A już się zdawało, że…

W ostatni wtorek było bardzo ciepło. Spokojnie 30 stopni w słońcu. Lekki wiatr wschodni. Prognoza pogody zapowiada zmianę za dwa dni. Czuwamy z kumplem, bo co najmniej jeden z najbliższych dni powinien być właśnie tym rewelacyjnym. Pytanie tylko, który? Jest tuż po 12.00. Wychodząc z pracy zastanawiam się, co robić. Nad Wisłę nie bardzo chce mi się jechać, wszak połowa dnia za nami, rozważam pstrągi, choć w tym upale, to myślę powoli, ruszam się powoli i w ogóle nic mi się nie chce. Ale to może być ten dzień.  Ostatecznie wybieram małą rzeczkę. Trzy godziny później ze zdumienia przecieram oczy. Znajoma woda, jak nie ta sama. Na oko wszystko wygląda jakby tu przeszedł kataklizm. Powalone bez mała dziesiątki drzew, zerwane całe burty. Rzeka sprawia wrażenie mocno podniesionej, ale to tylko złudzenie. Kolejna fala powodziowa wybrała niesamowite dołki i pogłębiła całe koryto. Nie ma śladu po powszechnych tu, całych pokładach sinego mułu i śmierdzącego rzadkiego szlamu. Szok! Jakieś 80% powierzchni dna, to wspaniałe mniejsze i większe kamienie. Duże obszary pokryte drobnym,  kolorowym żwirkiem. Cudownie. Woda kryształowa. Pozostała część podłoża, to podwodne mini wydmy z czyściutkiego, kremowo – żółtego piasku. Bajka.

(fot. A.K.)

 Tak powinien wyglądać każdy pstrągowy ciurek. Oczywiście, na brzegach masa szmat zawieszonych na drzewach. Sporo też reklamówek i wszelkich butelek. Nierzadkie są różne większe cywilizacyjne „dodatki”. Ale jest czysto.  Także w takim znaczeniu, że tam gdzie woda dłużej płynęła, trawa całkowicie wygniła i brzeg jest zupełnie czysty. Podsuszona ziemia i nic więcej…

To był TEN dzień. Zdarzało się, że miałem nad takimi rzeczułkami multum brań niewielkich pstrążków. Zaliczałem kilkadziesiąt rybek. Tym razem jednak trochę mnie „wgięło”. Po trzydziestym braniu przestałem liczyć [przeszedłem może z 200m]. Przez 6 godzin miałem około 100-120 pewnych pobić. Nie liczę domniemanych oraz wyjść. Wyjąłem 45 pstrągów. Ale nie to jest ważne. Najlepsze, że jakieś 10-12 sztuk to były ryby 28-29cm! Takie tuż pod miarę. Przepięknie ubarwione z dużymi płetwami, szczególnie ogonową i piersiowymi. Żadni tam uciekinierzy z jakiejś hodowli. Najlepsze to, że nie miałem w rękach ani jednej miarowej ryby. Ba, miałem takich na kiju nie więcej niż 3-4 sztuki. Myślę, że problemem było się do nich przebić. Kolejna ciekawa rzecz: w zasadzie nie było ryb poniżej 24cm. Być może dlatego, że jak zobaczyłem na co się zanosi, to odpuściłem małe wirówki, nie chcąc narażać maluchów, które po kilka naraz wychodziły z rynienek i na wyścigi prały w co się nie wrzuciło w wodę.

(fot. A.K.)

Ryby miały doskonałą kondycję, żadnych śladów walki z żywiołem. Bardzo grube i masywne jak na swoje rozmiary. Każdy zacięty z tych około dziesięciu podwymiarków, okazywał się być odpaloną mini rakietą. Żałowałem, że nie było nikogo, kto mógłby to sfilmować. Ryby w dwóch – trzech skokach potrafiły przemieścić się spod jednego do drugiego brzegu. Wszystko w ciągu najwyżej dwóch sekund.

(fot. A.K.)

Trafiłem w porę kosmicznego żerowania potokowców. Nie atakowały jednak wszystkiego. Większe woblerki, takie po 5-6cm generalnie z rzadka odganiały, częściej ignorowały. Może gdybym je miał w innych kolorach, ale malowane na naturalne rybki, nie wzbudzały żadnych szczególnych rządz w drapieżnikach. Ku mojemu zdziwieniu nieznacznie lepiej było w temacie perłowych twisterków, na ogół pewniaków, a już zupełnym rozczarowaniem było dla mnie niedostrzeganie mikrojigów [złowiłem na nie tylko jedną rybę].  Dużo lepiej atakowały okoniowe paprochy w ciemnych barwach na 2g główkach. Przynętą popołudnia była jednak wahadłówka. Nad wodą pojawiło się już z tydzień temu dziesiątki maleńkich około 1,5cm żabek miedzianego koloru. Nie widywałem ich w takiej liczbie od ładnych kilku lat. Może stąd taki wybór ryb. W każdym razie ten rodzaj przynęty przemieniał tego dnia pstrągi w istnych drapieżców.

(fot. A.K.)

W co najmniej kilku przypadkach miałem sytuacje, w których pstrąg z impetem atakował wahadełko, zacinałem go [fakt, że na ogół bez przesady, bo ryby same z siebie prały ile sił], spinał się. Kilka z nich spływało niżej i zatrzymywało się będąc doskonale widocznymi. Odczekiwałem z minutę – dwie i posyłałem wahadłówkę trochę bardziej obok nich i prowadziłem ją wtedy znacznie spokojniej. Niewiarygodne ale ponawiały atak na żelastwo! I zazwyczaj rozdziawiały paszczę tak, że chyba dobrze nie widziały, bo dopiero jak zwalniałem i prawie wkładałem im w mordy wahadło udało się je zapiąć. To były z pewnością te same ryby, które kilkadziesiąt sekund wcześniej spadły w holu, spięły się tuż po zacięciu. Były w jakimś amoku.

Oczywiście wszystkim zdjęć nie robiłem, tylko tym, które złowiłem w miejscach w miarę wygodnych do fotografowania. W pewnym momencie miałem ciekawą przygodę. Moją uwagę zwrócił mocno kontrastujący z otoczeniem,  pomarańczowy, około 25-30 cm przedmiot, leżący jak mi się zdawało w rzeczce. Po wypuszczeniu pstrąga, który wziął tuż obok niego, rzucając niżej wydało mi się, że pomarańczowe „coś” [myślałem, że to fragment jakiejś zabawki], zniosło bardziej na środek koryta. W pewnym momencie jaskrawa plama nieznacznie przesunęła się pod prąd. Co więcej, zaczęła się dość zdecydowanie „przystawiać” do wahadełka. Dała się skusić i podpłynęła za przynętą może z 5m od mojego stanowiska. Pomarańczową plamą okazał się spory karaś z tych kolorowych mutantów sprzedawanych do oczek wodnych. Widocznie komuś wypłynął. Ochoczo zabierał się za mikrojiga, nie mniej rybie brakło chyba umiejętności, choć sprawiała wrażenie głodnej. Tej ciekawostki nie udało mi się jednak złowić.

Tak sobie szedłem i rzucałem, a czas jak zwykle w takich momentach pędził jak wariat, choć wcale o nim nie myślałem. Podobnie jak o niczym innym. Trochę się głowiłem, co z tymi większymi, bo nawet jednego nie widziałem. Aż doszedłem do pewnego fragmentu potoku. Jako nieliczny po dużej wodzie, był bardzo płytkim, piaszczystym fragmentem.

(fot. A.K.)

Licząc od środka koryta, po około 2m w stronę każdego z brzegów, woda miała może 15 – 20cm głębokości. Dopiero pod brzegami były około pół metrowe rynienki. Wahadłówka upadła z 20m niżej, blisko mojego brzegu. Miedziana blaszka kołysząc się leniwie penetrowała skraj mielizny i idącego równolegle do lądu rowka. Momentami przysiadała na piaszczystym kancie.  Bardzo już blisko mnie nastąpiło wyraźne branie, ale miękkie, nie mające nic z agresji podrostków tego dnia.  Co więcej ryba, jakby to był jakiś mizerny okonek, stawiając ledwo wyczuwalny opór płynęła w moją stronę. Tuż pod szczytówką stanęliśmy obaj: ja przestałem obracać kołowrotkiem, a ryba chyba „zaczaiła”, że to nie żarty. Istny byczek jak na tę wodę, szeroki, ciemno ubarwiony pstrąg z prawie pomarańczowym brzuchem, strzelił jak pocisk o powierzchnię, po czym już wolny, bez pośpiechu zawinął do swojej kryjówki. Moim zdaniem nie miał dla mnie tych magicznych czterech dych, ale było bardzo blisko. Zszedłem kilkanaście kroków niżej. Tu, dla odmiany brzeg był okropnie stromy i wysoki. Żadnego drzewa, żadnych wymytych korzeni, których mógłbym się chwycić, jakby co. W pierwszym rzucie, w płynącą  pośrodku rzeczki na płyciźnie wahadłówkę, uderzył z dużego rozpędu [wyskoczył spod przeciwległego brzegu i zanim dopadł przynęty przebył jakieś 3-4m], wyraźnie  ponad 30cm pstrąg. Spora już paszcza głęboko i bardzo gwałtownie kłapnęła błystkę. Gdy pstrąg ciut odpuścił, to okazało się, że nie mam jak go podebrać. Nie było szans podniesienie go na żyłce 0,14mm, a i szczytówka delikatnej wędki nie wiem, czy by wytrzymała było nie było przynajmniej te 0,5kg. Uznałem, że są dwie opcje: albo ryba się sama wyzwoli, albo jak całkiem skapituluje, to spróbuję z nim zejść te kilka metrów do pierwszych drzew i tam przekładając kij wokół pni, dojdę do bardziej płaskiego brzegu. Korzystając z chwilowego spokoju – fotka. Nawet się udała.

(fot. A.K.)

 Ryba, mimo głębokiego połknięcia  przynęty, ku mojemu zaskoczeniu, w kolejnej serii młynków wytrzepała blaszkę i natychmiast zwiała do swej kryjówki. Miałem jeszcze co najmniej jedną większa rybę, ale jej nie widziałem. Pod podmytą wierzbą zrobił się dołek, a tuż przed nim jakby miniaturka wielkorzecznej przykosy. Posłałem wabik  na krawędź i odczekałem aż opadnie na piasek. Po uniesieniu kija okazało się, iż coś zaatakowało przynętę i chyba samo się zacięło. Niestety zanim ryba się spięła, nie zdołałem wyciągnąć jej spod drzewa na światło i nie zobaczyłem. Nie mniej czuło się takie mięsiste ósemki jakie gwałtownie kręcą pstrągi, które maluchami już od dawna nie są. Uderzające było też to, że tylko na tych piaskowych fragmentach miałem styczność z miarowymi rybami.  Cały czas na tym odcinku, niezmiennie na wahadełko kusiły się te mniejsze. Jeszcze już prawie po ciemku, w wahadłówkę trafił prawie trzydziestak.

(fot. A.K.)

 Dzwonię do Pawła. Wiem, że od 17.00 miał być nad Wisłą. Szybka relacja, kolegi. W trzy godziny złowił trochę okoni, kilka małych sandaczy, za to pokaźne stado rosłych kleni [kilka wyraźnie ponad 40cm] oraz jak to skomentował „dwa i pół bolenia”. Dwie wyjęte ryby miały odpowiednio 56 i 60cm, a te „pół” to dobre ponad 70cm, który rozgiął hak.. Przynętą było 3,5cm kopytko Mans`a na 4g. Czyli…tak jak rok temu, tylko w czerwcu. Było wtedy kilka dni, gdy woda zdawała się martwa, a bolenie zajadały się drobnym, znoszonym przez prąd narybkiem. Wtedy również sprawdziła się identyczna przynęta, z tym, że w bardziej czerwonawym kolorze. Po tym wszystkim „zagotowałem”. Oddałbym wszystkie pstrągi za ryby kolegi. Licząc, że co najmniej jeszcze dzień będzie takie żarcie,  następnego świtu, a raczej jeszcze nocy, o 3.00 wchodzę w dymiącą od ciepła Wisłę. Jest generalnie ciężko. Zimno [13 stopni] i okropna mgła. Widoczność co najwyżej z 10m na wodzie. W życiu bym nie zaryzykował, jakbym nie znał miejscówki, a i tak nie jest mi do śmiechu. Po kilkunastu metrach tracę orientację i dokładnie nie wiem, jak bardzo wszedłem w głąb. Na szczęście jako tako widać kilka latarni oświetlających odległy most. Biorąc poprawkę na świetliste punkty, jakoś  docieram na mieliznę. Jest, jak sądziłem po zwiększonym szumie wody – zalana. Nie ma gdzie złożyć betów. Na szczęście z tym akurat, to się liczyłem i poza spodniobutami mam tylko lekki plecak i jeden kij.  Rzucam w ciemność. Po około 40 minutach nie mam kontaktu. Na wodzie panuje cisza. Niby robi się minimalnie jaśniej, jednak mgła nie ustępuje.

(fot. A.K.)

Ledwo, ledwo widzę zarysy drzew na przeciwległym brzegu. Kolejne rzuty. Nic się nie zmienia. Widoczność wcale nie jest lepsza. Wilgotne mleko wokół, powoduje, że zaczyna mi być zimno. Trochę słabnie uciąg – wskazuje to na opadającą wodę. Po kolejnym kwadransie mielizna zaczyna się pokazywać nad wodą.

(fot. A.K.)

Nareszcie powoli świta. Jest tuż po 4.00. Widzę jedno ewidentne zdjęcie z powierzchni jakiejś spływającej rybki przez bolka. Nieduży.  Powoli widzę już zarysy nurtów. Rzucam bardziej świadomie. Zakładając, że w szarówce ryby lepiej zobaczą coś większego i jasnego, stosuję na początku 4,5cm ripperek perłowego koloru na 5g. Plecionka 0,10mm, trzy metry kija do 10g. Daleki rzut, na skraj wielkiego łuku, jaki tworzy się z odbitego przez dno nurtu. Ładne branie, niezły opór w trakcie pokonywania tych plus – minus 30m. Okoń – taki około 25cm.

(fot. A.K.)

Wraca nadzieja  i robi mi się cieplej. Niestety kolejny kwadrans to tylko dwie urwane przynęty. Nie ma szans do nich dojść. Jest za silny nurt. Następne dwa brania, jedno po drugim, to tylko malutkie sandacze. Po nich mam jeszcze dwa ale znacznie mniejsze, niż pierwszy – pasiaki. Od czasu do czasu na powierzchni zaczynają się jakieś delikatne nie tyle spławy, co zebrania czegoś z powierzchni. Ryby jakby trochę większe. Zmieniam przynętę. Wirówka. Zaraz fajny strzał, ale klenik niewielki. Może 30cm. Kolejny kwadrans i zero. Zauważam już dość silne skręcenie się plecionki. Trzeba dla odpoczynku linki, rzucić kilka razy gumką. Mniej więcej w tym samym miejscu, co pierwszy okoń zaatakował ripperek, czuje wyraźne nie tyle pobicie, co podniesienie przynęty. Opór dość znaczny, choć dziwny na tej wędce z plecionką – nigdy nie łączyłem takiej linki z tą wędką. Mam przyzwoitego klenia. Tuż pod cztery dyszki.

(fot. A.K.)

Mija kolejne pół godziny. Nie licząc może trzech brań i jednego okonia którego wyjąłem, to szału nie ma. Powierzchnia ja martwa. Około 7.00 woda tak „siada”, że tylko uklejki przejawiają jakąś aktywność. Trwa to około pół godziny, po czym woda wraca do normy, za to wyraźnie się przybrudziła i podniosła jeszcze więcej niż na samym początku. Okazuje się,  że to wahnięcie strasznie ruszyło dno. Nie wiem co przywlekło, ale mam kolejne dwie straty przynęt. Do tego orientuję się, że na trasie drogi powrotnej będzie horror. Nie ma co czekać, tym bardziej, że ryby nadal strajkują. Po około 40m trasy włosy stają mi lekko dęba, bo napór wody jest tak silny, a zarazem wszystko spod nóg usuwa się z dużą prędkością, tak iż jadę z nurtem bez mojej kontroli . Jak beknę w wodę to będzie miazga. Albo jak mnie ściągnie w gardło pobliskiego wlewu… Lepiej nie myśleć. Tam jest w samym rowie ze 2m.  Parę sekund zastanawiam, się czy nie wracać na mieliznę, ale jak kosmonauta trochę podskakując jakoś osiągam twardsze dno i płytszą wodę, nie będąc zniesionym krytycznie daleko. Wściekły wyłażę na błotnisty brzeg. Nie dość, że zmieniłem sobie rytm pracy, spałem znów tylko dwie godziny, zmarzłem i ledwo wyszedłem z wody, to ryby już niestety nie biorą. Z tak czarnymi myślami przeżuwam sobie w trawie kanapkę. Wprawdzie miałem wracać, lecz pomyślałem, iż jest przecież ten drugi brzeg. Prawie zawsze „lepszy”, drugi brzeg. Jest pełnia dnia. Wokół żywego ducha. Kilkanaście minut i przejeżdżam mostem na drugą stronę rzeki.  Uciąg tu jak sto zbójów.  Rzucam jakiś czas za bolkiem, choć nawet jeden nie zamanifestował obecności.  Nadaremnie.

Wracam do lekkiego zestawu. Po tej stronie też jest podobny wlew w jaki obawiałem się, że wpadnę.  Jego szerokie przedpole, to żwirowa, płaska tafla dna z około 1,2m głębokości wodą. Rzucam ripperkiem.  Dość szybko mam kilka kleni. Większość to ryby 30cm, choć ze dwa większe.

(fot. A.K.)

Zaskakuje to, że mam całkiem sporo bardzo mocnych kontaktów – typowe kleniowe przyłożenia, a nie pukanie mikro kleników. Niestety, nie mogę ich zaciąć. Pewny swego zakładam wirówkę i zmieniam plecionkę na żyłkę. Cudów nie ma. Z tego tak łatwo nie spadną. Niby tak, pod warunkiem, że biorą. Dziś wirówki nie chcą. Łudzę się smużakiem, ale poza jednym mikrusem, to zero. Wracam do gumy. Znów kilka brań, po których mam dłuższą przerwę. Ponownie wracam do boleni, których nie widać. Postanawiam się zwijać. Jest okropnie parno, a poza tym jestem strasznie zmęczony, co w połączeniu z takimi kulawymi braniami, przeradza się w lekką frustrację i zniechęcenie.

Druga kanapka i kilka łyków wody. Daję sobie jeszcze pół godziny. Dochodzi 11.00. Znów irytujące mocne brania, ze dwie ryby spadają w holu. Takie około 0,5kg. Nie wytrzymuję i montuję zestaw alternatywny: boleniowy kij do 35g z plecionką 12-ką. Wóz albo przewóz.  Jeden z końcowych rzutów. Ripperek dotyka powierzchni w chwili upadku, ja zamykam kabłąk i w tym samym momencie ładne pobicie. Sprężysty kij oddaje jego moc, po czym przechodzi w łagodne ugięcie. W końcu coś sensownego. Ryba zdecydowanie holowana, wjeżdża w silny nurt za moimi plecami i korzystając z jego siły wyciąga nawet kilka metrów plecionki. Chwilka ułudy, że to boleń, jednak dość szybko widzę szeroką głowę ładnego już klenia.

(fot. A.K.)

Ten na szczęście jest dobrze zapięty. Ma dość mocno obity trzon ogonowy. Nie wiem, czy po tarle, czy to skutek gwałtownego wezbrania i zmagań ryby z żywiołem.

(fot. A.K.)

Kleń żwawo odpływa po zdjęciach. Rzucam jeszcze kilka razy, lecz brań już nie ma. By pozostać w tym nieznacznie podbudowanym nastroju, wolę skończyć miłym akcentem, zanim znów wróci zwątpienie.

Dodam, że Paweł tego samego dna przetestował to samo miejsce, co ja rano, a gdzie dzień wcześniej miał takie dobre wyniki. Niestety, kumpel potwierdził tylko moje poranne doświadczenia. Ryba żerowała już bardzo kapryśnie. Skończyło się na drobnicy i to niezbyt licznej. Niestety tylko wtorek okazał się być „dniem konia”.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *