Kolory, kolory – brzana

Ciąg dalszy rozważań odnośnie preferencji kolorystycznej poszczególnych gatunków poświecę wąsatym. Brzana nie jest rybą, którą łowię często, szczególnie w ostatnich dwóch latach. W tym roku nie złowiłem ani jednej. Dlaczego? Odpowiedź jest niezwykle prosta: zanim skończył się okres ochronny, ryby te zostały wybite, na najczęściej odwiedzanym odcinku. Tak jest z resztą, co roku, a dodatkowo bardzo mała woda spowodowała, że ryby były bezradne. Jest jeszcze jedna przyczyna takiego stanu rzeczy. Uczciwie mówiąc, tegoroczny ciąg tarłowy brzan był tak mały, że śmiem twierdzić, że go nie było… To dlatego gatunek ten łowię najczęściej przypadkiem, przy polowaniu na klenie w okresie kwiecień – maj. Nie mniej może nie ilość ale regularność i powtarzalność złowień jest na tyle stała, że o jakichś regułach można bez obawy mówić.

Z dziesięć lat temu nastawialiśmy się z kolegą na te ryby specjalnie, także nad Wisłą, ale całkiem sensowne wyniki były też na Skawie. Co więcej, można było pomyśleć o brzanach wtedy, gdy je wolno już było łowić. Tu mała dygresja: zastanawiam się jak to jest z niby trującymi właściwościami ich mięsa w czasie tarła, bo kiedyś nie wytrzymałem i zamiast ochrzanić jakiegoś „buraka”, który w połowie maja załadował kilową brzanę do siaty, zapytałem, czy nie boi się jeść tych ryb w tym okresie. No i facet oznajmił, że to jakieś bujdy, że on non stop na wiosnę, odkąd biorą je zabiera i nigdy mu nic nie było… Nie wiem, może trafiło na jakiegoś twardziela, ale samo jego „odkąd biorą” mówi samo za siebie, dlaczego w lipcu tych ryb jest jak na lekarstwo.

Ponieważ ma być o kolorach, to przejdźmy do sedna. Uogólnieniem, ale w dużym stopniu prawdziwym jest stwierdzenie, że dla brzan kolor jest jeśli nie obojętny, to na pewno nie pierwszoplanowy. Moje, może skromne ale rozłożone na sporej przestrzeni czasu, doświadczenia z tym gatunkiem , pokazują że najważniejsze [poza oczywiście odpowiednim miejscem], jest dobranie przynęty łatwo schodzącej w pobliże dna i zarazem możliwie małej. Co więcej, kierując się tymi dwoma wytycznymi, łowiłem ryby zarówno w brudnej Wiśle 12 lat temu, w znacznie czystszych wodach Królowej w ostatnich latach, a także w bardzo przejrzystych wodach Skawy.

Ryby te i to chyba z podobnym efektem można złowić na wszystkiego rodzaju przynęty sztuczne. Osobiście nie upolowałem brzany wahadłówką i wirówką, lecz widziałem takie sytuacje – nie mam wątpliwości, że dobrze dobrane wielkościowo i stosownie do siły i głębokości nurtu tego rodzaju przynęty, nie będą mniej skuteczne niż pozostałe wabiki. Mam wrażenie, ale to tylko wrażenie, że gatunek ten chętniej od innych przynęt atakuje twistery, lecz zdecydowanie trudniej jest brzany zaciąć, gdyż łapią miękki, merdający im przy pyszczku ogon.

Pierwszą brzanę na spinning złowiłem na 5g cytrynową cykadę. Była to bardzo mała ryba, nie mniej zapięta za pyszczek. Tego rodzaju niewielkie brzanki, po 25-35cm dość często łowiłem także późną jesienią w spowolnieniach, przy okazji zabawy z okoniami.

(fot. A.K.)
Mała brzanka złowiona na spory twister.

Nieznacznie większe [miarowe] wąsate upolowałem na typową 6cm białą, lekko tonącą uklejkę, pływającą w połowie 2m nurtu. Silnego nurtu. Jakoś nic lepszego nie przychodziło mi wtedy do głowy, być może dlatego, że łowisko pozbawiało mnie czegokolwiek, co zapuściło się w pobliże dna. Mimo wszystko brzan musiało być wiele, bo brały nawet dość wysoko nad dnem. Było to w sierpniu.

Jeżeli chodzi o łowienie w podkarpackiej, czystej rzece, to rzecz była prosta, dopóki było sporo ryb. Wystarczyło znaleźć końcówkę wypłycającej się płani, przechodzącej w silny i wąski wlew, za którym robiło się beło, bania czy jak to zwą: taka większa dziura z dynamicznie buzująca wodą. W lipcu i sierpniu łowiłem ryby przed wlewem, a jesienią na końcu beła w dół rzeki.

(fot. A.K.)
Archiwalna już fotka. Widać wlew powyżej którego ryby łowiłem latem, a ta ze zdjęcia wzięła tuż poniżej zwężenia, na spokojniejszej wodzie. Początek jesieni.

W obu miejscach najwygodniejsze były woblery. Korzystałem z tonących. Miałem dwa modele: jeden to biały wobler, głębiej schodzący, o żywej akcji, a drugi to wyrób własny. Był to przypadkiem niezwykle udany wabik , zaledwie 3 cm długości, ale niezwykle ciężki i o pracy wręcz kopiącej, tyle, że regularnej i jak się okazało brzany do pół metra, [bo takie wtedy tam łowiłem] bardzo go lubiły.

(fot. A.K.)
W zasadzie nic więcej nie trzeba. Może tylko w głębszych rynnach, jakiś wobler głęboko schodzący. I tyle…

Jak widać na zdjęciu, był kolorystycznie całkiem inny, niż ten biały – mam go z resztą po dziś dzień. Samo wędkowanie sprowadzało się do sprawdzenia z wysokiego brzegu, czy ryby są powyżej, czy poniżej wlewu. Jeśli były, to na wszelki wypadek zataczałem spore koło i do wody podchodziłem jakieś 200m wyżej, schodząc środkiem rzeki, by spłoszyć ewentualne inne brzany, by spłynęły w łowisko. Podchodziłem mniej więcej 30-40m od wlewu i zarzucałem przynętę. Zazwyczaj pierwsze atakowały mniejsze ryby. Potrafiłem trzymać drżący wabik i pięć, może nawet dziesięć minut bez zwijania żyłki. Przekładałem tylko kij z lewej na prawą stronę, albo zmieniałem kąt nachylenia wędki. Zazwyczaj łowiłem jedną – dwie miarowe ryby w takim miejscu. Czasami było widać, gdy nie było brań – podchodziłem coraz bliżej wlewu – okazywało się, że ryby pływają jakby przyklejone do dna, dosłownie na granicy buzującego beła i można było dostrzec, jak całkiem żwawo podpływały do woblerów. Jak napisałem, kolor zdawał się nie mieć znaczenia. Jedynie charakter pracy małej, co podkreślam przynęty: możliwie blisko dna, koniecznie regularny. W chodzące chaotycznie i nieprzewidywalne woblery, brzany jakby nie trafiały, albo tak długo przymierzały się do zassania woblera, że w końcu się…rozmyślały. Tak, że praca mogła być łagodna, mogła być ostra, byle równa.

Trochę inaczej podchodziliśmy do tych ryb nad Wisłą. Tu z resztą na przestrzeni lat 2005-2007 potraciliśmy z kolegą naprawdę sporo wielkich brzan. Pomijam te podhaczone, bo ich było chyba jeszcze więcej.

(fot. A.K.)
Duża już, wakacyjna brzana Dominika. Wzięła, jeśli dobrze pamiętam na mały twisterek. Na marginesie dodam, że Dominik ma 2m i musi trzymać tarpona, by ryba wyglądała na dużą…

Naszym łowiskiem też był wlew, przechodzący w ostrą wodę, ale znacznie bardziej obszerny i głębszy. Przy niżówce bywało tam 1,5m wody; przy wyższych stanach i 2m z kawałkiem. Najlepiej sprawdzały się, toczone wachlarzem po dość równym dnie przynęty gumowe, z tym, że jak napisałem wcześniej twistery miały dużo większe wzięcie. Łowienie tego rodzaju przynętami miało ten jeszcze sens, że równie chętnie atakowały je klenie, sandacze i stojące na obrzeżach nurtu okonie. Naprawdę, nie zauważyłem by kolor robił rybom różnicę. Jeśli były w ogóle w miejscówce, to taka sama była reakcja brzan, na gumy różnych kolorów w dni słoneczne, przy względnie niskiej wodzie i podobne wabiki stosowane w zimne dni, towarzyszące opadom i podniesionej wodzie. W związku z tym łowiliśmy brzany na paprochy motor oil na 2-3g [niżówka], oraz częściej na białe, żółte, czerwone, a nawet niebieskie twisterki 5cm. Obciążenie zazwyczaj wynosiło 5-6g.

(fot. A.K.)
Brzana złowiona  na granatowy 5cm twister.

Jak widać, przy okazji tego gatunku, to odnośnie kolorów chyba nie ma co cudować. Może ktoś ma inne spostrzeżenia; moje są akurat takie. Nie mam jedynie żadnych doświadczeń z tym gatunkiem przy całkiem brudnej wodzie. W lekko trąconej, w której można domniemywać, że ryby cokolwiek widziały, barwa nie miała szczególnego znaczenia.

Na koniec małe spostrzeżenie. Odradzam łowienia tych ryb na trok boczny. Osobiście nie lubię tej metody, nie mniej czasami po nią sięgam. Kiedyś, przy wysokiej wodzie uznałem, że to jedyna szansa zaprezentowania 5cm twisterka na 5g. Do wolnego końca z przeciętej pętli doczepiłem chyba 8g główkę, ocalałą po jakimś zaczepie, który pozbawił ją haka. Faktycznie bardzo szybko złowiłem za pyszczek dwie 53cm brzanki, by potem jednak mieć kilka podcinek, z których jedna okazała się nie do wyjęcia. Grubo ponad 70cm ryba wydarła całą żyłkę, dała się porwać wodzie, a stojąc w środku koryta miałem ograniczone pole schodzenia w dół rzeki. Urwała wszystko w diabły. To był pierwszy i ostatni raz gdy zastosowałem ten sposób na te ryby.

Brzana nie jest moim faworytem. Nieznacznie tylko bardziej energiczna w zakusach na przynęty niż jaź, za to w porównaniu z nim prawie ślepa [to dlatego mamy wrażenie, że są takie flegmatyczne]. Samo branie jest takie sobie – najczęściej lekkie tyrpnięcie przynęty, albo jej miękkie zassanie. Hol oczywiście bywa świetny, ryba przesympatycznej urody. Nie mam pojęcia jak brzanie można dać w łeb.


(fot. D.S.)

7 myśli nt. „Kolory, kolory – brzana

  1. O istnieniu „beła” dowiedziałem się parę lat temu, przechadzając się brzegiem Skawy wraz z moją dziewczyną, mieszkanką Juszczyna 🙂
    Wtedy okazało się ono synonimem słowa „basen”, z wiadomych względów 🙂
    Jednak ostatnimi czasy „beło” nabrało dla mnie innego znaczenia… Co prawda w lecie dalej funkcjonuje jako niezłe kąpielisko, ale końcówka zimy, wiosna i wczesne lato dają okazję na trochę frajdy z kropkami, klenikami, czasem okonia można spotkać, a w zeszłym roku w górnym biegu widziałem zębatego drapieżnika, naprawdę słusznych rozmiarów. Aż się wystraszyłem 🙂
    Co prawda, odbiegłem od tematu brzany – jakże pięknej ryby – ale tylko dlatego, że nigdy nie miałem z nią kontaktu. I obawiam się niestety, że w mojej okolicy szanse na złowienie brzany są bardzo małe. Nie mniej jednak od marca 2013 zamierzam intensywniej przeczesywać Skawę, niż to miało miejsce w 2012. Górna Skawa i odcinek od Wadowic do Zatora będzie moim celem na przyszły rok. Zobaczymy, czy jeszcze coś się tam ostało…

    PS. Jak zwykle super artykuł, świetnie się czyta, keep it up!

    Pozdrawiam,
    Maciek

    • To daj od czasu do czasu znać, jakie wyniki. Ja nad Skawą bywam już tylko okazjonalnie. Nie twierdze, że jest zupełnie pusta, ale od Wadowic w dół [nie licząc samego ujścia, które jest z kolei pod niesamowitą presją], to cudów nie ma…

  2. Czy to czasem nie na Skawie „spece” z WMH łowili brzany na nimfe w jednym ze swych filmów?

    Bardzo dobry (do czego już przywykłem;)) artykuł;)
    Pozdrawiam

  3. na ujściu Skawy te brzany łowili spece … jakieś 300 metrów od progu, przez który nie ma ryb w Skawie., Gdyby tego progu nie było, albo przynajmniej była na nim pochylnia, to na wiosnę cała Skawa aż do Grodziska byłaby pełna świnek, brzan, kleni, jazi, szczupaków, sandaczy itp. Miejscowe kłusole z Podolsza i Smolic nie mieli by co robić, a tak to na wiosnę stoją na betonie z siatami i szarpią co wpadnie. Tak jest co roku na wiosnę. Jeśli ktoś chce zobaczyć srebrzącą się od świnek Skawę … polecam, końcem marca, początkiem kwietnia zależy od zimy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *