ale mamy wody jakie mamy/ bo takiego grubasa dawno nie złapałem, niestety brakowało 1 cm. I co najgorsze nie spotkaliśmy się już, łudzę się że znalazł lepszą miejscówkę byle nie lodówę.

    • Niestety, to nie jest żadna z wymienionych wyżej rzeczek. Natomiast co do pstrągów – ja też utknąłem na 39cm tyle, że rok temu 🙂

  2. Właśnie jeden z Czytelników odgadł jaka to rzeczka. Prosił bym nie podawał jej nazwy, więc się zastosuję. Zgadywać można dalej. Jak ktoś trafi, to takiej osobie potwierdzę na prywatny mail, że zgadł.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *