Czasem nie jest łatwo…

Dziś będzie bardzo krótko. Nie ma sensu bić piany, bo ostatnie dwie wizyty nad wodą były lekko mówiąc bardzo słabe. Nie ma również sensu nadmierne epatowanie zdjęciami pięknych miejscówek- fakt widoczki ładne, ale chyba nas interesują ryby, których było mało i małe…

Korzystając z nagłej zmiany grafiku, zrobił mi się wolny dzień od południa, więc pognałem nad Wisłę, tym bardziej, że Paweł podsyłał mi prawie co dzień przynajmniej jednego bolenia na zdjęciu. Było to wręcz bolesne. Tak się napaliłem, że nie wziąłem pod uwagę, iż roboty na pobliskim progu, mogą doprowadzić do puszczenia większości wody w kanały [Dwory, Łączański] i wziąłem wyłącznie cięższy sprzęt. Ciągle sobie powtarzam, że po to ma się auto, by wziąć coś na zapas, na wszelki wypadek. No, a jednak,  raz na czas, ciągle mam tak, że jadę wąsko wyspecjalizowany. Na usprawiedliwienie ma to, że czasem, jak rapy nie brały, to sięgałem po lekki zestaw i zabawa z „drobiem” tak mnie wciągała, że mijał cały dzień… A jak skazywałem się na sprzęt boleniowy i  takież przynęty, to mogłem zapomnieć o okonkach i klenikach. I zazwyczaj był też wymierny efekt takiego postępowania. Niestety tego dnia faktycznie wskazany był jakiś lekki kijek z cienką żyłką i małymi przynętami. W miejscówce nr jeden mogłem jak na makiecie przeanalizować strukturę dna, bo było tam maksymalnie metr wody.

(fot.A.K.)

Owszem, w mizernym wlewie jakiś boleń uderzył ze trzy razy w ciągu dwóch godzin, ale skusił się na siudaka tylko mały szczupaczek. Ryba musiała mieć niezły szok, bo uderzyła w wobler idący na pełnym gazie. Szybka fotka i do wody. Dopiero na zdjęciu zobaczyłem jak się skubaniec w szlamie utytłał. Robił co mógł by nie dać się uwiecznić. Fakt, że szczupak, obok pstrąga to najgorszy gatunek do robienia zdjęć w pojedynkę. Niezależnie jak mała albo duża jest ryba.

(fot.A.K.)

Ostatecznie doczekałem się jednego profesorskiego brania [spokojne i kontrolowane, przytarmoszenie ogona poderwanej z dna gumy w głębszym wolniaku], ale takich brań na gumę nie idzie zaciąć.

Wieczór spędziłem dużo niżej. Może nie byłem zaskoczony, ale i tak wrażenie robił niski poziom wody. Wisła 15 km przed Krakowem była wielkości Skawy pod Wadowicami.

(fot.A.K.)

W pierwszym, ostrym wlewie, przechodzącym w dość szybką płań pokazał się boleń w okolicach 3-3,5kg. Nie dał się nabrać.

W kolejnej miejscówce – cudna woda z zastoiskiem pod ogromną skarpą, sąsiadującą nawet przy tak niskiej wodzie, z głęboką i wartką smugą prądową.

(fot.A.K.)

W którymś momencie rzucając na skraj zastoiska miałem sekundę nadziei, która w kolejnej sekundzie zmieniła się w podciętą rybę, by znów chwilkę później okazać się zaczepioną nowiutką drygawicą, postawioną w poprzek zastoiska. Z pułapki uwolniliśmy z kolegą sporego krąpia, dość już zmaltretowanego, a cała siata poszła pod nóż, nie ukrywam, że z pasją.

(fot.A.K.)

Po około kwadransie od całej operacji uaktywnił się boleń. Ale nie jakiś tam bolek, tylko okaz. Ryba spokojnie, moim zdaniem pod 80cm, jeśli nie większa. Bił na obrzeżach głównego nurtu, kilka razy pokazując się w całej okazałości. Coś parę razy chlapało się jeszcze, ale to zupełnie inny kaliber ryby i chyba inny gatunek. Ostatecznie doczekałem się: na postawionego i migoczącego w silnym nurcie „przecinaka”, opadającego nad dno [jakieś 2m głębokości], miałem branie. Nie będę przeżywał, bo nie ma czego; branie było w stylu w jakim bolki biorą na wodzie stojącej, jeśli nie są w amoku pożerania wszystkiego. Zwyczajne, mocne przyłożenie „z miejsca”. Jak one się nie zacinają w takiej sytuacji? Nie wiem, ale sporo już takich kontaktów spaprałem. No chyba, że to była jakaś inna ryba [brzana?] – tak na 100%, jak nie widzę ryby, to wolę nic nie mówić. Skończyło się tylko na tym.

Trzy dni potem, po pierwszym dniu większych opadów, pojawiłem się nad starorzeczem rzeki średniej wielkości, jak na nasze polskie realia. Potężny wiatr  – na reszcie z zachodu, sporo chmur, lecz i słońca, było rewelacyjną aurą na ponton i okonie. Niestety ze względów służbowych wylądowałem w innym miejscu. Starorzecze penetrujemy ze znajomymi od września poprzedniego roku i nie powiem – z emocjami. Ryby brały tam fenomenalnie do końca grudnia. Kilka tegorocznych wizyt kolegi nie napawały optymizmem: starorzecze ma stałe połączenie z głównym korytem i na wiosnę ryby ewidentnie opuszczają zastoiska. Jako, że miałem tylko trzy godziny, podarowałem sobie rzekę i skoncentrowałem się na dużym, było nie było starorzeczu. Nastawiłem się na drobiazg, a i na podpuchę od razu dostałem maleńkiego jazgarza. Wziął na okoniowy paproch.

(fot.A.K.)

W zasadzie tylko okonie reagowały żywiołowo, bez ceregieli atakując małą wirówkę. To była jedyna interesująca je przynęta, nie licząc jednego desperata, który skoczył do smużaka.

(fot.A.K.)

Rybki w dobrej kondycji ale niezbyt liczne w stosunku do tego, co oferowała ta woda jesienią. Większe klenie w ogóle się nie pokazały. Tylko trzy małe klonki dały się nabrać na tę samą okoniową wirówkę. Podobnie jak pasiaki, obojętnie traktowały wszystko inne. Te trzy godziny były niezwykle przyjemne ze względu na otoczenie, temperaturę…

(fot.A.K.)

Brakło tylko trochę ciut większych ryb. Z pewnością odwiedzimy starorzecze w lipcu i sierpniu, tak dla zasady i bez oczekiwań. Natomiast od końca września o ile będzie jak rok temu, to zacznie się cudowna zabawa.

Wprawdzie przez ostatnie dni na szczęście polało rzęsiście i zarówno górna Wisła jak i okoliczne rzeki zaczynają wyglądać nieco bardziej normalnie, to mam wrażenie, że jak nie wsiądę na ponton, to czegoś konkretnego nie będzie mi dane wyholować. Wstępne plany już wywaliłem do kosza, bo okazało się, iż w najbliższy, długi weekend mam występ z kolegami plus kręcenia teledysku. Ostatecznie pozostał mi jeden realnie wolny dzień i postanowiłem odwiedzić niewielki, dziki zbiornik. Kiedyś były w nim sandacze, ale ostatni raz połowiłem tam…w 2006r. Teraz mam ponton i echo. Zobaczymy. Relacja wkrótce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *