Setka brań

Zastanawiam się jak to jest.  Ten rok z dość zaskakującą aurą, paradoksalnie dobrze zrobił pstrągom. Dlaczego? Ano, po pierwsze – leżący jeszcze w kwietniu śnieg dość mocno ostudził wędkujących. Wprawdzie, jak zwykle z początkiem lutego ludzie ruszyli tłumnie, lecz, gdy zima nie ustępowała, miłośnicy tego hobby odpuszczali coraz bardziej. Wiem, bo bywałem nad wodą. Dotyczyło to na szczęście także zwykłych, wiejskich kłusowników. Potem, gdy nastały bardziej sprzyjające temperatury, to jak zwykle zresztą, duża część osób nie zawracała sobie głowy małymi rzeczkami, tylko skierowała swe zainteresowania ku większym wodom i rybom typu klenie, jazie, a potem już szczupaki itd. Kolejne fale opadów i całe dni z kakaową wodą w maju i czerwcu, znów skutecznie powstrzymywały, tym razem zapalonych wielbicieli potokowców, którzy dla tego gatunku poświęcają lwią część sezonu. Co więcej: z moich obserwacji wynikają jeszcze dwie kwestie. Jedna taka, że [przynajmniej nad rzeczkami, które odwiedziłem] wody te zostały wspaniale oczyszczone ze wszelkiego „syfu”, ukazując prawdziwe oblicze pełne czystych kamieni, twardych ilastych blatów i ewentualnie piasku. Mizerne cieki pogłębiły się, jakby w nich przybyło czasem z 50% wody! I tu główne spostrzeżenie – co do którego nie jestem pewien. Otóż pojawiła się taka ilość przyzwoitych pstrągów, że tam, gdzie rozpaczliwym standardem były rybki 18cm, teraz łowi się dwudziestki piątki, a tam gdzie relatywnie często trafiały się podrostki, bez większych kłopotów są kontakty z rybami tuż nad wymiar. Są jeszcze i takie, gdzie, jak się okazuje bez kłopotu, obecnie można liczyć na regularne hole rybek w okolicach 35cm. I dotyczy to, jak pokazują ostatnie dni różnych rzeczek, nie tylko krakowskiego okręgu. Skąd wzięły się te pstrągi? Bez wątpienia są to ryby dzikie, albo w „najgorszym” wypadku zdziczałe od 2-3 lat. Nie wierzę w taki cud, że są głodne i dlatego bardziej aktywne, bo też je wyczerpuje brudna woda itd. Pewnie długi okres „kakaowa” w jakimś stopniu je męczy, ale bez przesady. Żaden ze mnie pstrągarz, co wielokrotnie zaznaczałem, lecz coś niecoś o pobliskich i niektórych dalszych wodach wiem. Aż tyle ryb nie miały. Otóż, myślę, że gros z tych pstrągów, to egzemplarze, które ośmielone mocno podniesioną wodą, odważyły się poszukać, spływając ze strumyczków, w których żyły, a w których obecności tych ryb nie domyślali się nawet najbardziej zagorzali wędkarze – odważyły się poszukać lepszych, bardziej przestrzennych ostoi. Normalnie, być może zniechęcały je do takich wędrówek setki metrów płycizn po 2-3cm [to nie pomyłka], które rozdzielały dołeczki do pół łydki. Wiem, że takie wody są i aż tak mało ich nie jest. Są wyłączone z wędkowania; co więcej, na szczęście warunki jakie tam panują, odpychają nawet najbardziej pazernych zwolenników łatwego łupu z robalem na końcu zestawu. I teraz sedno całej sprawy: zastanawiam się, czy mimo takiej obfitości, rozpocznę przyszłoroczny sezon ze spostrzeżeniem, iż wody są puste? Czy zdążą je „wyczyścić” do spodu normalni, [a dla mnie nienormalni] legalni wędkarze, a dobiją zwykłe, lokalne „dziadory” z glizdą we wrześniu i październiku, gdy absolutnie nikt nad wodą się nie pokazuje, a powinien. Na dokładkę, przynajmniej w okręgu krakowskim, pojawi się w tym okresie niewielki, ale jednak wysyp muszkarzy, łowiących wirtualne lipienie, których nota bene nie wolno im zabierać… Ot, taka polska schiza. Schiza dlatego, że przynajmniej część z tych ludzi, co widziałem rok temu – poluje na pstrągi i o zgrozo – zabiera pstrągi.  PZW, podobnie jak nasi politycy wciska kit, że ciągle szuka oszczędności, że stara się minimalizować koszty i że to dla naszego dobra i takie tam. Zastanawiam się, czy znów powtórzy się sytuacja z mojej rzeczki, gdy po zarybieniach dokonanych przez PZW w latach 2009-2010, które oceniam w tym okresie jako wzorcowe, pojawiło się mnóstwo ryb pod 30cm, a nierzadko łowiłem wyraźnie większe. Tylko co z tego, jak nie podjęto nawet minimalnych kroków, by potem tego wszystkiego [czyli włożonych w to NASZYCH pieniędzy] choć troszkę dopilnować. A ja jak głupek uparłem się, że złowię czterdziestkę w takiej rzeczce, w Polsce. Przy tej ilości ryb jaką ostatnio zastałem, ryby tych rozmiarów łowiłbym, nie boje się użyć słowa – masowo – za najdalej dwa lata. Ale u nas dobry czas trwa najwyżej pół sezonu. Na marginesie powiem, że niedawne stwierdzenie Kustusza na forum PZW, że niestety polskie realia sprowadzają się do łowienia głównie małych ryb, a by łowić duże, trzeba za wielką kasę jechać za granicę, jest kłamstwem. Gdybym chciał, to dawno złowiłbym pewnie i półmetrowego pstrąga, np. w Anglii, gdzie za łowienie, przelot i powiedzmy 10 dni nie zapłacimy więcej niż za jakiś chory odcinek specjalny w Polsce. A pobyt? Osobiście nie znam nikogo, kto nie ma kumpla w Anglii, u którego nie ma opcji się zahaczyć na tydzień… Tyle, że ja nie chcę pstrąga z Anglii czy jakiegoś odcinka specjalnego, którego specjalność polega na cenie większej niż poza krajem. A może być wspaniale i paradoksalnie bez kosztów, bo te rybki, które się pojawiły to nie żadne zarybienia, które w tym roku w moim jak i ościennych okręgach, na wodach otwartych są żadne. I nie jest to zarzut. Jako przeciwnik zarybień nie ubolewam nad tym. Niestety, wody powoli się czyszczą, a za ich skarbami, bezpowrotnie w naszych realiach opuszczającymi swój świat, wydeptują ścieżki na ogół bezrefleksyjni wędkarze. Uaktywnili się także i to mocno kłusownicy.

Dlaczego o tym piszę? Otóż, by nie być gołosłownym, krótka relacja z ostatniej wyprawy. Podobna, co do wyniku, jak ostatnie i pewnie kilka następnych. Otóż jednym zdaniem: byłem z Pawłem na pewnej dość znanej wodzie i odcinku, także jakoś nie specjalnie zapomnianym. Szliśmy we dwóch, co dla mnie jest już lekkim strzałem w kolano na takich ciurkach. Do tego z racji tych wszystkich chaszczy, oraz dosłownie ton chrustu wszelkich gabarytów, naniesionych przez kolejne fale wody, nie powiem, że poruszaliśmy się jak Indianie. Pod koniec, mocno zmęczeni, łaziliśmy jak słonie. Złowiliśmy [liczę ryby, które odhaczaliśmy] łącznie 70 sztuk. Mnie się trafiło z 5 miarowych egzemplarzy, koledze dwa. Straciłem w holu co najmniej jeszcze cztery miarowe ryby, kumpel podobnie, w tym piękny, jak na standardy takiej rzeczki okaz – widziałem idąc za kolegą rozbryzgi wody. Wszystkich wyjść, spadów, potrąceń mieliśmy drugie tyle, co ryb wyjętych. Co jest istotne: dominowały ryby 26cm. Sporadycznie tylko trafiały się rybki poniżej tych rozpaczliwych 20cm. Fakt, że zeszliśmy z 7-8 km wody i zajęło nam to równo 10 godzin. I podkreślam, to wynik podobny jak wszystkie w ostatnich dniach. Przypadku tu nie ma.

Ja w ogóle jakimś dzikim pasjonatem pstrągów nie jestem, lecz co zrobić, gdy  w pełni sezonu, mam do wyboru wodę stojącą  ze stadem ludzi na brzegu jak w Juracie, lub brudną Wisłę? Umówiliśmy się na ponton, lecz dzień wcześniej popadało mocno w całym regionie i rankiem, o nieco chorej jak na niedzielę porze, Paweł zakomunikował iż woda jest, nie tak jak wieczorem poprzedniego dnia nieznacznie podniesiona i lekko trącona, tylko wyraźnie brudna i niestety duża… Postanowiliśmy pojechać na pstrągi. Nie powiem, nie jechaliśmy w ciemno, bo miałem sprawdzony namiar, że jedna rzeczka, mimo całonocnej, dość dużej mżawki, jest jakimś cudem czysta. By do minimum zmniejszyć wszelkie troski, także o pozostawione auto – na miejsce zawozi nas Aga.

Zaczynamy o 11.00. Wszystko po drodze wskazuje na to, że nikt z tamtej okolicy nie odważył się wyruszyć na kropkowańce, obawiając się zapewne brązowej wody. Sam bym nie dał grosza, za to, że rzeczka będzie czysta. Ale jednak rzeczywiście taka była. Pierwsze dwie godziny, to liczne wyjścia rybek do około 23cm, czasem jakiś ciut większy.

(fot.A.K.)

Kumpel szybko rezygnuje z wiróweczki, którą atakują maluchy i podobnie jak ja, łowi wahadłówką. Cały czas towarzyszy nam niezła aura. Jest bardzo słonecznie, ale bez odczucia palącej „lampy”, choć rzeczywiście chmurek prawie nie ma. Wiatr bardzo silny, zachodni – to był jeszcze jeden powód, który zniechęcił mnie do wody stojącej i pontonu. A wiało do 40km/h. Paweł, który w temacie pstrągów ma jeszcze mniejsze oczekiwania niż ja, po około godzinie zrealizował swój ilościowy plan minimum, jaki sobie ostrożnie założył. Jest 14.00. Minęliśmy jakiś mostek, po drodze nie spotykając i nie stwierdzając śladów wędkarzy. Ryby jakby się rozkręcały, na co się nastawiłem. W takich niewielkich rzeczkach pstrągi jakoś niespecjalnie, mnie przynajmniej, skaczą do przynęt bladym świtem, czy późno wieczór, a więc wtedy, gdy mało co widać. Mam wrażenie, że ten gatunek szczególnie lubi dobrze widzieć, co atakuje. Dlatego moim zdaniem pora optymalna o tej porze roku, to pierwsza godzina pełnego światła dziennego z rana i potem cały okres od 16.00 do 20.00. Tam gdzie jest mega gąszcz i silny cień, to nawet czas ten skróciłbym do 19.00. Te wszystkie łowienia prawie po ciemku, to skutek straszliwej pustki w wodach i presji zarazem. A w normalnych krajach ryby te żerują cały dzień. Co innego większe rzeki, ale na nich to ja mam zerowe doświadczenia.

Tak więc od wczesnego popołudnia ryby dostają amoku. Nie ma znaczenia, że gadamy, że niespecjalnie cicho idziemy – inna sprawa, że teren dość wymagający. Mamy co drugi – trzeci rzut brania. Ewidentnie ukłute przed paroma sekundami ryby, nabiera na inną [guma] lub nawet taką samą przynętę, kolega, albo ja, zależy kto spudłował wcześniej. Mam pierwszą trzydziestkę.

(fot.A.K.)

Nieznacznie nad 30cm potok o doskonałym pokroju ciała walczy na lekkim kiju jak na wojownika przystało. Kumpel podchodzi, odbiera aparat i robi szybką fotkę.

(fot.A.K.)

Idziemy dalej. Przerzucamy kolejne kilka 24-27cm pstrążków. Znów mam piękne wyjście, ryba najpierw lekko stuka, po czym poprawia bez sentymentów. Wszystko na może 3 – 4m dna o głębokości 40cm.

(fot. P.K.)

Wchodzimy po około godzinie w teren bardziej „ucywilizowany”. Widać ślady nowych melioracji w stylu „kto bardziej wyprostuje rzekę”. Jest trochę błotniście lecz tylko na brzegach. W korycie rzeczki oczy cieszą sporych rozmiarów kamienie. Czyste i szorstkie, bez śladów glonów, czy innego nalotu. Cmokamy z zachwytu nad pięknem wody, ilością ryb i przede wszystkim, nad ich nieprawdopodobną aktywnością. Mimo wielu zaczepów, nie tracimy przynęt. Wystarczają moje wodery, a kolega w oddychających śpiochach jak na razie wchodzi w każdą dziurę. Poza tym, zanim pojawia się jakiś zaczep, to wabiki dopadają pstrągi. Po drodze mam dwie ryby, cwane ryby, których nie udaje mi się wyjąć. Żadnej nie widziałem, więc ciężko określić jakie były, poza tym, że wyraźnie ponad te 30cm. Jedna ryba zareagowała dopiero na okoniowy paproch na 2g, po tym jak do spółki z kumplem rzuciliśmy wahadełkiem z 20 razy w dość głęboki dołek o powierzchni może 5 x 3m. Spóźniłem zacięcie, a odjazd był mocno energetyczny i zanim ryba nie tyle się spięła, co raczej dobrowolnie puściła gumkę, pięknie „rzuciło” szczytówką. Drugi pstrągal palną w wahadło tak silnie, że musiał sam się zaciąć, lecz zanim wywindowałem go do powierzchni, spiął się. Musiał być lekko zapięty, i pewnie na jeden grot, bo szedł bokiem cały czas przy dnie, czując widocznie, że w ten sposób umknie. Dochodzi 16.00. Gęby cieszą się nam od ucha do ucha. Komary tylko nieznacznie manifestują obecność. Wiatr, mimo gęstych zarośli, jednak im daje się we znaki. Zamarudziłem trochę z tyłu i nagle słyszę silny plusk. Widzę Pawła stojącego  z 30m niżej, pośrodku rzeczki, po pas między dwoma wielkimi kłodami, a jeszcze niżej wściekłe młyńce sporego pstrąga. Niestety spiął się. Kilkadziesiąt metrów niżej na spokojnej prostce o równym jak stół dnie, kolega ma swojego pierwszego trzydziestaka.

(fot.A.K.)

W sumie powinniśmy już kończyć, bo tak się umówiliśmy, ale pijemy po łyku, dzwonimy do „bazy”, że dopóki zmrok nas nie zgoni, to się nie pokażemy i damy znać, jak będziemy chcieli wracać. Przechodzimy po 17.00 pod dużym mostem. Poniżej niego zmienia się trochę charakter wody. Wpływa w głęboki jar o stromych zboczach. Idzie się powoli i raczej niewygodnie. Wiatr słabnie i od razu przybywa komarów. Początkowo odcinek ten jest niewiarygodnie głęboki. Wkładając pod brzegiem kij 2,7m oceniamy głębokość na 2-3m. I tak przez jakieś 150m! Niestety, kawałek ten przepływa przez kilka posesji i po wydeptanych miejscach nie ma wątpliwości, że tutejsi ludzie po wodę raczej nie chodzą. Owszem wyjmuję kolejną trzydziestkę, ale to jedyny czas kiedy w zasadzie nie mamy prawie brań.  Dopiero niżej znów zaczyna się istny festiwal, a to co było naszym udziałem między mniej więcej 18.00 – 19.30, to jakiś rzadki w naszych realiach cud. Z dość głębokich wlewów wychodziły do wahadłówek po dwie, trzy, a czasem cztery ryby. Pod jednym pniakiem miałem około 32cm rybę, która skłuta mocno, wychodziła jeszcze dwa razy i lekko, ale nadal pukała w przynętę…

Udaje mi się wyjąć jeszcze dwa miarowe kropki: 32 i 34cm. Robi się ciemnawo, tym bardziej, że nad głowami mamy zbity baldachim olch i dzikich bzów, które dominują nad tą rzeką. 

Wspaniałe miejsce ze żwirowym dnem nagle się urywa z 30cm toni w istną otchłań pod drzewem.

(fot.A.K.)

Rzucam poniżej, gdzie woda zwalnia wyraźnie i daję opaść błystce ile się da. Dna nie osiągam, bo przy tej głębokości i uciągu to niemożliwe. Błystka jest za lekka. W pierwszych rzutach mam lekkie poszturchiwanie wahadełka. Ewidentnie coś próbuje się nim zainteresować, lecz w trochę nietypowy sposób.  Mam zamiar zmienić wabik na twister. Przyśpieszam i na skraju z płycizną miga cień, a żyłkę coś porywa tak szybko, że prawie słyszę jakby puszczenie cięciwy łuku [oczywiście trochę koloryzuję]. Nie mniej żaden z wcześniejszych pstrągów tego dnia takiej jazdy mi nie zrobił. Kijek szaleje, hamulec jeździ i to na tyle dynamicznie, że kolega słyszy zza zakrętu. Tym bardziej, że głośno informuję, iż mam chyba rybę dnia. W półmroku oceniam, że to musi być tęczak, bo ryba jest prawie prostokątna, gdy miga mi w wodzie. Okazuje się jednak wspaniale utuczonym, letnim potokowcem.

(fot.A.K.)

Z lekkim lękiem czekam, aż ryba się uspokoi, bo strasznie mnie korci by już go zmierzyć. Aparat już wcześniej mam w rękach. Kropkowaniec niespecjalnie współpracuje. Odpinam go na miękkiej trawie z resztkami liści. Z lekkim smutkiem, szczególnie po tak obiecującym oporze, stwierdzam, iż znów trochę brakuje do 40cm. Ten pstrąg już miał styczność z wędkarzami, bo zauważam w „nożyczkach”, wewnątrz pyska ewidentną,  świeżą, choć zagojoną ranę. Chyba komuś zwiał z haka, bo tylko oferma pozostawiłby taki ślad, odhaczając tak czysto zapiętą rybę. Poza wodą pstrąg robi się bardziej szaro – srebrny, tracąc tę wspaniałą, oliwkową szatę. Paweł robi szybki „pstryk” ze swojego aparatu, a ja czym prędzej wkładam go do spokojnej wody.

(fot. P.K.)

Trzymam go kilkanaście sekund, lecz ryba nie zostawia złudzeń. Da radę. Początkowo stoi jakby zastanawiając się gdzie popłynąć, po czym znika w ułamku sekundy.

Wraz z mrokiem brania ustają. Z niejakim trudem doławiamy dla równego rachunku – ja dwie ryby, a Paweł jedną. Jesteśmy syci wrażeń i holi. Cóż, takie pstrągowanie, gdyby było regułą, penie byłoby często moim udziałem. Za dwa lata łowiłbym je z 5cm większe. Łowiłby je każdy z Was. Za trzy lata czterdziestka byłaby standardem, a powoli by się marzyło o 45cm. Za cztery lata… Ale jestem w tym względzie pesymistą.

Aga przyjeżdża, wezwana już wcześniej, aczkolwiek nie tak od razu nas odnajduje. Wszak na co dzień tu nikt z nas nie bywa. Komary chcą nam zrobić istną transfuzję i to bez znieczulenia w skali trudnej do opisania. Skurczybyki nie reagują już na nic. Siadają na świeżo sfukanej dłoni i żreją. Prawa ręka mi pulsuje jakbym się oparzył. Tyle mam nakłuć szczególnie z końca dnia. Nie mniej nastroje rewelacyjne. Dopiero w aucie czujemy, jak jesteśmy zmordowani.

Dla obowiązku odnotuje tylko, że raz zaliczyłem Wisłę. Była czysta, ale znów już spora. Tylko w pobliskim dopływie skakały do smużaków niewielkie jelczyki. Naprawdę małe.

(fot.A.K.)

(fot.A.K.)

Co tego, że nawet dość ochoczo. Do tego w podniesionej wodzie płynęła masa traw. Nad Wisłą z kolei aktywność łowiących, była odwrotnie proporcjonalna do rybiej. Na przestrzeni około kilometra naliczyłem 14 spinningistów i dwóch łowiących z gruntu. Po dwóch godzinach dałem spokój. Jedyną większą rybę – leszcza – złowił jakiś grunciarz. U pozostałych nie widziałem ryby, chyba, że ich trofea były jak moje: dwa okonki i mikro klenik. Mój ojciec miał rybę dnia [wzdręga na całe 23cm, oraz cztery okonki] na swoje imitacje, jak to określił białych robaków – jego wyrób własny, mający być konkurencją dla mikrojigów. Moim zdaniem w wędkarstwo mojego rodzica wkradł się daleko posunięty abstrakcjonizm, gdyż te białe robaki wziąłbym w ogromny cudzysłów. Mnie to przypominało mikro kostki żółtego sera, sklejone w nieregularną bryłkę. Ojciec zaszalał, gdyż pierwszy raz od dawna złowił więcej niż ja. Nastrój miał wobec tego dobry. Nie zmienia to jednak faktu, że ryba najzwyczajniej nie brała. Piękny przelew, podobnie jak kilka innych, które zawsze okupuje kilka kleni w minimalnym rozmiarze 30 – 35cm był absolutnie pusty…

(fot.A.K.)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *