Lato za nami…

Ostatni, astronomicznie letni weekend minął. Teoretycznie jeszcze niby letni, przypominał jednak jesienną huśtawkę z temperaturami poważnie późnojesiennymi. Dość powiedzieć, że w poprzedni piątek o szóstej rano w moich okolicach było zaledwie półtora stopnia nad zerem…

Nie ma co ściemniać – nie połowiłem, choć dwóch emocjonujących chwil nie brakło. Tak, więc bardziej dla formalności, krótka relacja.

Rozpocząłem w piątek na wodzie stojącej. Gimnastykując się ile wlezie z codziennymi przeszkodami, udało mi się być na wodzie tuż przed 14.00. Było już w miarę ciepło [15 stopni], choć zawiewał nieprzyjemnie wschodni, dość silny wiatr. Cudów sobie nie obiecywałem ale ryby potraktowały mnie ze szczególnie dotkliwą obojętnością. Niby dość szybko trafił się okołowymiarowy szczupaczek.

(fot.A.K.)

Później jednak nastąpiła długa pauza, przerwana jedynie przez niewielkiego okonia, który nie sprostał albo sporej gumie, albo jej obciążeniu. Tyle, że go widziałem, jak desperacko ścigał przynętę pod samą powierzchnię.

Kolejne długie minuty upływały mi na następnych kotwiczeniach, z resztą mało precyzyjnych. Nie szło mi zupełnie. Jak się już zagnieździłem, to po kilku minutach większe fale powolutku przesuwały ponton i łapałem się na tym, że sunę po tafli bez kontaktu z dnem.

Nie licząc perkozów, to nic szczególnego na wodzie się nie działo. Łowiący z brzegu, solidarnie z mną, zostawali bez ryby. Przynajmniej ci w polu widzenia. Mocno rozczarowany ciszą po drugiej stronie linki w kolejnych, zazwyczaj gościnnych miejscówkach, nieco na oślep rzuciłem gumę, najdalej jak mogłem. Z pełną świadomością, że poszybowała w ponad 10m toń [to dość dużo jak na wrzesień, na ogół łowię płycej]. Branie, mimo plecionki poczułem z poważnym opóźnieniem. Duża głębokość plus wiatr spowodowały, że kontakt z rybą nawiązałem, gdy zaczęła się niecierpliwie kręcić, ewidentnie próbując już uciec. Chyba zacięła się sama, ewentualnie przypominało to szczupaka, któremu zęby „zaklinowały się” w silikonie. Potężne ale spóźnione zacięcie przyniosło tylko taki skutek, że kolejna guma poszła do śmieci.

(fot.A.K.)

Teraz od razu mogę przejść do samej końcówki. Było około 18.30. Dłuższy czas, po raz drugi tego dnia „męczyłem” spad ulubionej górki. Robiła się wyraźna szarówka, a wiatr ucichł już z pół godziny wcześniej. 10cm guma na 10g penetrowała spad podwodnego terenu. Nachylenie spore, bo około 60 stopni, nieznacznie łagodniało około 6m pod wodą. Do samego dna jeszcze z metr. Jak w typowej opowieści – ostatni rzut. Tuż u podstawy wzniesienia, guma – miałem wrażenie – odbiła się jakby od dużej bryły gliny, czy czegoś w tym rodzaju. Początkowo, już trochę znudzony, obojętnie zwijałem dalej, lecz blisko powierzchni uświadomiłem sobie, że przeprowadzając podobnym torem przynęty, nie miałem wcześniej tego typu sygnału. Bez większych nadziei ale mocno już skoncentrowany ponawiam rzut. W momencie, gdy przynęta pokonała mniej więcej ten pierwszy metr łagodnego nachylenia dna i szykowała się do wspinaczki po stromej części, poczułem bardzo zdecydowane, a zarazem łagodne wessanie gumy. To nie było nic w rodzaju pobicia. Kierując się wyobraźnią, powiedziałbym, że tak wielki karp zasysa jakiś okruch z dna. Kij do15g  przygiął się wręcz karkołomnie, po czym ryba zaraz spadła. Od razu otwarłem kabłąk, zaczekałem, aż plecionka klapnie na powierzchni i powoli ponawiam całość. Dosłownie po może jednym leniwym obrocie korbką mam identyczny kontakt. Miękki i piekielnie silny. Zacięcie. Po drugiej stronie mam albo tak dużego, albo tak niemrawego przeciwnika, że nie wiem co o tym sądzić. Ryba nie panikuje, tylko jakby próbuje zwymiotować gumę. Tak odbieram te wyraźne powolne trzepanie głową. Po kilku sekundach luz… I tyle.

W tym roku to pierwszy raz, ale w zeszłym miałem trzy takie sytuacje w jeden dzień. Również we wrześniu. Wtedy ataki, w tym jeden powtórzony, w tym samym przepuszczeniu przynęty, miały miejsce na 9m, a pamiętam doskonale – przynętą był 10cm żółty twister na 12g. Wtedy zwaliłem winę na bardzo sztywny sandaczowy kij.

Po całym kiepskim dniu, takie branie z porażką na koniec może trochę zdołować. Zastanawiam się tylko, co to było? Najbardziej, przynajmniej mnie  – bolą duże ryby, których nie widziałem. Wydaje mi się, że nie ma okonia czy szczupaka, żeby po takim braniu się nie zapiął. Może to jeden z tych mitycznych sandaczy sprzed lat? Ale jakoś mi branie nie pasuje do tego gatunku. Osobiście obstawiam na sporego tęczaka, który ostał się z dawnych zarybień. Może to tę właśnie rybę, nienachalnie złapany pojedynczy hak, nie był w stanie odpowiednio zapiąć w kościsty pysk…

Na następny dzień z mocnym postanowieniem, że się odkuję, jadę nad Wisłę. Pogoda urządziła sobie istny festiwal. Rzućcie okiem na dwa poniższe zdjęcia. To wprawdzie nie dokładnie to samo miejsce ale ten sam rejon wody i ten sam dzień. Ponure ale spokojne przedpołudnie…

(fot.A.K.)

…i niesamowicie wietrzne, słoneczne godziny między 13.00, a 16.00.

(fot.A.K.)

Kiedy wyjeżdżałem od siebie, towarzyszył mi usypiający, jesienny niż. Ponuro, smutno, ale spokojnie. Temperatura 6 stopni. Dojeżdżam. Zaczyna padać. Czekam. Przestaje. Zaczynam rozkładać ponton. Mniej więcej w połowie czynności – znowu pada. Rzęsista mżawka. Już jest niefajnie. Zaczynam łowić o 10.30. Czemu tak późno skoro byłem nad wodą  dwie godziny wcześniej? Nie powiem, bo pęklibyście ze śmiechu. Po prostu jest gatunek ludzi, do których się zaliczam, którym kontakt z techniką nie jest wskazany. Mniejsza o to.

Pierwsze rzuty. Szczęście że już nie pada, ale ciut zawilgłem. Zaczęło wiać umiarkowanie ze wschodu. Nasza ostatnia Mekka zawodzi. Nawet okonie śpią. Dopiero w może 10-15 rzucie bardzo silne branie i mizerny opór. Szczupaczek.

(fot.A.K.)

Odhaczam przedszkolaka w wodzie. Nawet go nie dotknąłem – grzecznie się uwolnił jak złapałem główkę przy haku.

Kombinując mocno, doczekałem się około 10 brań. Większość nie do zacięcia, kilka ryb spada. Wyjmuję parę okoni w przyzwoitym, typowym dla tego miejsca rozmiarze. Pierwszy dosłownie pochłonął 8cm silikonu.

(fot.A.K.)

Następne ryby zapięte już znacznie bardziej delikatnie.

(fot.A.K.)

Widać, że atakowały powściągliwie i ich pech, a moje szczęście, że je wyjąłem. Co więcej, magiczne w tym miejscu 8cm zielone kopyto z brokatem, na 8g, tego dnia nie wybijało się skutecznością ponad inne gumy. Ryby wybiórczo, zupełnie bez jakiejś zauważalnej reguły atakowały różne różności, pod warunkiem że gumowe i względnie duże.

Wirówki, którym dałem szansę, jak zawsze odkąd tu bywam, nie znalazły uznania. Testowałem rozmiary od 00 do 3. Nic.

Około 13.00 ustał wschodni wiatr i niebo mocno się przetarło. Pół godziny później była totalna ”lampa” i wiatr zachodni o prędkości bliskiej 40km/h… Dla mojego pływadła to wartość graniczna. Oczywiście nie grozi mi wywrotka, ale jeśli uda się w ogóle jakoś zaczepić w dnie 5kg  kotwicą, to rozbryzgujące się o burtę fale, w sporej części wpadają do pontonu. Postanawiam pocieszyć się pływaniem, które przy takiej fali, ma już pewne znamiona emocji, szczególnie pod wiatr. Po około kilometrze zabawy, dostrzegam w lekko już pieniących się na szczytach falach, w sporej zatoce atak bolenia. Ryba jest wielka. Krótko mówiąc „mama”, która 80cm miała za sobą ze dwa – trzy lata temu. Westchnął bym tylko nad widokiem, gdyby w kilka sekund później w tym samym rejonie nie śmignęły w falach kolejne dwa drapieżniki. Mniejsze ale też godne. Ryby sprawiały wrażenie atakujących, choć powiem szczerze, nie widziałem w powietrzu ani jednej, uciekającej uklei czy czegokolwiek innego, co łatwo dostrzec ludzkim okiem w tych warunkach. Prawdopodobnie, jak od końca lipca, atakowały zagnane przez wiatr do zatoki, niezorganizowane stada bliżej niezidentyfikowanych rybek. Są ich tysiące, pływają bez ładu. Mają obecnie jakieś 3cm. Z pewnością nie są to uklejki, a i płotek zbytnio też nie przypominają. Mamy przypuszczenia, czy aby to nie amury, lub tołpygi… Wszak woda od początku lipca miała ponad 20 stopni, osiągając  z końcem miesiąca…26 stopni pod powierzchnią. Nie wiem, nie znam nawet mgliście cyklu życiowego tych dwóch gatunków.

W każdym razie odkąd rybki się pojawiły, bolenie, nawet te duże, chętnie goniące coś większego, [co rok temu udowodniał Paweł, szczególnie tuż po zmroku], zaczęły być niemożliwe dla mnie do złowienia. Nie reagują na nic.

Około 100m przed rejonem spławów boleni wyłączyłem silnik. Bardzo szybko mnie dopchał wiatr. Ryby ewidentnie w tym chaosie dźwiękowym [wiało, woda chlapała] zupełnie nic nie robiły sobie z mojej obecności, ponawiając ataki w zasięgu średniego rzutu [około 50m]. Wprawdzie nie miałem typowego sprzętu, ale parę przynęt się znalazło. Nie mogłem użyć tych, moim zdaniem najbardziej skutecznych, bo lekka wędka nie podołałaby przeciążeniom. Do dzieła. Siudakopodobny wobler w wersji mikro – 6cm. Nic. Wspaniała na oko uklejka o minimalnej amplitudzie wychyleń. Zero. Uklejka RH [ta najmniejsza]. Figa. Na koniec nawet wahadłówka. Wszystko wolno, szybko, płycej i głębiej. Ryb było sporo – momentami trzy na widoku. Zaliczyłem podcinkę; uwolnił się szybko. Potem miałem spektakularny wyskok około 3kg rapy, tłustej jak to bywa w końcu lata z lądowaniem na plecionce. Targnęło kijem, boleń wpadł w panikę, ale to tylko ten rodzaj jego pomyłki. Może miałem pecha, może nic bym nie złowił. Nie wiem. Próbowałem raptem 15 minut. Potem kolejny podmuch zaczął pędzić mnie na kotwicy w kierunku wielkich nadbrzeżnych kamieni. Zanim opanowałem sytuację, przewlokło mnie przez obszar aktywności ryb, a z konieczności odpalenie silnika [na wiosłach to sobie mogłem…], spowodowało zniknięcie drapieżników. Zatoczyłem koło, jeszcze raz podpłynąłem w ten rejon, lecz poza zwariowanym wiatrem i falami, ryb już nie znalazłem.

Wieczorem wiatr ucichł. Udało mi się złowić jeszcze kilka okoni w resztkach słońca.

(fot.A.K.)

Na horyzoncie pojawił się kolejny niż. Składałem ponton, podobnie jak rankiem – w lekkiej mżawce.

O niedzieli powiem, że tylko byłem. Krótko i bardzo rekreacyjnie. Ryby odarły nas ze złudzeń, które mieliśmy. Wszak ciśnienie w przeciwieństwie do całodziennego wczorajszego dołka, miało rosnąć. Kolega był od rana i coś niecoś miał w rękach w tym ładnego już około 0,7kg pasiaka. Pływaliśmy radośnie i optymistycznie. Jedyny pożytek dnia, to fakt, że zupełnie przypadkiem, na tych prawie 80 hektarach znaleźliśmy kolejne kamienisko. Praktycznie w każdym rzucie był zaczep, który udawało się jednak odstrzelić. Całość ma  może 3 ary powierzchni i w południowej części piękną górkę. To naprawdę coś w tym bezmiarze mułu. Tam złowiłem niewielkiego szczupaka, który obok podobnej wielkości sandacza, ratował mój honor tego dnia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *