Kolory, czyli jak trafić w rybie gusta… [i nie zwariować] – cz. I

Koniec czerwca. Duży przybór Wisły. Po paru dniach woda powoli, ale wyraźnie zaczęła opadać. Ciepła woda, bo panują upały. Nieznacznie przybrudzona rzeka, przelewa się po łagodnych pagórkach żwirowych łach, z rzadka porośniętych kępami traw. Stoję po kolana w wodzie na jednej z takich wysepek. Zarzucam przynęty w skos pod prąd i pozwalam im spływać wzdłuż podtopionego pasa zieleni. Ryby biorą fenomenalnie. Dominują małe, dwu – trzyletnie sandacze. Nie wiem, czy uwierzycie, ale tylko w ten jeden dzień złowiłem ich ponad siedemdziesiąt sztuk i nie jest to opowieść sprzed 20 ani nawet 10 lat. Co trzecią rybą jest okoń, a ładne klenie też nie są rzadkie.  Trafiają się nawet niewielkie [40 – 50cm], dwa bolenie. Jak prawie zawsze w tak nieczęstej, a komfortowej sytuacji eksperymentuję. Małe drapieżniki żerują na porywanych przez silny nurt małych rybich igiełkach – świeżo wyległym narybku. Łowię taką wyblakłą wersją motor oil, dość mocno przezroczystą. Główka 2g powoduje, że twisterek w wartkim nurcie idzie blisko powierzchni. Praktycznie nie ma rzutu bez kontaktu. Zakładam na tę sama główkę, taki sam twisterek tylko perłowy. Jestem w szoku, bo łowię tylko malutkiego klonka. Wygląda na to, że ryby dziś widzą tylko odcienie zielonego…Dokładam więc trzy gramy i perłowa gumka, tym razem na główce 5g w umiarkowanym tempie jest toczona przez nurt po dnie. I co? Brań nie ma tylko w tedy, gdy uwiesi się na przynęcie kawałek dość licznych szczątków roślinnych, które niesie woda. Robię kolejną zamianę: na główkę 5g wędruje ten blady zielonkawy twisterek. Owszem, brania są, ale nie tak liczne. Nie mam pojęcia, dlaczego ryby pochłaniały jeden kolor głównie pod powierzchnią, a drugi tylko przy dnie [było tam może nieznacznie nad metr wody]. Dla mnie wniosek tylko taki, że o ile kolor bywa strategiczny, to nie mniej ważne o ile nie ważniejsze jest podanie przynęty…

Nikt chyba nie ma wątpliwości, że kolor przynęty odgrywa jedną z podstawowych ról w spinningu. Ciągle pojawiające się nowe wzory kolorystyczne, kuszą nas w reklamach, jak i są zachwalane przez profesjonalnych wędkarzy. Gdyby być na bieżąco w temacie, to co roku powinniśmy kupować kilogramy samych gum…

Wędkarstwo, jakkolwiek bardzo się zmienia i ciągle rozwija, to jednak na pewnych płaszczyznach trudno na siłę wymyślić coś nowego. Dotyczy to też kwestii kolorów. Prowadzi to do albo przesadnego cudowania, albo upraszczania sprawy. [Inna rzecz, nad którą sam się zastanawiam, dotyczy tego, jak napisać o tym samym inaczej, by w tekście była choć mała ożywcza – nazwijmy to fala, jak już jesteśmy w temacie wody –  fala czegokolwiek nowego, a biedzą się nad tym szczególnie chyba wydawnictwa wędkarskie]. Zazwyczaj temat przedstawia się w następujący sposób:

  • gatunek taki, a taki, preferuje  kolory… [najbardziej ogólne spojrzenie]
  • dany rodzaj ryb lubi kolor czerwony w wodzie typu X, a kolor zielony w wodach typu Y
  • czasem rozróżnia się preferencje kolorystyczne ryb ze względu na pory roku

Nie spotkałem się jak na razie z konfrontacją ulubionych kolorów danego gatunku w zależności od typu przynęt [np. błystka-guma], a ze swoich doświadczeń widzę tu już spore odstępstwa w stosunku do utartych i słusznych, co podkreślam schematów. Myślę o tym, że np. jak dany gatunek preferuje białe woblery, to czy podobnie jest z białymi wirówkami. Również relacja kolor – wielkość wabika raczej jest pomijana, moim zdaniem niesłusznie. Tym zajmę się w kolejnej serii tekstów. Jedynie, czego tu nie znajdziecie, to teoretyzowania odnośnie sandaczy, szczupaków czy sumów. Z racji tego, że bardzo rzadko zdarza mi się łowić większe zębacze, a sumów prawie nie łowię, to odpuszczę sobie gdybanie o rzeczach, o których nie wiem zbyt dużo. Cykl ten poświęcę, więc boleniom, brzanom, pstrągom [w tym tęczakom], okoniom, wzdręgom, a zacznę od jazi i kleni.

I jeszcze jedna myśl: otóż w wędkarstwie niezwykle łatwo budujemy teorie, dzięki którym jesteśmy w stanie obierać jakąś taktykę nad wodą. Problem w tym, że od każdej, nawet w miarę powszechnie potwierdzanej zasady, wielu wędkarzy wskaże przypadki ze swojego doświadczenia, będące ich zaprzeczeniem. Tak to już jest z naszym hobby i o tym powinniśmy pamiętać. Nie mniej wnikliwa obserwacja pozwala ułatwić sobie zadanie; często nawet w warunkach bardzo trudnych, umożliwia kontakt z rybą. Niekoniecznie jedną i niekoniecznie małą. Warto, więc o takich rzeczach mówić.

Dawniej, gdy uczyłem się głównie z czasopism wędkarskich, baczną uwagę zwracałem na wszelkie nowości przynętowe, oraz sugestie autorów. Efekt taki, że do dziś mam kilka wielkich pudeł, naprawdę dużych, pełnych woblerów w kolorach, które ryby przyprawią o dreszcze, cykad, na które miał polować każdy drapieżca, a finalnie sporadycznie interesowały się nimi tylko sandacze [jak jeszcze były], oraz parę kilo wielgachnych gum, które nigdy wody nawet nie widziały i obawiam się że nie będzie im dane. Wydałem sporo pieniędzy na rzeczy, których w praktyce nawet nie wykorzystam do jakichś testów. Dziś już to wiem. Dzisiaj wiem, że po pierwsze wystarczą wszelkie odmiany zieleni [zaliczam tu motor oil], bieli [w tym perłowy], oraz tzw. seledyn, który dla mnie jest kolorem cytrynowym. Tyle w temacie gum. Oczywiście są niewielkie dodatki [odcienie nazwijmy to szeroko rozumianego fioletu – purpury, ale głównie w przypadku gumowych paprochów]. Już nieco inaczej widzę temat kolorów odnośnie błystek [zarówno wahadłowych jak i wirówek], gdzie bazuję na srebrze, miedzi i rzadziej złocie. W rzeczywistości tylko w zakresie woblerów pozwalam sobie na więcej swobody, aczkolwiek bez szaleństw.

Klenie i jazie…

Często te ryby wrzuca się do jednego worka ze względu na wiele niewątpliwych podobieństw, nie tylko w wyglądzie tych gatunków. Mam jednak tendencję do zagłębiania się w szczegóły i nigdy mnie się nie podobało takie stawianie sprawy. Tak na szybko parę różnic: kleń jest znacznie bardziej temperamentnym stworzeniem; jaź potrafi namyślać się nad wzięciem przynęty relatywnie bardzo długo – kleń jeśli nie zaatakuje w ciągu sekundy, dwóch, to raczej odpuszcza, choć zdarza się, że płynie chwilę za wabikiem. Jeśli ryby mają wybór, to zasiedlają zdecydowanie różne miejscówki. Kleń w przeciwieństwie do jazia potrafi nierzadko porwać się na szczyty, czyli wabik bardzo duży. Jazie z reguły potrafią podnieść z dna leżący tam nieruchomo woblerek, czy gumkę. Kleń czyni tak chyba sporadycznie – tylko raz coś takiego zaobserwowałem. Wreszcie w temacie gumek: odnośnie kleni, to przynęta chyba niedoceniana, natomiast u jazi ma znacznie mniejsze zastosowanie. Odnosi się to również do kolorów.

Poniższy przegląd zrobiłem ze względu na typ łowisk i najlepiej sprawdzające mi się kolory. Przynęty połączyłem w zestawy, z których korzystam najczęściej, a mają jeszcze ten plus, że zazwyczaj ogarnie się je jedną grubością żyłki i jednym kijem.

Rzeki duże…

Czyli w moim przypadku górna Wisła. Najczęściej odcinek od Oświęcimia po Niepołomice.

Biorąc pod uwagę oba gatunki i przynęty gumowe, to punktów wspólnych odnośnie kolorów nie ma za wiele. Łowiąc silikonowymi wabikami klenie, zawierzam bieli/perle, a potem nie ma długo, długo nic. Nie wiem, ale klenie, niezależnie od pory roku przejawiają bardzo zauważalną słabość do tego koloru. Używam praktycznie wyłącznie twisterków nr większych od najmniejszych paprochów [marka nie istotna, byle były w miarę miękkie], a w ripperkach nie bawię się niczym innym niż Mans`em 4cm. Kluczowe, poza oczywiście kolorem jest dobranie obciążenia do nurtu, ponieważ raczej nie łowię tymi przynętami pod prąd tylko spławiam z biegiem rzeki po dnie lub tuż nad nim, czyli stoję prostopadle do nurtu i rzucam nieznacznie pod prąd. To świetna metoda, gdy gatunek ten nie interesuje się tym co w toni albo pod powierzchnią, ale żeruje. I powiem tak, że szczególnie na obleganych miejscówkach, klenie na ten typ żerowania się przestawiają. Wadą tej metody jest to, że ryby bardzo często, podobnie jak pstrągi łapią podrywaną przez nurt gumkę, gdy żyłka układa się już równolegle do nurtu. Kończy się zazwyczaj na mocnym szarpnięciu za sam ogon.

Taki sposób łowienia doskonale sprawdza się na głębszych i w miarę spokojnych [ale nie leniwych] napływach na wzniesienia dna, a także tuż przed znaczącymi zwężeniami koryta rzeki, czy jej odnogi. W zasadzie nie stosuję większego obciążenia niż 4g, wyjątkowo pięć. Głębokość moich łowisk przy takim spinningowaniu waha się  od jednego do dwóch metrów. Jeżeli nurt jest taki, że trzeba by założyć więcej, to chyba przynęty wyżej wspomniane, zmieniają charakter pracy, bo brań mam mało lub wcale. Jak napisałem – takie łowienie sprawdza mi się cały rok, ale najlepszy jego czas to na omawianym odcinku Wisły – druga połowa czerwca. Zaliczenie w dobrym miejscu i dobrym dniu około pięćdziesięciu pobić w 3-4 godziny nie jest sensacją. Wyjmuje się zwykle połowę z tych ryb, a ich wielkość zazwyczaj waha się od trzydziestu do nieznacznie ponad czterdzieści centymetrów. Trafiają się też większe, ale zależy to od zasobności łowiska. Szczególnie okazałe sztuki, mnie nie zaszczycają za często.

Jaź i gumy. Od razu powiem, że powyższy schemat w temacie jazia sprawdza się sporadycznie. Odnośnie przynęt gumowych, jaż to zupełnie inny świat niż kleń. Tak pod względem wielkości wabika jak i jego koloru. Przynęty tego typu mają też znacznie węższe zastosowanie. W moim przypadku sprawdzają się wyłącznie w różnego rodzaju zastoiskach, gdzie jest co najmniej 1m wody, a ponad 2m to nie rzadkość. Dno w takich miejscach jest zazwyczaj dość muliste.  Jazie mają fenomenalną cechę: podnoszą nieruchomy wabik z dna  o ile, jeśli trafnie wnioskuję – widzą jego opadanie. Wykorzystuję tu głównie ciemne, najmniejsze twisterki na główkach od 1 do 2g. Więcej nie trzeba by rozprostować żyłkę szesnastkę przy braku uciągu i około 2m głębokości.  Zazwyczaj jest to łowienie w strefie brzegowej, więc nie trzeba rzucać daleko.

(fot.A.K.)
Mój podstawowy, kleniowy zestaw na Wisłę: około 6cm „płotka”, 4cm perłowy Mans, perłowy twister, 2,5cm pływający „bączek”, wirówka Wrta 0, Wrta 00 i głębiej schodzący, tonący woblerek.

Bardzo często obserwowałem, ładne już jazie, jak spokojnie pływały pod powierzchnią i od czasu do czasu, leniwie zasysały jakieś drobiny z powierzchni. Niestety, mimo wielu starań, nie reagowały zupełnie nawet na najmniejsze woblerki, czy wirówki [smużaków jeszcze nie używałem]. O wszystkim zadecydowała jedna jedyna obserwacja: kiedy zrezygnowany, założyłem okoniowy twisterek, licząc, że pocieszy mnie jakiś zbłąkany pasiak, pod nogami, może 2m od brzegu wychynął jak mały u-bot piękny jaziol. Nie mają czasu na zmianę przynęty i bojąc się nadmiernego ruchu, leniwie położyłem gumkę na wodzie, kilkanaście centymetrów od głowy ryby. Kabłąk był otwarty, więc przynęta powoli znikła w toni. Ryba nie zareagowała od razu, ale gdy nie miałem już nadziei, bo w raczej brudnej wodzie przynęta znikła mi z oczu, jaź dał spokojnego nura. Chcąc zacząć zwijać przynętę poczułem opór – jaź miał gumkę w pysku. 

(fot.A.K.)
Niewielki jazik na wyblakły motor oil. Zazwyczaj są większe.

Od tamtej pory, gdy w podobnych rewirach ryby ignorują moje starania, posiłkuję się gumkami. Najlepiej po dostrzeżeniu zwierzaka, zarzucić w jego pobliże twister i raczej na otwartym kabłąku [żyłkę kontroluję delikatnie palcami] pozwalam opadać wabikowi. Zamykam kabłąk jeśli nic się nie dzieje, czekam parę sekund [tak do około dziesięciu] i szybko wyciągam przynętę. Czasem brania są w toni, lecz rzadziej. Dodam, że opadanie przynęty na napiętej żyłce, szczególnie gdy są śladowe wpływy nurtu, odciąga gumę od ryby, a jaź to leniuch. Korzystam wyłącznie z najmniejszych okoniowych parochów. Sprawdzają mi się wyłącznie ciemne lub nazwijmy to stonowane kolory: wszelkie odmiany fioletów w tym taki wypłowiały, przeźroczysty, oraz motor oil – też niekoniecznie silnie zafarbowany. Rzadko w ten sposób trafia się  rybę mniejszą niż 40cm.

Patent ma tę zaletę, że takie stojące, zamulone fragmenty, są na dnie bardzo często naszpikowane wszelkim dziadostwem, które pozbawi nas przynęty, przy konwencjonalnym prowadzeniu jej po dnie.

Jedyny minus takiej zabawy, to fakt, że ogranicza się ona do okresu maj – wrzesień. W pozostałych miesiącach nie miałem nawet symbolicznych wyników. Druga uwaga: ryby w ten sposób łowiłem zawsze w pełni dnia.

Żelazo

W przypadku tych gatunków, w wodach bieżących nie używam wahadłówek, albo robię to sporadycznie. Wszystko poniżej dotyczy więc błystek wirowych. Z racji dużego oporu ryb w ostatnich 5-6 latach do atakowania większych błystek, na rzekach odwiedzanych przeze mnie korzystam dziś wyłącznie z wirówek o rozmiarze 00 i 0. Kolorystyka bardzo monotonna – srebro. Dawniej stosowałem te wszystkie paski, kropki i przyznam, że wyniki były dobre, ale było to w czasach, gdy standardową 2-kę, bez oporów napastował 25cm klenik. Teraz jak napisałem nie jest już tak łatwo, a na tak małych wirówkach jakie stosuję, trudno położyć trwała warstwę lakieru, która nie zaburza pracy cieniutkiego skrzydełka. Przy tak małych błystkach, ich typ ze względu na kształt wirującej paletki, nie ma moim zdaniem znaczenia. Pod kątem obu gatunków, różnica tylko taka, że na jazie praktycznie wyłącznie korzystam z wielkości 00, a na klenie dochodzi rozmiar 0.

(fot.A.K.)
Podstawowy zestaw na jazie: relatywnie duży, leniwie kołyszący się wobler, drobniutko chodzące maleństwo. Wrta 00, smużak i fioletowy twisterek.

Co do sposobu łowienia, to żadnych egzotycznych niuansów nie stosuję i nie znam. Ze względu na charakter pracy tych przynęt, korzystam z nich na odcinkach z wyraźnym uciągiem i raczej płytkich, czy nawet bardzo płytkich. Zazwyczaj łowię w takich miejscach i na te właśnie przynęty, rzeczywiście oba gatunki. Zarzucam prostopadle do nurtu i wachlarzem sprowadzam blaszkę do brzegu. Tak małe wirówki są niezwykle skuteczne na rozległych kamieniskach z małą ilością wody, gdzie przynętę ciągnie się pod prąd, tuż pod powierzchnią [krótkie smużenie skrzydełkiem powierzchni wody, bez zatrzymania pracy wabika jest bardzo wskazane], slalomem między i nad głębiej zalanymi kamieniami. Tu znów wychodzi duża różnica temperamentu obu gatunków: jazie najczęściej szybko, ale zgrabnie zasysają wirówkę; klenie, nawet małe, po prostu w nią łomocą. Wirówka jest super przynętą  także tam, gdzie kończy się przykosa ale nie klasyczna z piachu [takiej klenie i jazie nie lubią] tylko żwirowa i pobliżu nie ma dużych drapieżców. Nawet jeśli zaraz za uskokiem zaczyna się głębia, to szczególnie klenie, w świetle dnia czatują tuż poniżej. Pojawianie się na tle nieba małej srebrnej obrotówki, nie jest traktowane obojętnie.


(fot.A.K.)

Bywa jeszcze tak, że wirówka jest ostatnią nadzieją i co ważne niepłonną, gdy tuż przed silnym wlewem klenie [bo to one zazwyczaj okupują taką miejscówkę] atakują nam, jak wspominałem gumki, gdy nurt prostuje żyłkę, a wabik podrywa się z nad dna. Mamy zazwyczaj świetny ale pusty strzał „za ogon”. Gdy nie mogę sobie z takimi rybami poradzić, a brania występują tylko w jednym miejscu, podaję wirówkę. Po zarzuceniu, zazwyczaj w skos nurtu i w dół płynącej wody, wysnuwam szybko ręką kolejne metry. Robię tak gdyż powstające napięcie, gdy żyłka jest wysnuwana siłą nurtu, od razu ściąga nam wabik do brzegu, a bywa, że nie jest to pożądane. Nadmiar żyłki daje też pewność, że nawet w silnym prądzie, mała wirówka dotrze do dna i po nim lub tuż nad nim się toczy. Gdy jest już orientacyjnie w „polu rażenia”, zdecydowanie napinam żyłkę i czekam. Resztę robi nurt i kleń, który na ogół nie odpuszcza delikatnie aczkolwiek wyraźne „brzęczącej” mu i odjeżdżającej w górę ofierze. Nie muszę dodawać, że zdecydowany atak w wirówkę zazwyczaj kończy się pomyślnie. Aha, korzystam z tego sposobu, jak wiem, że w danym miejscu nie ma zaczepów albo jest ich mało, lub są niegroźne. W innym wypadku to kosztowny sport.

Co do błystek, to najlepiej sprawdzają mi się w pełni lata, choć i na wiosnę, także w tę bardzo wczesną, takie właśnie maleńkie obrotówki też dają radę, w przeciwieństwie do dużych „wiatraków”, które na przedwiośniu chyba są za „straszne” dla obu gatunków.

Woblery, a raczej wobki

Dawniej było łatwo. Zarzucało się nawet 4-5cm bąka, pomalowanego w jakieś wściekłe esy-floresy i przynajmniej klenie brały. Częściej miałem problem by trafić w odległe miejsce, gdzie stały ryby, niż z samym zachęceniem ich do ataku. Dziś można się tylko modlić, by kiedyś wróciły tamte czasy.

(fot.A.K.)
Dawniej było łatwo…

Obecnie „zszedłem” bardzo w gabarytach również tego rodzaju przynęt. Kłopotem jest nie tylko mniejsza ilość ryb, ale w odcinkach pod mocną presją, [a na takich zazwyczaj wędkuję], ryby, mimo, że nie są to szczególnie bystre stworzenia i na pewno nie uczą się w miarę trwale jak choćby psy, to jednak codzienna praktycznie obecność wędkarzy, podtrzymuje w nich ostrożność w stosunku do najczęściej oglądanych przynęt. Czasem się zastanawiam, na ile ryby rozróżniają te wszystkie detale kształtu i kolorystyki. Skłaniam się ku temu, że je dostrzegają. Natomiast jestem pewien, że świetnie i szybko szacują wielkość zdobyczy. Jeżeli kleń, czy jaź jest kłuty kilka razy w miesiącu [o ile trafia na rozumnych ludzi, którzy go wypuszczą], przez 4-5cm „żuki”, czy „rybki”, to zaczyna ich unikać. Za to bez obaw atakuje dwu centymetrową ofiarę. W tym roku miałem tego koronny dowód.

W połowie kwietnia wybrałem się na jazie w sobotę. Pomysł był słaby, bo nad wodą pojawiłem się około 11.00. Na jedynej w tym rejonie, atrakcyjnej opasce naliczyłem …9 spinningistów. Jedynie zamieniłem z nimi parę słów. Okazało się, iż od bladego świtu w sumie złowili wspólnie 2 jazie. To były z resztą jedyne ryby jakie złowili. Praktycznie wszyscy mieli nowoczesne i delikatne kijki, korzystali z żyłek od 16-ki do czternastki – przynajmniej ci, których o takie szczegóły pytałem. Woda była już dość niska i zdziwiło mnie nieznacznie, że bez wyjątku większość korzystała z bardzo jaskrawych woblerków, a wszyscy z przynęt powyżej, „na oko” 4cm…Z braku miejsca poszwędałem się w okolicy, bardziej podziwiając wiosnę niż łowiąc. Udało mi się skusić tylko 36cm klonka. Po około godzinie minął mnie jeden z łowiących na opasce, twierdząc, że jest już pusta. Bilans złowionych ryb podobno im się nie zmienił. Udało mi się zaraz z marszu złowić jednego jazia i po około pół godzince – drugiego. Z tym, że łowiłem  niepozornym, szarym wobkiem 18mm. Tylko w dużej różnicy w przynęcie upatruję sukcesu w tej sytuacji, bo jaź nie jest szczególnie płochliwy, a i chłopaki zachowywali się raczej powściągliwie.

Generalnie znów bazuję na przynętach białych, z ewentualnymi dodatkami, najczęściej jasnoniebieskim. Natomiast staram się unikać woblerów powyżej 30mm w przypadku jazia.


(fot.A.K.)

Na klenie mam zazwyczaj też ciut większy [5-6cm], płotkopodobny wabik o zgniłozielonej barwie z prześwitami czerwieni, najczęściej pływający, o wyraźnej pracy ale bez przesady. Nawet w silnym nurcie, szczytówka kija do 15g przygina się nieznacznie pod wpływem pracy tej przynęty. Woblerami łowię w miejscach typowych, jakie wielokrotnie opisywano, więc tylko w skrócie: przelew, niegłębokie rafki, kamieniska, ale wyraźnie zalane wodą, oraz dość głębokie płanie z równym kamienistym dnem [na ulubionej jest od 1,5 do 2m głębokości] i tam nawet małe woblerki są atakowane pod powierzchnią, mimo, że ryby stoją kawał drogi od brzegu. Ciekawe jest to, iż przynętę podaję nawet do 70m w dół rzeki. Szczerze, to nie czuję nawet pracy woblera, a branie przypomina powieszenie się woreczka z wodą. Z tym że na tym ostatnim miejscu, ryby nie zawsze żerują, często kapryszą. Największym woblerem jakie świadomie stosuje na jazie jest niebiesko biały, specyficznie „gibający” się na boki wobek. Korzystam z niego przy podniesionej wodzie i jest zaskakująco łowny ze swoją flegmatyczną, kolebiąca się pracą. Wszystkie konwencjonalne woblery są chyba najbardziej uniwersalną przynętą na oba gatunki i co najważniejsze całosezonową. Często można przeczytać, by jeśli łowimy np. na opasce, prowadzić wobler blisko brzegu. To blisko, szczególnie odnośnie jazia, to naprawdę 10-20cm, a jak się da to bliżej.

(fot.A.K.)
To ostatni duży jaź złowiony na ten woblerek. Nie urwała go kiedyś nawet 66cm brzana, ale w tym roku poległ na jakiejś gałęzi, a miałem go z 10 lat…

Od dwóch lat bardzo silną pozycję w moim pudełku zajmują maleńkie smużaki. Śmiem twierdzić, że są one najlepszą przynętą na jazie i klenie w moich rejonach, pewnie dlatego, że mało kto na nie łowi. Od razu powiem, choć raz to gdzieś napisałem: dla mnie smużak, to wobek, który pracuje na powierzchni a nie tuż pod nią, dosłownie, jakby biegnie po lustrze wody na swoich sztucznych łapkach i przy umiarkowanym nurcie, prawie nie zostawia śladów na tafli. W przypadku kleni przynęty te zdają egzamin w zdecydowanie cieplejszej porze roku; jazie zażerają je od zejścia lodów. Minus łowienia smużakiem, to znalezienie raczej płytkiej wody i dobrze choć od czasu do czasu widzieć w niej poruszające się ryby. Łowienie smużakiem opiszę przy innej okazji, bo to trochę odrębna bajka, wymagająca jednak innego sprzętu, a przynajmniej cieńszej linki.

Oczywiście do takich przynęt istotne jest odpowiednie dobranie żyłki i kijka. Można znów wiele powiedzieć na ten temat. Ja najczęściej korzystam z 3m okropnie powolnego kija do 10g i żyłki 16-ki, czasem 14-ki. Przy łowieniu pod powierzchnią ważne jest by żyłka była w neutralnym kolorze. Łowiąc na gumy, nad dnem, ryby biorą na każdą linkę, której grubość nie zakłóca w podejrzany sposób pracy przynęty.

Jak widzicie łowię cienko na bardzo małe przynęty, ktoś by rzekł, że zawodniczo. Niestety łowię tak, bo chcę złowić rybę. Oczywiście łatwiej, [bo m. in. dalej] podaje się wabiki 6cm, na żyłce 0,20mm. Co więcej, w razie kontaktu z czymś więcej niż nawet 2 kilowy jaź lub kleń, nasze szanse rosną. Z tym, że to rzadkie momenty, a ryby już tak się wycwaniły, że by mieć z nimi styczność, łowię delikatnie.

Oczywiście, zdarzało mi się łowić, nawet w ostatnich latach klenie na duże [powyżej 10cm] boleniowe woblery. Mogę rzec –  to częste wypadki, ale nie jest to na pewno sposób najlepszy. Podobnie jazie; bywało, atakowały 6-7cm kopytka [raczej późną jesienią], czy niewielkie, ale bez przesady wahadłówki [wiosną]. Z tym, że to okazjonalne przygody, które trudno uznać za wzorzec do naśladowania, czy regułę.

(fot.A.K.)
Fotka niezbyt udana, ale archiwalna. Niespełna 40cm jaź na 5cm wahadłówkę.

Kłamałbym mówiąc, że bazuję tylko na tym, co zamieściłem na zdjęciach. Zawsze leży, nawet w małym pudełku, jakiś mały, żółty mansik, czy twisterek w dziwnej kolorystyce. Z tym, że sięgam po nie wtedy, gdy nic innego nie działa i prawdę mówiąc, przynęty te nieczęsto odmieniają los. Niezwykle rzadko zdarzają się dni, gdy ryby mają totalną „schizę” iż z bliżej nieokreślonych powodów atakują tylko jeden typ wabika, w konkretnym kolorze. W tym roku z zazdrością podziwiałem kolegę, który przez tydzień urządzał kleniom, okoniom, ale głównie boleniom istny tor przeszkód, bo dysponował śmiesznym, truskawkowym maleńkim kopytkiem. Ponieważ sam miałem kilka modeli ale w innym kolorze, uznaliśmy, że być może chodzi o zapach jaki ta gumka wydzielała, faktycznie wyczuwalny dla ludzkiego nosa [więc chyba rybiego także] i był to zapach zupełnie inny niż w przypadku innych kolorów w tym modelu…

(fot.D.S.)
Klenik na „czerwone” niewiadomo co.

P.S. Oczywiście bywam ciągle na rybach. Wyniki nie tyle słabe, co dość monotonne, więc nie przynudzam, typowym krakowskim szczupakowym standardem [45cm], czy kolejnym stadkiem okoni ze starorzecza.. Zrobię na koniec podsumowanie drugiej połowy listopada. Podobnie niedługo zamieszczę trzeci wywiad z ostatnim nagrodzonym w konkursie.

Jedna myśl nt. „Kolory, czyli jak trafić w rybie gusta… [i nie zwariować] – cz. I

  1. Uff.. łowie parę lat i aż żałuję, ze nie prowadzę zapisków z połowów, może dziś mógłbym wysnuć jakieś wnioski poparte obliczeniami, a tak zostaje mi odczucie co do tego co wydaje mi się skuteczne. Na klenie woblery, pływające kolory zieonkawe – rożne odcienie, gumy -trudno jednoznacznie orzec, czasem sprawdzają się jasne kolory, ciemne tez ale zdecydowanie rzadziej. Cały wątek intrygujący, podreperuję zaplecze wędkarskie, protestuję i dam znać o wynikach… co pewnie nie będzie szybko, bo czasu potrzeba na zebranie doświadczenia z którego coś można potem wywnioskować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *