Pstrągi na horyzoncie…

       Pstrągi na horyzoncie. Tuż, tuż. Wyposzczona większość spinningistów z południa kraju, ruszy nad rzeki, podobnie jak ich koledzy z pozostałych rejonów Polski, którzy mogli poszaleć już od stycznia. Pierwszą wyprawę zaliczą ci, dla których kropkowańce nie są nr 1 oraz ci, co nie wyobrażają sobie bez nich wędkarstwa. Dla wszystkich będzie to szczególny dzień. Zakładając brak drastycznych anomalii pogodowych, już po tej pierwszej eskapadzie będziemy wiedzieć, co warte były zeszłoroczne zarybienia [jeśli były], sznurowania rzeki przed kormoranami, patrolowanie tarlisk w niektórych rejonach, wypuszczanie ryb przez nielicznych. Z napięciem będziemy oczekiwać tego pierwszego brania w tym roku. Czy w ogóle będzie? Bo to iż na kameralną samotność raczej nie ma co liczyć, jest prawie pewne. Wiadomo – towarzystwo na małej pstrągowej rzeczce nie jest fajne. Nawet z dobrym znajomym. Chcąc nie chcąc przeszkadzamy sobie idąc w tym samym Czytaj więcej [...]

Cejlon – wyspa rzek, gadów i ryb…

        Na przełomie stycznia i lutego miałem możliwość przebywać kilkanaście dni na Cejlonie – kraju noszącego oficjalną nazwę Sri Lanka. Czułem się świetnie a zarazem jak na innej planecie. Ponieważ należę do turystów mających tendencję do „chodzenia po krzakach”, z całego pobytu mógłbym napisać  pewnie małą książkę. W tym tekście skoncentruję się więc wyłącznie na krótkim szkicu teatru „działań operacyjnych” oraz wybranych fragmentów z dziennika, który prowadziłem. Czytaj dalej…

Wyjątkowo długa jesień – podsumowanie część IV

       Czas wypełniało mi głównie polowanie na dużego okonia. Żeby nie przynudzać, bo sporo o tym napisałem w dziale „okoń”, to powiem, jak wielka jest presja na szczupaka. Między listopadem a grudniem, przez ręce przeszło mi dobre kilkadziesiąt ryb. I to nie 20-30 a znacznie więcej. Ciężko złowić cokolwiek ponad 2kg. Fakt, nastawiałem się na okonie, ale przynęty nie schodziły poniżej 8cm. Oczywiście można to zrzucić na karb nieumiejętności, pogody, niewłaściwych miejsc itd., ale zwykły rachunek prawdopodobieństwa pokazuje, że powinno być inaczej Nawet nie miałem kontaktu ze szczupłym, którego mógłbym podejrzewać o wyraźnie większe rozmiary. Wniosek z tego prosty: cokolwiek urośnie nad wymiar, dostaje w łeb. To, dlatego coś, co nie jest niczym niezwykłym w Skandynawii czy Anglii, u nas jest cudem. Ot, ponura strona naszego ulubionego hobby. Przeprosiłem się też z kilka lat nie odwiedzanym starorzeczem Wisły. Żadna, tajna Czytaj więcej [...]

Z wędką non stop – trzecia, letnia część podsumowania sezonu 2011

       Przyszły smużaki i plecionka. No i chyba mam problem. Piękne brania jeszcze piękniejszych kleni, kończą się pustym zacięciem. Muszę temat jeszcze rozeznać w tym roku, ale chyba jak przy konwencjonalnym łowieniu kleni, plecionka odpada. Niezła sztuka, która bierze jak w akwarium spod ukośnie sterczącego nad wodę, grubego pnia z odległości ok. 5m, podczas siłowego holu zaczepia jednym grotem wystającej kotwiczki o gałąź grubości palca i się spina. Odzyskuję przynętę, ale nie rybę. Pstrągi są w amoku. Żerują na wszelkich bezkręgowcach. Brań bez liku. Byle była czysta woda. Nie ważne czy niż, wyż, wiatr czy słońce. Nawet w środku dnia nie wybrzydzają. Pod warunkiem, że łowię mikrojigiem. Na początku lipca zaliczam podczas jednego wypadu 18 sztuk w tym trzy miarowe [2x 31cm, 36cm – to „okaz” tutaj] oraz kilka kropkowańców zbliżających się do trzydziestki. Ryby wspaniale grube i silne. Sporadycznie łowię podczas Czytaj więcej [...]

Podsumowanie sezonu 2011. Kwartał drugi.

Okres ten trudno omówić, bo w zasadzie każdy z tych miesięcy, to inna pora roku. Kwiecień to jeszcze budząca się wiosna, maj kipi na ogół zielenią, a czerwiec to w zasadzie już lato. Na początku, nie wiem, po co, coś mnie podkusiło by odwiedzić przyujściowy odcinek Rudawy na obrzeżach Krakowa. Poza przedreptanymi w górę trzema kilometrami z twisterkiem i mikrojigiem, a potem z powrotem [wobler, wirówka], jedyne, co się wydarzyło to dwa, niemrawe wyjścia bladych pstrążków. Jak pokazały relacje znajomych z późniejszych miesięcy – odcinek ten można sobie raczej podarować. Pierwszy wyjazd nad „tajne” bajoro w lesie też nie był udany, bo „plaga” ropuch odbywających gody spowodowała, że wśród kleni tylko najmniejsze sztuki chciały współpracować, a pozostałe ryby pływały jak ogłupiałe. Płazów były grube setki. Dodatkowo, sprawę utrudniały zeszłoroczne drobne liście i igliwie rozsypane przez wiatr po tafli stawku. Miłym Czytaj więcej [...]

Podsumowanie sezonu 2011 – część pierwsza

Sezon się zakończył. Ponieważ z zasady nie łowię w styczniu – głównie po to, by samemu sobie i otoczeniu udowodnić, że nie zwariowałem do reszty, to ani bliscy ani ja sam już nie wierzę w taką manifestację. Nie mniej z początkiem roku mogę pozwolić sobie na małe podsumowania. Poniżej skrótowe sprawozdanie, jaki ten sezon był w moim przypadku. Przedstawię tekst w czterech odsłonach, kwartał po kwartale. Niektóre fragmenty niewątpliwie znajdą swoje rozwinięcie w przyszłości. Pierwsze trzy miesiące. Końcówka stycznia 2011 była odstępstwem od zasady, że w styczniu nie spinninguję, ponieważ po 20-ym miałem okazję zobaczyć na własne oczy Cejlon – no w każdym razie jego część. Wyspa jest mała, ale na tyle zróżnicowana, że w moim odczuciu, by poznać jej poszczególne rejony „przyrodnicze” od strony wędkarskiej, potrzeba przynajmniej 2 intensywnie spędzonych miesięcy. Ja miałem 15 czy 16 dni. Ponieważ w zasięgu krótkich spacerów Czytaj więcej [...]

Drapieżny leniwiec… czyli parę słów o jaziach

        Pewnie zaskoczę część z Was, pisząc, że jaź był dla mnie rybą egzotyczną. W latach 80-ych w Wiśle, z którą jaź jest chyba najbardziej kojarzony, na terenie okolic Krakowa, mało co pływało, a w Dunajcu czy Rabie – najczęściej odwiedzanych przeze mnie wtedy, ryb tych, śmiem twierdzić, nie było. W każdym razie nie na tych odcinkach, na których gościłem [Dunajec „tarnowski”, Raba w rejonie Dobczyc]. Zresztą z tego co widzę, to niewiele więcej jazia jest dziś w tych rzekach. Czytaj dalej…

Ostatnia wyprawa w 2011 roku

Ostatnia wyprawa w roku, podobnie jak początek sezonu, to ważny dzień. Chcemy by był możliwie udany. Zakończenia sezonu bywają różne. Bywały takie końcówki jak te z 2004 czy 2006r, kiedy pogoda pozwalała do końca buszować po Wiśle, czy rzadziej po niewielkiej nizinnej rzeczce, a wyniki ilościowe były naprawdę niezłe jak na ostatnie dni grudnia. Czasami potrafiły miło zaskoczyć kilowym kleniem czy 60cm szczupakiem. Bywały też takie, jak rok temu, gdzie 20 listopada pływałem pontonem, zaliczając zaledwie jednego ćwierćkilowego okonia, by trzy dni później obserwować na termometrze słupek rtęci na poziomie minus 10 stopni i 20cm śniegu za oknem… Takie końcówki roku jak w 2011 są rzadkim kaprysem aury, wręcz darem natury, który skwapliwie postanowiłem wykorzystać. Już dość dawno nauczyłem się, że wędkarski koniec roku będzie przyjemny, jeśli, o ile pogoda pozwoli, wybiorę odpowiednie łowisko. Różne, pobliskie odcinki Wisły odpuszczam Czytaj więcej [...]