Susza…

Od razu powiem Wam, że cudów, to ja ostatnio nie miałem, co nie oznacza, ze inni nie łowią. Maj jest super, ale w maju studenci mają juwenalia. No i sporo się bujam tu i ówdzie z kolegami z zespołu, ale na ryby jakby mniej czasu. Nie znaczy, że nie łowię. Bywam nawet dość często, tyle, że na najbliższych wodach, a tam łatwo nie jest.

Maj jest/był w naszej szerokości geograficznej na ogół miesiącem raczej mokrym i zazwyczaj martwiłem się o to, czy będzie słońce. W tym roku marzyłem o większym deszczu, który finalnie się nie pojawił. Powiedzieć, że panuje susza nie jest nadużyciem. Poziom wody, nawet w Wiśle jest śmiesznie  niski. W miejscu, gdzie o tej porze raczej nie pokuszę się o próbę przejścia na drugą stronę w spodniobutach, ostatnio przeszedłem w …woderach. Jest naprawdę problematycznie niski stan.

Z braku czasu skoncentrowałem się na pstrążkach i kleniach w leśnym bajorze. Szło jak po grudzie, choć też brakło szczęścia, jak i może refleksu.

13 maja

Woda bardzo niska, ale jeszcze w miarę. Raczej zimno, bo tylko 9-12 stopni. Zaliczam kilkadziesiąt kontaktów. Wyjmuję sporo ryb, ale tylko jeden ma blisko do miary.

(fot. A.K.)

Tracę pechowo, bo w sumie zrobiłem , co należy  – najpierw, około 32cm potoka, potem sztukę bardzo dużą jak na rzeczkę. Pierwszy pstrąg dosłownie strzelił w wahadłówkę, na śmiesznej prostce z piaskiem, gdzie wody było może 30cm. Ostatnim razem miałem tam miarową rybę w…2005r. Pstrągal skakał jak wariat i ostatecznie wskoczył na kupę gałęzi, jakby chrustową wyspę. Nie był na tyle duży, by pędzić do niego ile sił, a na dodatek wziął po długim rzucie [25m] i sprawiał wrażenie świetnie zapiętego. Ryba nie miała zamiaru na mnie czekać i się uwolniła, zanim dopełzłem wodą do patyków. Ten drugi, to pozostawił żałość w sercu, bo zahaczał o 40cm, czyli istny kolos na moim odcinku. Ten dla odmiany siedział w bankówce. Miejsce, które dało niejednego miarowego kropka. Zakręt z płytką wodą [20cm] i tylko pod wierzba wytargana przez nurt ponad metrowa dziura o powierzchni 1,5m kwadratowego. Capnął maleńką wirówkę poderwaną z dna w czwartym rzucie, po odczekaniu aż błystka osiadła na piasku. Zawsze żałuję w takim momencie, że nikt nie stał za mną z kamerą. Ryba jak rakieta poszła prosto w górę, z pluskiem, na płask grzmotnęła o wodę po przeleceniu naprawdę niezłego odcinka przestrzeni, po czym odpaliła raz jeszcze, tym razem nisko nad wodą i w tym niskim łuku pożegnała się ze mną i wirówką. Trochę oszołomiony analizowałem wszystko. Cóż jednak mogłem zrobić? Tak, czy inaczej jeden z piękniejszych wędkarskich widoków w tym sezonie. Oczywiście byłem tam na drugi dzień, potem jeszcze raz. Niestety, albo się zraził do dziury, albo jeszcze nie żerował… Martwi to, że nie miałem styczności z podrostkami [25-28cm], których rok temu, było jak na polskie warunki bardzo dużo.

(fot A.K.)

17 maja

Nadal zimno – tylko 13 stopni. Woda  bajorku bardzo zimna. Widać nieliczne, małe snujące się kleniki. Zaliczyłem 4 brania, wyjąłem jednego malca. Do tego jakiś mały, szczupaczy desperat próbował smużaka, ale nie wiem czemu nawet się nie zapiął, choć z rozmachu ataku widać było, że to nie ćwiczenia. Duże „krokiety“ nawet się nie pokazały. By się nie dręczyć, nawet nie zakładam mikrodżiga, który zapewne skusiłby nie jednego mikro okonia.

20 maja

Pierwszy, cieplejszy dzień, po dwóch nocach z przymrozkami. Namierzyłem kilka 35-40cm kleni w leśnym oczku, lecz ryby na sam widok opadającego żuczka na wodę wiały ile sił w płetwach. Zero zainteresowania. Zdesperowany idę na pstrążki. Zaliczam 18 sztuk i ze trzy razy tyle brań. Tylko jeden ma prawie 30cm. Reszta to mikrusy, choć nie mogę mieć do ryb pretensji. Mam przynajmniej kontakt wzrokowy z trzema miarowymi rybami, i trzema pod 30cm. Więc może nie jest tak źle? Tak się pocieszałem. Te większe zainteresowane były tylko białym twisterem, którego w najlepszym razie skubały za ogon. Jedna ryba mnie zaintrygowała, o ile to był pstrąg. Dorzuciłem najmniejsza Wrtą pod czubek całkowicie leżącego w wodzie drzewa. Wzdłuż niego wymyta jest płytka rynna, ale i tak głębsza niż najbliższe otoczenie. Otóż zaraz po starcie, powierzchnię zmąciło majestatyczne, powolne „s“, jakie czasem robią, uciekające spod powierzchni szczupaki. Poczułem leciutkie stuknięcie, ale nie było nawet na co odpowiedzieć zacięciem. Ryba nie powtórzyła ataku. Jak był to kropek, to też już piękny, jak na rzeczkę. Pstrągi okrasił jeden okoń, któremu po pewnym braniu o mało nie urwałem głowy – byłem przekonany, że w końcu, coś większego zainteresowało się przynętą i zaciąłem „bogato“.

24 maja

Zaprosiłem Pawła, który nie ma okolicy wody z pstrągami. Dla niego to spora odmiana. Woda ekstremalnie mała.

(fot A.K.)

Jak bywam nad nią od nieco ponad 30 lat, to nie pamiętam tak niskiego stanu nawet z końca lata, a co dopiero w maju! Wszechobecne płycizny, to teraz mielizny. Nie ma wątpliwości, że na ryby to działa, tym bardziej, że noce po 5-9 stopni. Duje ze wschodu i północy.  Wycieczka była przemiła, choć wiadomo – dwóch na pstrągach, to o jednego za dużo, jak na taki ciurek. Ilość brań i kontaktów nas nie zawiodła. Maluchy rosną wspaniale, bardziej nawet na szerokość niż długość.

(fot A.K.)

Są już agresywne i szaleńczo się bronią przed podebraniem, na delikatnych zestawach.

(fot A.K.)

Każdego z namaszczeniem podbieramy zmoczonymi rękami. Byłem jednak rozczarowany, zupełnym brakiem choć wzrokowego kontaktu z czymkolwiek większym, nie licząc dwóch podrostków. Ale zarówno mój jak i Pawła, uciekły tuż spod ręki.

26 maja

Któryś już niedospany dzień, po kolejnym występie. Ostatecznie poddaję się i z mocnego postanowienia, że będę leżeć i odpoczywać nic nie wychodzi. Około południa idę odwiedzić ryby w lesie. Ale nadal cisza. Woda niezbyt ciepła [z resztą jak ma być, skoro w nocy tylko 10 stopni]. Mam cztery brania, w tym tylko jedna ryba mogła być nieznacznie większa. Zaatakowała wahadło. Pozostałe to mikrusy. Podziwiam okolicę. Wiosna nabrała nieprawdopodobnych barw. Podmokły wokół teren daje wystarczająco wilgoci i zieleń przybiera nierealne odcienie.

Tego dnia kapituluję jeszcze raz. Spragniony jakichkolwiek brań zakładam mikrodżiga 0,2g. No i doczekałem się. 10szt super mikro okoni…

Pierwszy raz podpatrzyłem 3-4 leszcze. Nie były wielkie, nawet nie duże: 35-40cm. Do tej pory, przez te wszystkie lata dostrzegałem tylko pojedyncze okazy, podpinające się pod tarło kleni.

Niepokoi mnie w tym roku wapienno-mętny koloryt wody. Nigdy tak nie było. Woda miała odcień przejrzystej zieleni, nie licząc herbacianej, ale również klarownej wody w zatoce…

27 maja.

He, he. Miałem jechać na trzy godziny, a zrobiło się siedem. Może po kolei. Ostatnie wyniki na Wiśle związane z chyba z upiorną, wschodnią cyrkulacją i na pewno z super niskim poziomem wody nie napawały optymizmem. Podobnie jak rok temu, od kilku dni „moją“ miejscówkę testowała ekipa Wędkarstwo Moje Hobby. Generalnie chłopaki nie mają szczęścia. Poprzednio trafili super wodę, tyle, że było zimno, a teraz jest huśtawka termiczna,  z premią w postaci mega niżówki. No i z tego tytułu nie brałem sprzętu boleniowego [tzn. kija i kołowrotka], a uzbroiwszy się w wedkę do 15g, ruszyliśmy z Pawłem na jego wody, nad pobliski kanał.

(fot A.K.)

Aura nie rozpieszczała. Padało i wiało, na przemian z całkiem gorącym słońcem. Momentami nie wiedziałem, czy się rozbierać, czy ubierać. Liczyliśmy na wzdręgi i jazie. Guzik z tego wyszło. Paradoksalnie, ryba oczkowała jak zaczęło padać za pierwszym razem. Potem tafla wody sunęła z niewzruszonym spokojem. Po 90 minutach poddałem się i uznałem, że lepsza będzie pobliska Wisła, cokolwiek by tam się nie działo. Ludzie z WMH zrobili przerwę i gdzieś pojechali. Parę osób było – szczerze powiem, nie widziałem, by ktokolwiek w polu widzenia, schylił się choć po jedną rybkę. Na smużaka zaliczyłem kilka mizernych brań, oraz jedno piękne wyjście: tuż przed niegłębokim wlewem, niemała tym razem ryba, wspaniale wybrzuszyła powierzchnię wody, ale z jakiegoś powodu zawróciła…

Na kamiennym rumowisku, prawie całkowicie teraz bezwodnym udało mi się zaciąć na wirówkę dwa, niewielkie klenie.

(fot A.K.)

Przeszedłem na drugą stronę, jak pisałem na początku – w woderach. I to bez napinania się. Płycizny.  Na dzikiej burcie zaliczam ze cztery brania w tym dwa zastanawiająco silne, a mimo to bez odpowiedzi na zacięcie.

(fot A.K.)

Jedyny profit, to odhaczona, wcześniej urwana Wrta. Udało się do niej podejść właśnie z tego brzegu. Wracając, zahaczam o boleniową miejscówkę. Mówię sobie: dwadzieścia minut. Zakładam najmniejszego, około 6cm tarnusa. Najmniejszy jakiego mam i który nie zdemoluje delikatnej szczytówki. Żyłka 16-ka. Wobler ma niewielkie kotwice – stosuję go na klenie w wąskich i głębszych wlewach, opuszczanego prawie do dna. Nigdy nie miałem na niego brania bolenia. Tyle, że dziś nie mam wyboru. I jak się nie ma szczęścia, albo raczej ma… Ryba zrobiła wszystko jak należy. Rapa zassała miękko ale wyraźnie, [bo nie było to pobicie] zwieszony w toni wabik. Zaciąłem mocno, ale nie na tyle widać, by skutecznie. Szczytówka, pod ciężarem grubo ponad 60cm bolenia, przygięła się wręcz w dziwaczny sposób, a rybsko po dwóch pięknych młynach uwolniło się  od niewielkich kotwiczek. Mógłbym napisać, że cały ten okres upłynął pod znakiem spięć i „niedocięć“. Taki obrót sprawy zburzył wszystkie moje plany. Pal licho powrót na 17.00 i to, że jutro mam maraton od 6.00 do 18.00. Niech tam, może i skonam w robocie, ale może ryba da mi jeszcze szansę. Jak nie ta, to inna. Liczyłem oczywiście na coś większego. Taki bolek pod 7 dych w zupełności wynagrodziłby mi wszystkie niepowodzenia. Wróciła ekipa WMH. Łowią w czterech. Cóż mogę powiedzieć. Jak ryba nie żeruje, to nawet kilku facetów, którzy żyją z łowienia i robią to zapewne bardzo często, do 20.00, kiedy skończyliśmy, złowiło…jednego około 25cm klonka.

Wróćmy do mnie. Czego ja nie próbowałem. Narażając kij, założyłem nawet znacznie cięższą przynętę i najłagodniej jak się dało posyłałem w nurt. Nic. Podziwiałem tylko głazy, które o tej porze, normalnie są przykryte przynajmniej 20cm warstwą wody.

(fot A.K.)

Ostatecznie powróciłem do małego tarnusa, którego dosłownie przed uznaniem zupełnej klęski, drapnął spod kija niewielki bolek.

(fot A.K.)

Taki młodziak z lekko różowymi płetwami. Osłodził mi wszystkie starania, ale niedosyt pozostał.

P.S. Dosłownie pisząc ten tekst [29 maja – godzina 20.00], kumpel w ciągu półtorej godziny, podesłał mi trzy fotki z telefonu, boleni od 59cm do prawie 70cm.  A ma jeszcze 60 minut łowienia. Gdzie tu sprawiedliwość…

(fot. P.K.)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *