Na przekór prognozom

To był rzeczywiście dość szalony wyjazd. Biorąc pod uwagę pogodę, zanosiło się na wędkarskie samobójstwo. Wszystko za sprawą aury. Umówiliśmy się z kolegą, by kolejny raz odwiedzić starorzecze. Liczyliśmy na mocne, przedzimowe żarcie okonków i może czegoś więcej w przypływie łaski wody. Wyglądało, że będzie trudno: w planowanym rejonie, zapowiadano temperatury w okolicach zera, całkowite zachmurzenie, północny, lekki wiatr, dramatyczny spadek ciśnienia między 7.00, a 8.00, po czym powolny wzrost, oraz przelotne opady śniegu. Na dwa ostatnie czynniki liczyłem mocno: ten powolny wzrost ciśnienia, oraz śnieg – zawsze lepszy niż deszcz.

Jeszcze o 22.00 poprzedniego dnia wszystko się zgadzało. U mnie padały wielkie płatki wraz z deszczem, ale takim symbolicznym.

5.00 rano. Podchodzę do okna. Szok. Leje jak sztuczna ulewa na starym filmie. Może nie ulewa ale uczciwy, rzęsisty deszcz. Jakaś masakra. Gdybym się nie umówił z Patrykiem i potem nie miał odebrać Agnieszki z wyjazdu właśnie w tamtych stronach, to poszedłbym lulu. Jeszcze rzut oka w internet: z wczorajszej pogody zgadza się tylko…totalne zachmurzenie. Ciśnienie ma wyraźnie spadać aż do 14.00 i to do wartości 970hPa [bardzo niskie], temperatura 3 stopnie na plusie [i tyleż jest u mnie], oraz lekki wiatr wschodni. Ciągłe opady deszczu.

Odpalam auto i przy garażu na tle lampy pierwsza fotka.

(fot. A.K.)

Jak widzicie, nie przesadzam. Lało.

Spotykamy się na stacji paliw. Patryk jedzie za mną. Podróż w ciemnościach mija monotonnie, nie licząc mojego poślizgu, gdy auto przede mną z niewiadomych przyczyn zwolniło. Może tam było oblodzone? Dzień wcześniej zmieniłem koła. Chyba to uratowało wyprawę, bo stanąłem zderzak w zderzak. Dość długa w tych warunkach jazda minęła. Jesteśmy na miejscu. Pada. To słowo będzie pojawiać się w tym tekście we wszelkich odmianach i synonimach. Ku mojemu zaskoczeniu, Patryk, jeszcze w ciemnościach wypatrzył dwóch wędkarzy. Chyba nie mieli większych efektów, bo poddali się około 9.00. Ale nie byli skazani na sukces, bo sprzęt [wprawdzie widziałem kije tylko jednego z nich i to z dość dużej odległości] mięli raczej na szczupaczyska, a nie okonki.

Ciemno i mokro. Wbijam się w kombinezon. Przynajmniej ciepło gwarantowane. Ciężko w tym się schylić, by wciąż stojąc ubrać neoprenowe ochraniacze na stopy. Jeszcze wodery…

Ubieram je po pierwsze dlatego, że chodząc po krzakach nie moknę, a dwa, to czasami bez nich ciężko podebrać tu coś większego o ile się trafi. Na całość sztormiak.

Od razu przeproszę, za jakość zdjęć. Potraktujcie je jako potwierdzenie treści. Masakryczna wilgoć i chłód, spowodowały, że robiąc część fotek, chyba wciskała mi się jakaś niepożądana funkcja i są zwyczajnie do kitu. Palce po prostu odmawiały posłuszeństwa.

7.15 – względnie jasno. Zaczynamy w silnej mżawce, która na chwilę, jak się okazało zajęła miejsce deszczu. Wokół szaro i buro, i straszliwie mokro.

(fot. A.K.)

Pierwsze rzuty. Łowi się fatalnie. Te półtora grama ciężko poczuć nawet na czternastce żyłce, a lekki wiaterek i krople, tak zaburzają powierzchnię, że nie sposób dostrzec gdzie jest żyłka na styku z powierzchnią.

Przynęta w wodzie. Czekam około 3 sekund by mieć pewność, że twisterek osiągnie dno. Łagodny, choć wyraźny ruch szczytówki w górę, obrót korbką. Wisi. Całkiem ładny. Początek jest, że tak powiem fenomenalny. Praktycznie co drugi rzut to branie. Zakładam najmniejsze banjo, na 2g. W sumie to był może błąd, bo zacinałem co 4-5 kontakt. Ale i pasiaki zdecydowanie większe.

(fot. A.K.)

Bardzo widoczne jest tu zróżnicowanie populacji okoni. Są dwa typy, już niezależnie od długości: krępe, szerokie i mocno wygrzbiecone, oraz smukłe, jakby chude egzemplarze. Te pierwsze mają w sobie znacznie więcej żółci i złota [nawet wyjęte z ciemnego zakamarka], a „chudzielce” są ciemnozielone. Smuklejsze rybki to chyba na stałe mieszkają w pobliskiej rzece i zaglądają tu tylko tuż przed zimą.

Patryk kilka metrów obok, też ma pierwsze rybki. Podekscytowani, dość głośno komentujemy brania. Ale naprawdę jest fajnie. Na moment zupełnie zapominam o wodzie, ponownie obficie kapiącej z nieba.

Nagle po swojej lewej stronie, na środku lustra wody i tuż pod powierzchnią widzę rozchodzące się fale i nieśpieszne lecz drapieżne skoki  to w prawo, to w lewo, oraz umykające dwie, trzy rybki. Rzucam tam i dość szybko ściągam gumkę. Zdecydowane szarpnięcie, ale takie dziwne. Pudło. Zaczep? Nie, nie mogło mi się zdawać. Żadnych gałęzi na powierzchni. Ponawiam rzut, licząc na przyzwoitego klenia. Miękkie ale silne pobicie. Ryba, jakby zaskoczona walczy dość mocno, podobnie jak około 40cm kleń, tyle, że pod powierzchnią i tak jakoś powoli. Kijek do 15g fajnie przygięty. Podbiega Patryk – usłyszał chlapaninę. Ryba jest już blisko i…totalne zaskoczenie. Spodziewałbym się tu różnych gatunków, ale pstrąg? W samym końcu bajora! W najbardziej zastałym fragmencie wody. Całkiem fajny potokowiec. Stromo i ślisko. Kolega idzie z odsieczą – ma podbierak. Jest.

(fot. A.K.)

Ryba grubiutka, wspaniale brązowo – miedziana. Oceniam ją na 35cm. Zapięta lekko ale idealnie, raczej bez szans na spięcie się. Okazuje się, że ma 37cm. Trochę mnie zastanawia ta ciut dłuższa, jednak dość flegmatyczna jak na kropka walka, ale ryba bez wątpienia jest w świetnej kondycji.

(fot. A.K.)

Wypuszczamy drapieżcę. Minęło może 40 minut łowienia i już jest fajnie.

Obserwujemy, tuż po wypuszczeniu pstrąga, atak innego drapieżnika. W plątaninie gałęzi, na płyciźnie, coś zdecydowanie okazałego pogoniło płotki. Wyskoczyło ich nad wodę kilkanaście sztuk i to takich, już troszkę większych. Świetnie, że woda żyje.

Deszcz jakby ustaje. Naprawdę robi się znośnie. Większość okoni bierze około 15m w prawo, w miejscu, gdzie zaczyna się łagodny, lecz wyraźny spadek dna z około 50cm, na 1,5m. Jeszcze bardziej w prawo sterczą duże konary, tak, że przeciągana przynęta defiluje wzdłuż zatopionego drzewka. To spod niego atakują okonie.

Kolejne branie. Krótkie stuknięcie. Coś ciągnę ale opór zerowy. Piękny, jak na ten gatunek jazgarz. Mam jakiś dziwny sentyment do tych rybek o liliowych oczach. Szkoda, że nie rosną większe. Ten ma z 18cm. Potem będzie jeszcze jeden, nawet większy, ale nie chciało mi się już grzebać za aparatem schowanym pod skafandrem.

(fot. A.K.)

Znowu pada gęsty deszcz. Brania gwałtownie ustają około 9.00. łapię się na tym jak chyba z kwadrans nie mam kontaktu. Zakładam mały brązowy twisterek na 0,9g. Niestety ryby już nie reagują.

Postanawiamy iść na przeciwległy koniec starorzecza, gdzie ma połączenie z rzeką. Bardziej tutaj błotniście. Więcej zaczepów. Ubrani dość grubo, poruszamy się niekoniecznie komfortowo. Cokolwiek zbędne zostawiamy w autach.

Trwam dalej przy małej gumce. Rzucam wzdłuż bardzo stromego brzegu. Już pół metra od lądu, jest co najmniej 1,3m wody. Najpierw kolejny okoń. Potem nieznacznie dłuższy rzut i  mam zaczep. Po paru sekundach mocowania się, odpuścił. Rzut w to samo miejsce tylko ciut bliżej. Te kilka metrów odległości, oraz światło dzienne pozwala już śledzić zachowanie żyłki. Mały wabik opada, intuicyjnie już jestem gotowy podnieść go z dna, które zaraz osiągnie. Buch! Miękko ale zdecydowanie. Sekunda nadziei. Niestety, duży to on nie jest. Natomiast na tyle ciężki, że podniesienie go na tym kiju zbyt ryzykowne. Podbieraka już tu nie mamy. Pozostał ze zbędnymi rzeczami. Co zrobić? Zjeżdżam ostrożnie, by zaczepić się stopami na tej krótkiej i jedynej „półce” pod samym brzegiem. Ryba weszła w jakieś pnącza zwisające do samej wody. Dopiero „ręczna” ingerencja rozjaśnia sytuację. Klenik ma 30cm.

(fot. A.K.)

Potem okaże się, że był to jedyny przedstawiciel gatunku tego dnia. W ogóle nie brały. Nawet te najmniejsze. Co więcej – nie pokazywały się. Jakby ich tu nie było.

Uwalniam rybkę i na rękach podciągam się w górę. Strach, by się nie poślizgnąć bo położę się na błotnistej mazi, którą odsłoniłem zjeżdżając do wody. Cała operacja mnie ciut rozgrzała.

Okonie biorą już chimerycznie. Można oddać kilkadziesiąt rzutów i nie mieć kontaktu, by potem w  kolejnych rzutach wyjąć 2-4 niewielkie rybki.

Postanawiamy, dla rozgrzewki porzucać w samej rzece. Poniżej niewielkiego spiętrzenia, spokojna woda rozlewa się nieznacznie głębszym nurtem pod przeciwnym brzegiem. Pierwsze rzuty i pierwsze rybki. Okonie bardzo małe z tym, że początkowo wydają się liczne. Dopiero po 6-7 wyjętym maluchu, pasiaczki „stygną”. Sporadycznie coś szarpnie za gumkę.

Jest 13.00. Deszcz ustaje. Naprawdę przestaje padać! Tyle, że czuć jak spada temperatura. Z nad powierzchni rzeki podnoszą się opary. Wracamy pospiesznie nad starorzecze, dając sobie i rybom godzinę. Jesteśmy już mocno zmarznięci i mimo płaszczy wodoodpornych, jednak mocno wilgotni. Ciepła herbatka na wyczerpaniu…

Zajmuję stanowisko naprzeciw podmytego, częściowo osuniętego do wody drzewka. Wiem, że tu jest głęboko. Spokojnie 2m. Tutaj właśnie najczęściej łowiłem klenie. Z myślą o nich zmieniam twisterek na ripperek Mans`a 5cm, na gramowej główce. Wolno prowadzona przynęta dla ludzkiego oka nawet nie zadrga ogonem. Ale mam wrażenie, że to się kleniom podoba. Taka na wpół śnięta ryba. Jeden z pierwszych, ryzykownych rzutów, na styk z plątaniną gałęzi, znikających w wodzie. Domyślam się, że gumka pełznie po dnie. Napięcie żyłki, lekki opór, zacięcie. Fajnie przygięło. Niestety nie kleń, tylko większy okoń. Taki z 25 może 27cm. Odhaczam go błyskawicznie, licząc na jego kolegów w konarach. Niestety. Następne 10 minut, nie przynosi nawet skubnięcia.

Powracam na pierwsze stanowisko, od którego dziś zaczynałem. Chwilę rozmawiamy z Patrykiem, by być świadkami większego spławu na wodzie. Moim zdaniem uciekająca płotka; Patryk twierdzi, że coś większego. Podrzucam przynętę. Dno, lekkie poderwanie i …całkiem silny opór. Jedynie co mówię, to, że na pewno nie okoń. Pomyślałem jeszcze o kleniowym czterdziestaku. Szybko jednak zweryfikowałem swoje przypuszczenia. Ryba mocno, jak na sprzęt  zaczęła odchodzić w prawo pod leżące drzewo. Dość brutalny w tej sytuacji hol, spowodował, że ryba zawróciła na otwartą wodę. Teraz spokojnie już mocuję się  ze zdobyczą, którą okazuje się być prawie 50cm sandacz.

(fot. A.K.)

Przy podbieraniu robię, któryś już raz w przypadku sandacza głupotę: wkładam mu jeden palec do pyska. Wbijam sobie całkiem głęboko jeden jego kiełek, a ryba targnąwszy się, „sprzedaje” mi jeszcze haczyk. Ranka niewielka ale głęboka.

Wypuszczam drapieżcę, całkiem grubiutkiego. Widać, że powodzi mu się tu znacząco. Zero nurtu, czysta woda i masa drobnicy. Szary cień powolutku znika.

Po sandaczu odzywa się jeszcze kolejny jazgarz, po czym do 14.00 cisza. Patryk wzywany swoimi sprawami odjeżdża. Ja postanawiam jeszcze dać sobie pół godziny, tym bardziej, że moja druga połowa jest już w domu. Skończyli wcześniej i wróciła pociągiem, czym podarowała mi bite dwie godziny wędkowania.

Robiąc zdjęcie, taki typowy widoczek zdałem sobie sprawę, jak  bardzo mocno wdarła się w zieleń, której już prawe nie ma – późna jesień. Taka już szara, szorstka i surowa. I tylko żółto-pomarańczowe jeszcze liczne liście, dają złudzenie względnie jasnego tła.

(fot. A.K.)

Ryby praktycznie zaprzestały aktywności. Dołowiłem ostatnie dwa pasiaste mikrusy i postanowiłem kończyć.

Małe podsumowanie. Prawie pół setki ryb. Dwie już ciut większe [pstrąg, sandacz], to całkiem fajne bonusy. Okonie różne; w zdecydowanej większości bardzo drobne [do około 17cm]. Z rana ryby brały świetnie i na każdą niewielką, ciemną przynętę, prowadzoną blisko dna w miarę energicznie, ale bez szaleństw. Potem meldowały się rzadziej, zwykle w duetach, czasem w trio. Wzięcie miały już raczej najlżejsze wabiki, takie około 1g. W skali dnia, najskuteczniejsze okazało się najmniejsze banjo – brązowe na 2g, twisterki: brązowy na 1,5g i  czerwony ze srebrnym brokatem [ale ten tylko rano], oraz wybiórczo biało – czarny „mansik” na 1g. Biorąc pod uwagę aurę, to oceniam całość na czwórkę ze sporym plusem. Na drugi dzień przyszedł już pierwszy powiew zimy z lekkim mrozem i śniegiem. Rybki wiedziały na co się zanosi i pewnie dlatego żerowały, pomimo kiepskiej pogody.

Jedna myśl nt. „Na przekór prognozom

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *