Nowa miejscówka

Duże wody zeszły. Wszystko powoli wraca do normy. Normy na plus, ale i na minus. Plusem jest to, że ryby powolutku rozkręcają się i zaczynają żerować w normalnym rytmie i przewidywalnych miejscach. Pewnym minusem okazują się jednak zmiany po dużej wodzie, jakie nastąpiły na niektórych fragmentach okolicznych rzek. Nasza podstawowa, wiślana miejscówka praktycznie została zlikwidowana. Miejsce, gdzie od lat łowiliśmy na zawołanie większość gatunków, a okazjonalnie także sumy i szczupaki, została wywrócona do góry nogami do tego stopnia, iż – nie mam wątpliwości – jest już tylko wspomnieniem. Trzeba będzie poszukać nowej, choć trochę podobnej.  Kolejna, negatywna nowość, to jakby zanik boleni na naszych odcinkach, przez ostatnie lata podstawowej ryby wśród tych dużych. Wprawdzie dało się już dawno temu zauważyć, że paradoksalnie dominowały ryby w okolicach 70cm, znacznie mniej było takich po 50-60cm, prawie brak małych ryb, nie Czytaj więcej [...]

Okoniowe szarże

Sezon, jeśli chodzi o duże ryby, czyli w moim wypadku w zasadzie tylko bolenie, jest żaden. Raczej się to już nie zmieni. Wiąże się to także z tym, że mam coraz bardziej dosyć poświęcania ładnych paru godzin, by „ustrzelić” jakąś większą rapę – jedną z coraz mniejszej puli, a w tym czasie naoglądam się buraków łowiących w strefach zakazanych, na szarpaka itp. I co gorsza, takim kmiotom od czasu do czasu zdarzy się piękny boleń, który zaraz dostanie w czapę. Jestem zły, że ta „głupia” ryba nie wzięła mnie, tylko takiemu dziadowi. I nawet jak by mój wynik też był niezły, to mam najzwyczajniej dosyć. To jeden z powodów, dla których lubię ponton: może być słabo z rybą, ale pływam tam gdzie ludzi relatywnie mało, na środkach pływających prawie nikogo i oszczędzam sobie nieciekawych spostrzeżeń, takich jak np. uchlana gromada ćwoków łowiąca bez obcinki w strefie zakazanej, w biały dzień. Ale kto pilnuje w tym kraju Czytaj więcej [...]

Setka brań

Zastanawiam się jak to jest.  Ten rok z dość zaskakującą aurą, paradoksalnie dobrze zrobił pstrągom. Dlaczego? Ano, po pierwsze – leżący jeszcze w kwietniu śnieg dość mocno ostudził wędkujących. Wprawdzie, jak zwykle z początkiem lutego ludzie ruszyli tłumnie, lecz, gdy zima nie ustępowała, miłośnicy tego hobby odpuszczali coraz bardziej. Wiem, bo bywałem nad wodą. Dotyczyło to na szczęście także zwykłych, wiejskich kłusowników. Potem, gdy nastały bardziej sprzyjające temperatury, to jak zwykle zresztą, duża część osób nie zawracała sobie głowy małymi rzeczkami, tylko skierowała swe zainteresowania ku większym wodom i rybom typu klenie, jazie, a potem już szczupaki itd. Kolejne fale opadów i całe dni z kakaową wodą w maju i czerwcu, znów skutecznie powstrzymywały, tym razem zapalonych wielbicieli potokowców, którzy dla tego gatunku poświęcają lwią część sezonu. Co więcej: z moich obserwacji wynikają jeszcze dwie kwestie. Czytaj więcej [...]

A już się zdawało, że…

W ostatni wtorek było bardzo ciepło. Spokojnie 30 stopni w słońcu. Lekki wiatr wschodni. Prognoza pogody zapowiada zmianę za dwa dni. Czuwamy z kumplem, bo co najmniej jeden z najbliższych dni powinien być właśnie tym rewelacyjnym. Pytanie tylko, który? Jest tuż po 12.00. Wychodząc z pracy zastanawiam się, co robić. Nad Wisłę nie bardzo chce mi się jechać, wszak połowa dnia za nami, rozważam pstrągi, choć w tym upale, to myślę powoli, ruszam się powoli i w ogóle nic mi się nie chce. Ale to może być ten dzień.  Ostatecznie wybieram małą rzeczkę. Trzy godziny później ze zdumienia przecieram oczy. Znajoma woda, jak nie ta sama. Na oko wszystko wygląda jakby tu przeszedł kataklizm. Powalone bez mała dziesiątki drzew, zerwane całe burty. Rzeka sprawia wrażenie mocno podniesionej, ale to tylko złudzenie. Kolejna fala powodziowa wybrała niesamowite dołki i pogłębiła całe koryto. Nie ma śladu po powszechnych tu, całych pokładach sinego mułu Czytaj więcej [...]

Zielone piekiełko

Zacząłem letni maraton spinningowy. Mam nadzieję, że przerwy będą tymi planowanymi, a pogoda będzie łaskawa, choć na to, to akurat się nie zanosi. Niestety. Urwanie głowy związane z prymitywnym sposobem spędzania wolnego czasu [praca] w końcu powoli okiełznałem. Nie miałem, o czym pisać, bo chciałem odrobić się ile można i z czystym sumieniem zbijać bąki z wędką w ręku. No, te dwa – cztery dni w tygodniu będę musiał czasem popracować, ale nie będzie źle. W zasadzie, to maraton miał się zacząć 22 czerwca. Uciułałem wolny dzień. Byłem tak „nagrzany”, że pojechałbym na Syberię bez środka przeciw komarom. Dzień wcześniej było dość chmurno i zapowiadano przelotne, lekkie opady. Wisła brudna, więc miałem zaliczyć zbiornik wody stojącej. Wszystko, absolutnie wszystko zapakowałem dzień wcześniej, by potem iść lekkim krokiem do auta, tym bardziej, że zastanawiałem się czy iść w ogóle spać. Ostatecznie zrobiłem sobie mały Czytaj więcej [...]